Pokolenie Last.fm; tu kształtowały się gusta, obecna polska scena niezależna i... podwaliny trollingu

LASTFM_750X500.png

W przyszłym roku miną dwie dekady od powstania kultowego medium społecznościowego, które pomogło ukształtować muzyczne gusta milionom użytkowników. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie scrobblował.

Kiedyś były czasy, teraz nie ma czasów. Żyjemy w epoce ciągłego przyspieszenia, które dotyczy także nostalgii, złamania kategorii pokoleń na coraz mniejsze podgrupy uzależnione od stopnia rozwoju internetu w konkretnej chwili. Wszystko zmienia się tak prędko, że coraz łatwiej zatęsknić za zapachem zeszłego miesiąca. Przeszliśmy przez nostalgię za latami 90. oraz wczesnymi zerówkami. W sercach 20- i 30-latków coraz głośniej gra jednak melodia drugiej części pierwszej dekady tego stulecia. I nie tylko przez pryzmat MGMT, Arctic Monkeys, Crystal Castles czy starego Kanyego.

Tęsknimy za momentem w historii, w którym podstawowych platform komunikacji było ledwie kilka, nieodpisanie na wiadomość w ciągu kwadransa nie było chorobą społeczną lub oznaką czegoś niedobrego a ironia miała tylko jedno piętro. Jak mniej więcej wyglądał cyfrowy polski krajobraz w latach 2005-2010? Gadu-Gadu było podstawową platformą kontaktów ze znajomymi. Nasza Klasa wydawała się cheesy, ale i tak warto było się tam chociaż zarejestrować. Facebook raczkował. Długo nie było na nim podstawowej waluty, od której uzależnione jest poczucie wartości, czyli lajków. Okazjonalne dyskusje najczęściej ustępowały miejsca quizom; można było sprawdzić, którym muppetem lub postacią Disneya się jest. Dla młodszej generacji głównym miejscem spotkań było grono.net - miejsce, gdzie można było pobrać od kogoś notatki z lekcji, pokłócić się o piłkę nożną, pogadać o filmach, książkach czy muzie - często z przypadkowymi osobami, których opinie balansowały na granicy shitpostu. A, jeszcze MySpace - w Polsce bardziej okienko na zachodnie, hipsterskie trendy niż faktyczna platforma społecznościowa. Wielu kusiła jednak możliwościami customizacji profilu - powielenia zdjęcia stanowiącego tło oraz stworzenia radia ze swoimi ulubionymi piosenkami.

Ale ten tekst jest o jeszcze innym, bardzo ważnym miejscu w sieci.

Jesteś tym, czego słuchasz

Dla wielu zainteresowanych muzyką osób, które formacyjne lata przeżywały na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku, niezwykle istotnym serwisem był Last.fm. Początki powstałego w 2002 roku medium to przede wszystkim katalog wykonawców i albumów oraz 30-sekundowych próbek poszczególnych numerów. Po połączeniu z Audioscrobblerem - narzędziem, które umożliwiało integrację z cyfrowymi odtwarzaczami multimediów, a w rezultacie digitalizację informacji o przesłuchanych utworach - Last.fm stał się socjalną jaskinią dla wszystkich, dla których wyjściem do rozmowy jest właśnie muzyka. Nie trzeba było dzielić się żadnymi prywatnymi informacjami, liczyło się jedynie zademonstrowanie tego, czego w danym momencie słucha się na komputerze (co przez twórców zostało nazwane scrobblingiem lub, nieco bardziej po naszemu, scrobblowaniem).

Sam do tej polifonicznej i zróżnicowanej społeczności dołączyłem w wieku 14 lat, w 2007 roku, wychodząc powoli z fali zachłyśnięcia się new rock revolution, którym zainfekowała mnie dostępna wtedy dość powszechnie w ofercie kablowej brytyjska stacja MTV2. Sprawdzając internetowe wydania NME byłem gotów obwieścić Polakom, że oto nadchodzi era new rave’u, której przewodzić mieli wedle prasy Klaxons. Już aktywnie scrobblując, załapałem się na wybuch popularności Crystal Castles i MGMT - w Polsce przez jakiś czas uznawanych za szczyt modnego hipsterstwa, ale też portal do świata, w którym można polecieć w melanż taki, jaki co weekend urządzali bohaterowie Skins.

