Kultura nie jest - pisząc eufemistycznie - przestrzenią, w której obecny rząd się odnajduje. Wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się wokół Centrum Sztuki Współczesnej albo poczytać o kulisach produkcji Raportu Pileckiego. Niezbyt zaskakuje więc to, że wprowadzając na rympał covidowe obostrzenia, władza dojeżdża kina i teatry.
O udręce inteligenta wszystko powiedział Marek Koterski ustami Marka Kondrata w Dniu Świra. Dlaczego władza każdej maści ma mnie za nic? Czy czerwona, czy biała, jestem dla niej śmieciem, kur*a! Pod każdą władzą czuję się jak kundel! Czemu nie jestem chamem ze sztachetą w ręku? Ktoś by się ze mną liczył, gdybym rzucił cegłą! Te słowa sprzed blisko dwóch dekad wybrzmiewają ze zdwojoną siłą w czasie zintensyfikowanej walki z koronawirusem.
Dzienna liczba zakażeń regularnie przekracza dwadzieścia tysięcy ze znacznym okładem, a braki infrastrunkturalne i kadrowe trzeba łatać, organizując desperacko szpitalnictwo polowe czy kombinując, jak ściągnąć awaryjnie lekarzy z zagranicy, co zmusiło rządzących do wytoczenia najcięższych dział przeciwko zarazie. Jedno z nich zostało skierowane w placówki kultury. Ała, kur*a, rzeczywiście.
W obliczu dramatycznej sytuacji wszystkie ruchy prewencyjne są z gruntu rzeczy usprawiedliwione, choć już nawet prawicowi publicyści zwracają uwagę, że nowe zasady bezpieczeństwa wprowadzane są na zasadzie komora maszyny losującej jest pusta, następuje zwolnienie blokady. Chaotyczny rys działań doraźnych to jedno, ale jest w nie wpisana także ideologiczna priorytetyzacja składowych życia społecznego i pewien szantaż emocjonalny. Że kiedy w powietrzu wisi widmo braku respiratorów, to niby nikt nie zapyta, czemu w kościołach może przebywać jedna osoba na piętnaście metrów kwadratowych, a kulturę zamknięto na cztery spusty. W tym akurat trudno doszukiwać się przypadku - tak samo zresztą jak we wcześniejszym sekowaniu rynku koncertowego przy jednoczesnym wpuszczaniu tysięcy kibiców na wydarzenia sportowe.
W piątek po raz ostatni mieliśmy okazję wybrać się do kina i wyglądało to jak zawsze w rzeczywistości pandemicznej. Kilka osób na sali, wszyscy w maseczkach, ponadprogramowe odległości. Polski Instytut Sztuki Filmowej podawał jakiś czas temu informację, że lipcowa frekwencja spadła o dziewięćdziesiąt procent w stosunku do ubiegłego roku. I to jest oczywiste dla każdego widza, który nie odpuścił sobie seansów na dużym ekranie. W Stanach i Wielkiej Brytanii ukręca się Cineworld, producenci i dystrybutorzy wycofują kolejne tytuły, a u nas prezeska Stowarzyszenia Kin Studyjnych straszy realnym zagrożeniem zniknięcia tego segmentu branży.
Nie ma sensu zapędzać się w elitarystyczny dyskurs czy grzać antyklerykalne nastroje, ale jest przejawem braku rozumu i godności człowieka, że jeszcze niedawno można było na weselu zrobić pociąg do piosenki Ryszarda Rynkowskiego, kościoły wciąż pozostają otwarte, a kina, teatry, galerie sztuki i muzea w mniemaniu władzy stanowią potencjalne ogniska COVID-19. To absurd zbliżony do kwietniowego zamknięcia lasów - szczególnie w kontekście licznych badań (m.in. opublikowanych przez monachijską Staatsoper), wskazujących że widownie to raczej bezpieczne strefy. Mamy do czynienia z absolutnym niedoszacowaniem znaczenia kultury przez Zjednoczoną Prawicę, która wydaje się nie przyjmować do wiadomości, że realizacja życia duchowego nie u wszystkich następuje na klęczkach albo podczas narodowych akademii ku czci.
Listopad ogłoszono więc miesiącem kulturalnej próżni, jakby troska o własną higienę psychiczną nie była obecnie wystarczająco trudnym zadaniem. Postawiono przy tym całe rzesze ludzi w klasycznej sytuacji nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi. Zrobić można tyle, że Stowarzyszenie Kin Studyjnych uruchomiło platformę MOJEeKINO, która łączy w sobie serwis VOD i doświadczenie klasycznego wypadu na film. Do przedsięwzięcia dołączył właśnie Gutek Film, więc pozostaje taka forma wsparcia dogorywającej branży. I nadzieja, że kiedy lockdown dobiegnie końca, będzie jeszcze do czego wracać.