Coraz klarowniej dostrzegałem jednak potencjał last.fm-owej biblioteki oraz zakładek akumulujących podobnych i powiązanych wykonawców, które znajdowały się na każdym pojedynczym profilu artysty lub zespołu. Muzyka przestała być dla mnie jedynie zbiorem dźwięków amplifikujących dane emocje. Stała się sportem, buszowaniem w przepastnych katalogach i wyławianiem z nich stosunkowo mało popularnych rzeczy. Czułem się niczym dumny, pozujący z półmetrowym okoniem wędkarz, gdy zwęszyłem istnienie Metronomy na długo przed wydaniem Nights Out.

frvuttgzn3d11.jpg

Udostępnianie swojego gustu muzycznego stało się modną zajawką. Otwierało na poznanie nie tylko świeżych nazw, ale także nowych osób, które można było znaleźć w shoutboxach - miniaturowych forach dostępnych na podstronach poszczególnych userów oraz wydarzeń. Socjalizacja przez gust muzyczny, konfrontacje opinii oraz wzajemne polecajki - wszystko to cementowało istniejące przyjaźnie oraz inicjowało nowe. Niektórzy szukali na laście potencjalnej miłości w oparciu o gusta lub filtrowali kandydatów czy kandydatki (np. żegnając się z perspektywą zaproszenia na randkę przez zbyt natarczywą obecność Kings of Leon na profilu crusha lub crushówy).

Last.fm był fantastycznym medium społecznościowym, przez które poznałem wiele świetnych osób - mówi Łukasz Warna-Wiesławski, twórca portalu Niezal Codzienny, przez lata pracujący przy festiwalu Unsound, teraz kurator muzyczny w Krakowskim Biurze Festiwalowym: - Z częścią z nich mam kontakt do dzisiaj i wydaje mi się, że w moim życiu nie było drugiego takiego narzędzia, które mogło tak mocno zbliżyć ludzi o podobnych zainteresowaniach. Niby podobnie działało Grono, różne fora czy później Facebook, ale żadne z nich nie miało aż takiego wpływu na gusta i nie było aż tak skoncentrowane wokół konkretnych zjawisk, wydarzeń czy artystów. Dodatkowo kalendarz wydarzeń i możliwość poznawania nowej muzyki czyniły z last.fm bardzo użyteczną stronę, dzięki której jeździłem po Polsce, odkrywałem nowe rzeczy, często ciekawe, archiwalne zjawiska, do których nie było się jak inaczej dogrzebać.

Kozak w necie, kozak w świecie

Wspomniane już kalendarium wydarzeń było drugim elementem, które sprawiło, że Last.fm cieszył się popularnością i tworzył swoiste społeczności. Każdy mógł dodać do ogólnodostępnego terminarza koncert - czy jako pierwszy czytając o występie dużej gwiazdy w Polsce, czy promując organizowany przez siebie gig początkujących zespołów. Ten egalitaryzm wprowadzał oczywiście chaos - prowokował hoaxy i fake newsy lub nieprecyzyjne informacje dotyczące poszczególnych wydarzeń. A mimo tego stanowił podstawowe narzędzie do wyszukiwania interesujących koncertów. Te z kolei, poza dawką ekscytacji, były też okazjami do zacieśniania więzów i poznawania w realu osób spotkanych wcześniej w gąszczu last.fm-owych statystyk, co potwierdza osobista historia Miłosza Cirockiego, muzyka znanego solowo jako Niemy Dotyk oraz frontpersony zespołu i post-memicznego, aktywistycznego kolektywu Złota Jesień.

Założyłom lasta w wieku 14 lat i dosyć szybko zaczęłom nawiązywać kontakt z osobami, które słuchały fajnych rzeczy albo jechały na ten sam koncert. Pochodzę z małego miasta, w moim towarzystwie raczej nie było osób lubiących noise czy eksperymentalną elektronikę, więc dzięki last.fm miałom możliwość poczucia się mniej dziwnie ze swoimi zainteresowaniami. Po czasie relacje z internetu zmieniły się w regularne więzi - wspólne mieszkania, wspólne zespoły, etc. Pomijając więc sam aspekt rozwijania swoich horyzontów - dzięki poszukiwaniu muzyki, last.fm zdeterminował moje grono towarzyskie.

Zrzut ekranu 2021-08-18 o 19.58.49.png

Podstrony poszczególnych wydarzeń były pełne ogłoszeń osób przyjeżdżających na konkretny gig z innego miasta i poszukujących towarzysza lub towarzyszki. Festiwalowe fora pęczniały od wspólnych przewidywań line-upów i radości lub zgrzytania zębami z powodu nowej porcji ogłoszeń Open’era, OFF-a, Nowej Muzyki lub innych branżowych imprez. Te wszystkie interakcje prowadziły do zadzierzgnięcia nowych znajomości gdy dany event już się odbywał.

Słuchając trolla

Sielanki to jednak domena fikcji. Lato miłości czy Woodstock 1969 nie były wyłącznie celebracjami wolności i wyzwolenia. Miały ciemne strony, które historyczna sepia usunęła ze stopklatek i zdjęć. I nie inaczej było też w wypadku Last.fm. Bo w dużym uproszczeniu - każdej rekomendacji, pozytywnej reakcji i zaproszeniu zespołu do Brazylii (kultowe come to Brazil urodziło się najprawdopodobniej na laście, a nie na Youtube) odpowiadały złośliwość, pojazd po guście muzycznym czy wywyższanie się. Dla niektórych rejestracja swoich odsłuchanych utworów była niewinnym sportem. Dla innych jednak składała się na proces misternego budowania wizerunku osoby, która wie, czego słuchać - nie kieruje się komercją i poszukuje czegoś ambitniejszego - np. noise’u, muzyki konkretnej, poważnej, pochodzącej z innego kręgu kulturowego albo zupełnie zapomnianej. Czasem te zachowania stanowiły szkodliwy balast dla samej osoby, która się im poddawała, co na własnym przykładzie opisuje Łukasz Warna-Wiesławski.

O ile pamiętam, regularnie swoje konta resetowałem, kasowałem, zakładałem od nowa... Kwantyfikacja gustu muzycznego prowadziła do zachowań obsesyjno-kompulsywnych, które zdecydowanie zaburzały przyjemność obcowania z muzyką. Na początku mogłem chcieć mieć najciekawszy, najbardziej alternatywny profil, ale wraz z popularyzacją poptymizmu, pojęcie guilty pleasure wyparowało i zawartość chartsów nie była już tak ważna, jak fakt, by słuchać różnych rzeczy. Pozostało jednak uczucie, że coś jest nie tak, że jakaś płyta jest niedosłuchana do końca, że za dużo lub za mało słucha się tego, a nie tamtego - nowego, starego, francuskiego, brazylijskiego, japońskiego, etc. Ale to już pytanie do psychologów, czy to na pewno wina Last.fm, czy próba kontrolowania własnego życia przez mało znaczące, a łatwe do zmiany czynniki. Z perspektywy czasu ten elitaryzm brzmi oczywiście żałośnie, bo "każdy słucha czego innego, a nie tego samego", a gdybyśmy poczytali, co wypisywaliśmy w shoutboxach jako nastolatkowie i studenci, to pewnie spalilibyśmy się ze wstydu.

Sam pamiętam, gdy pierwszy raz, pod wpływem najbliższej mi grupy przyjaciół, zresetowałem konto na laście. Wymazałem setki odsłuchów wyśmiewanego przez bliskich mi ludzi MGMT i ukryłem fakt, że moja znajomość Modest Mouse ograniczała się głównie do płyt, na których się sprzedali i weszli do mainstreamu. O prawdziwym bullyingu i stricte toksycznych zachowaniach, które nie były rzadkością na tej platformie, wprost mówi Miłosz Cirocki.

W pewnych kręgach standardem był chamski trolling, wynikający z dosyć płytkiego, piwniczniackiego elityzmu. Niektóre osoby pewnie do dziś nie wyrosły z niechęci do drugiego człowieka tylko dlatego, że lubi zespół Coma czy coś takiego. Jak wszędzie w Internecie, zdarzały się natrętne osoby, piszące do ciebie jak do terapeutki, mimo tego, że wymieniłyście się w życiu jedynie uwagą o ulubionej piosence Sonic Youth. Warto wspomnieć, że last niespecjalnie przejmował się banowaniem słuchaczy naziolskiej nuty, tworząc im zupełnie bezproblemową przestrzeń do komunikacji.

Wspominałem wcześniej o żywym komentowaniu ogłoszeń festiwalowych na dedykowanych podforach. Przez kilka dobrych lat co któryś komentarz stanowił werbalny atak na Mikołaja Ziółkowskiego lub Artura Rojka - odpowiednio twarzy oraz dyrektorów programowych Open’era i OFF-a. Przeniosło się to zresztą w pewnym momencie na Facebooka, a Rojek stał się obiektem często dość nieśmiesznych memów opisujących go jako scumbaga. Czy personalnie go to zabolało lub w ogóle do niego dotarło? Tego nie wiem. Ale byłem świadkiem dziesiątek sytuacji, w których ktoś jest wyśmiewany z powodu zbyt komercyjnego lub basicowego gustu muzycznego. Samozwańczy patrycjat podbierający memy i trendy z 4chanowego message boardu często karmił swoje ego, kategoryzując ludzi na podstawie statystyk z ich profili.

Za skrajny przejaw przedawkowania wielopiętrowej ironii można uznać pokłosie last.fm-owej aktywności Zuzanny M., znanej także jako poetka Maria Goniewicz, która w 2014 roku, razem z chłopakiem, Kamilem N., zamordowała jego rodziców. Goniewicz była postacią mocno obecną w różnych podgrupach na last.fm. Jej profil do dziś bywa wspominany w różnych kontekstach. Podczas gdy ja, wraz z grupą znajomych, wśród których były też osoby, które miały z Zuzanną M. korespondencyjny kontakt, zastanawiałem się, jak można z zimną krwią kogoś zamordować, słuchając ledwie dobę wcześniej Souvlaki Slowdive, inni masowo shitpostowali w shoutboxie na profilu morderczyni. Festiwal okazjonalnego trollingu na wspomnianym profilu trwa do dzisiaj, ponieważ, wedle relacji śledzących ten ezoteryczny fragment internetu, z tego samego komputera z wpiętym nadal scrobblerem Last.fm korzysta matka odsiadującej 25-letni wyrok więzienia Zuzanny M. Jak widać, niektórzy nadal zostali w mentalnej piwnicy.

Exodus i powolny koniec

O większości przytoczonych zjawisk piszę w czasie przeszłym. Co się stało, że Last.fm nagle przestał być modny, a użytkownicy (włącznie ze mną) zaczęli stopniowo stamtąd odchodzić? Najpewniej ten proces trzeba datować na 2015 rok. To wtedy portal (w tym momencie od 8 lat będący w posiadaniu CBS Interactive) wprowadził betę swojej nowej odsłony. Nowy layout był dla wielu osób odmianą zbyt radykalną. Poszczególne funkcjonalności, niektóre nieprzeniesione jeszcze do nowej wersji serwisu, zaczęły grzebać całą platformę. Najbardziej uciążliwe były ograniczenia dotyczące przeglądania kalendarium wydarzeń, dotychczas pod wieloma względami najlepszego na polskim rynku. Nowa beta działała bowiem wyłącznie przy włączonej geolokalizacji i nie pozwalała na sprawdzanie eventów w miejscach innych niż to, w którym w danym momencie znajduje się użytkownik. Szlachetne intencje spaliły na panewce. Odnalezienie festiwalu odbywającego się w innym mieście było ciężkim zadaniem, pojedyncze koncerty przez wiele miesięcy totalnie przemykały poza radarem.

Przestałem korzystać z lasta w momencie, w którym wydarzenia facebookowe zaczęły wieść prym. I popłynąłem z falą odchodzących użytkowników. Zbiegło się to z bardzo nieintuicyjnym redesignem, przez który coraz mniej osób chciało korzystać ze strony - mówi Łukasz Warna-Wiesławski. Faktycznie, przy wszystkich swoich niedoskonałościach to Facebook zaczął zagarniać (oraz, w przeciwieństwie do Last.fm, monetyzować) rynek wydarzeń. Z musu stał się także bazą imprez, występów i festiwali. W tym aspekcie nie przejął jednak socjalnych aspektów last.fm i pozostał jedynie atlasem eventów - nudną dyskoteką, na której wszyscy podpierają ściany i nie wyściubiają nosa znad telefonu. Jeśli nawet Wikipedia wspomina, że nowa wersja serwisu została przyjęta przez użytkowników jednoznacznie negatywnie to znaczy, że coś jest na rzeczy. Firma nie chwali się swoimi statystykami, co też jest wymowne. Branżowe narzędzia sugerują, że co miesiąc serwis nadal odwiedzają miliony userów. Jak wielu z nich scrobbluje i aktywnie się udziela? Tego nie wiemy i pewnie się nie dowiemy. Moment, w którym Last.fm zaniknie lub zostanie zmieniony nie do poznania jest nieunikniony.

Łazarz powstał i działa. W mainstreamie oraz podziemiu

Ale to nie jest historia o czymś, co było fajne i, jak większość fajnych rzeczy, przeminęło. Bo dla wielu osób, włącznie ze mną, Last.fm był wiertłem, które wywierca szyb, skąd trysnęła ropa naftowa. Muzyczne inspiracje stały się także pomysłem do obrania drogi życiowej kręcącej się właśnie wokół muzyki - czy bezpośrednio przekładając się na jej tworzenie, wydawanie, organizowanie koncertów czy, tak jak w moim wypadku, baczne śledzenie i opisywanie jej w mediach.

Gdyby nie Last.fm, na pewno nie pracowałbym w branży muzycznej, bo mojej pasji nie rozpaliłoby tak bardzo samo radio czy portale recenzenckie - mówi Łukasz Warna-Wiesławski, które swoje odkrycia prezentował na łamach Niezalu Codziennego, a potem zapraszał je do Krakowa na Unsound Festival; teraz robi to pod banderą Krakowskiego Biura Festiwalowego. Last.fm w jego ujęciu był dla całej generacji osób, teraz luźniej lub mocniej związanych z muzyczną branżą - tą, za którą stoją duże pieniądze oraz tą undergroundową - przyczynkiem do poszerzenia wiedzy i świadomości, które ostatecznie poprowadziły ich dalej przez życie.

Spotify_Lastfm.jpg

Było to narzędzie bardzo dynamiczne, pokazujące użytkownikom wielu artystów na raz, budujące świadomość zjawisk, historii muzycznej. Ten wspomniany elitaryzm poza tym, że zmieniał nas często w dupków, sprawiał też, że pożeraliśmy wręcz muzykę, chcieliśmy znać jak najwięcej artystów, jak najciekawsze rzeczy. Dzięki temu pokolenie dzisiejszych 30-latków, którzy się wychowali na tym serwisie, często dobrze zna muzykę z lat 60., 70. i 80. I to niszową, czasem nieznaną ludziom, którzy wychowywali się w tamtych czasach. Dzisiejsze platformy streamingowe raczej nie dają takiej możliwości automatycznie, zamykają słuchacza w wiecznym ciągu nowości i bliźniaczych propozycji, niestety pozbawiając muzykę kontekstu. Trzeba włożyć dużo więcej pracy, by osiągnąć podobne rezultaty. Dodatkowo nie ma już tylu blogów, wygasają facebookowe fanpage, podobnie jest ze stronami wydarzeń, a wszystko przenosi się do mediów audiowizualnych, które wszystko zmieniają w content. Mam wrażenie, że dostaliśmy wtedy narzędzie, które wykonało bardzo dużo pracy za nas, a wisienką na torcie były właśnie spotkania na festiwalach i koncertach, z których po latach narodziły się nowe zespoły, inicjatywy czy wytwórnie muzyczne - podsumowuje.

Miłosz Cirocki w swoim ujęciu nieco dystansuje się od bezpośredniej roli Last.fm i przenosi środek ciężkości na samą siłę społecznego dialogu, którą ten serwis spotęgował. Czasy świetności lasta nie były okresem sprytnych algorytmów, więc większy poklask mogła zdobyć jakaś niszowa rzecz sprzed lat, rozsyłana prywatnymi wiadomościami i shoutboxami, niż pitchforkowe hajpy. Tworzyły się trochę efemeryczne i niewypowiedziane kanony. Były też grupy dyskusyjne, które często odchodziły od muzyki na rzecz innych dziedzin sztuki, absurdalnego humoru - stąd mogło się wziąć moje zamiłowanie do shitpostingu - czy też najzwyklejszych rozmów o codzienności. Czy były to na tyle mocne fundamenty pod niezal obecnego milenium, by nazwać last.fm kolebką sceny? Myślę, że jednak ważniejsze było działanie w terenie z innymi osobami, z których wiele nie miało potrzeby socjalizacji w internecie. Ale na pewno Last.fm nie pozostał bez wpływu na gusta estetyczne i doprowadził do kilku kluczowych spotkań.

Last.fm był dla wielu osób okazją do zapoznania się z muzycznymi eksperymentami, klasyką post-hardcore’u, ambitną elektroniką czy brzmieniami najdalszych zakątków świata. Czy bez niego powstałyby takie wytwórnie jak enjoy life czy Peleton Records? Obie mają w swoich szeregach i otoczeniu osoby, które wykuwały swoje gusta właśnie w tej przestrzeni. Warto też zaznaczyć, że Last.fm żywił się na pladze muzycznego piractwa. Streamingi w Polsce zakorzeniły się na dużą skalę ledwie pół dekady temu. W pierwszej dekadzie XXI stulecia kupowanie empetrójek było rzadkością oraz niezbyt korzystną cenowo alternatywą dla fizycznych nośników. Blogi z albumami pobieranymi z serwisów rodzaju Rapidshare czy Megaupload (które w darmowej wersji sprawiały, że przy Neostradzie o średniej przepustowości jeden album w przyzwoitej jakości ściągało się około 40 minut) były głównym źródłem dostępu do pełnych płyt. Diggerzy, którzy chcieli masowo konsumować nową i starą muzykę, chętniej korzystali z serwisów peer2peer w rodzaju Soulseeka, oferujących więcej i szybciej oraz pozwalających zadzierzgać powierzchowne znajomości w oparciu o biblioteki pełne pirackich nagrań.

Winning Tech Duo Launch Lumi
Felix Miller i Martin Stiksel, współzałożyciele last.fm. fot. Simon Dawson/Bloomberg via Getty Images

Teraz wiele osób, które wychowały się w tej przestrzeni i tym modelu przyswajania sztuki, oddaje ten dług, przystosowując się do obecnych modeli. Używając Bandcampa do bezpośredniego wspierania niezależnych twórców i twórczyń, chodząc na koncerty czy samemu wydając muzykę i dzieląc się zyskami z innymi. Dziki Zachód się zurbanizował. Nadal to najbogatsi się bogacą. Ale mali artyści i wydawcy dzięki mocy internetu potrafią się organizować coraz sprawniej. Niedługo być może będą mogli żyć wyłącznie z tego (chociaż nie jest to pewne). I wielu z nich będzie musiało posłać życzliwy uśmiech w stronę Last.fm - miejsca, które w kluczowy sposób stymulowało rozwój i kulturę słuchania.

Sam odszedłem z lasta z początkiem 2016 roku, chociaż proces ten powolnie trwał przez kilka wcześniejszych miesięcy. Ale na potrzeby tego tekstu zajrzałem na swoje stare konto, na którym królują Smog, Tim Hecker, Coil i J Dilla. Rzeczy, których słuchałem obsesyjnie. Najbardziej symboliczny jest jednak ostatni zescrobblowany przeze mnie utwór - Lazarus Davida Bowiego. Utwór o śmierci, ale i wiecznym życiu. Nie był to wybór celowy. Ale okazał się niezwykle celny. Pewne rzeczy umierają tylko pozornie - mogą kwitnąć i reinkarnować się w nowych powłokach.

Podziel się lub zapisz
Do newonce.net przybył w letnim oknie transferowym sezonu 2021. W muzycznym świecie szuka ciekawych dźwięków, ale też wyróżniających się idei - niezależnie od gatunku. Bo najważniejszy jest dla niego ludzki aspekt sztuki. Zajmuje się także kulturą internetu i zajawkami, które można określić jako nerdowskie. Wcześniej jego teksty publikowały m.in. Aktivist, K-Mag, Poptown czy Art & Business.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.