Za moment do kin trafi jedna z bardziej oczekiwanych premier zimy, Śmierć na Nilu w reżyserii Kennetha Branagha. Zestaw aktorów, którzy wzięli udział w produkcji, mógłby dobrze sprzedać ten film – niezależnie od tego, o czym by był.
W roli głównej sam reżyser, jedna z największych gwiazd brytyjskiego kina ostatnich dekad. Obok niego kochana pod każdą szerokością geograficzną Gal Gadot. Będzie też owiany obyczajowym skandalem Armie Hammer; śmiemy przypuszczać, że skompromitowany oskarżeniami o kanibalistyczne ciągoty gwiazdor może, o ironio, przyciągnąć przed ekrany zaciekawionych widzów. Będą znane z seriali Sex Education i Gra o tron Emma Mackey i Rose Leslie, będą wreszcie kontrowersyjny komik Russell Brand – tym razem w krótszych niż zwykle włosach – i królowa drugiego planu Annette Bening. Na papierze skład wygląda bardzo mocno. A jeśli dodać do tego powrót mody na klasyczne kryminały w duchu Agathy Christie, której efektem były kasowe sukcesu Morderstwa w Orient Expressie i Na noże, to można spodziewać się milionów zostawionych w kasach kin. Co pewnie się wydarzy.
Generalnie hollywoodzkie filmy raczej rzadko wyłamują się z zasady: dużo gwiazd – duże zyski. Znane nazwiska są dźwignią handlu, w którą warto zainwestować.
Szeroko dyskutowany casus Nie patrz w górę, gdzie same gaże dla Leonardo DiCaprio i Jennifer Lawrence wyniosły ponad połowę budżetu, to dobry przykład. O ile zajawkowicze potrafią czekać na konkretny tytuł całymi miesiącami, o tyle niedzielni widzowie często wybierają na chybił trafił, bo skoro gra tam DiCaprio, to pewnie będzie dobre. Wie o tym każdy, kto choć raz zmierzył się z ogromem bibliotek streamingowych serwisów przy wyborze najlepszego tytułu na wieczór.
Ale Hollywood zna też wyjątki. Te filmy miały wszystko – galerię gwiazd, dobrą promocję (poza jednym przypadkiem), spięty budżet. Zabrakło tylko końcowego sukcesu.
Movie 43 (2013)
Jeśli w jednym filmie pojawiają się, uwaga! Hugh Jackman, Emma Stone, Kate Winslet, Uma Thurman, Naomi Watts, Halle Berry, Richard Gere, Chloe Grace Moretz, Julianne Moore, Jason Sudeikis czy Gerard Butler, znać, że mówimy tu o wysokobudżetowej produkcji z ambicjami. Ale nie w tym przypadku.
Zacznijmy od początku. Scenariusz składającego się z czternastu komediowych nowel Movie 43 był gotowy na początku lat zerowych, ale większość studiów nie chciała się podjąć jego realizacji. I jeśli zastanawiacie się, co mogło być przyczyną, to przypomnijcie sobie jeden z epizodów, w którym Hugh Jackman gra faceta z jądrami na szyi. Część zaproszonych aktorów od razu odmówiła udziału w realizacji – jak George Clooney – ale na przykład Richard Gere chciał wycofać się już w trakcie zdjęć; dopiero wtedy przeczytał cały scenariusz. Generalnie w Movie 43 chodzi o to, żeby każda z tych nowelek była obsceniczna. Nic więcej. O samym koncepcie wiele mówi nazwisko jednego z pomysłodawców, Petera Farrelly'ego, autora m.in. Głupiego i głupszego czy Ja, Irena i ja. Większość widzów ten ostatni tytuł kojarzy głównie ze sceną, w której kurczak wsadza głowę do tyłka jednego z bohaterów. Krynica dobrego humoru!
Kiedy w końcu udało się namówić producenta, Relativity Media, okazało się, że do wydania jest jedynie 6 milionów dolarów. Twórcom pomogło, że na udział zgodzili się Kate Winslet i Hugh Jackman. Ich nazwiska przeważyły w rozmowach z innymi znanymi aktorami; prawdopodobnie nikt nie spodziewał się, że to będzie aż tak złe. Ba! Ani oni, ani reżyserzy wszystkich nowel nie znali innych fabuł poza swoimi epizodami. Duże nazwiska zgodziły się na udział, bo zdjęcia do każdej z nowel trwały maksymalnie cztery dni, więc dla sportu zgodzili się wystąpić, inkasując dniówki w wysokości oszałamiających 800 dolarów.
Relativity Media zawaliło promocję, filmu nie reklamowała też żadna z gwiazd, które wzięły w nim udział – ciekawe, dlaczego? O tym, że praktycznie nikt nie wierzył w powodzenie tego projektu, świadczy wypowiedź Petera Farrelly'ego:
Liczę na dzieciaki, nastolatków i ludzi po 50-tce, którzy palą ziołopomysłodawca i reżyser „ Movie 43”
Przy budżecie w wysokości 6 milionów dolarów Movie 43 w Stanach zarobiło jedyne 8 milionów, a w pozostałych krajach – 23. Czyli ledwo – ledwo się zwróciło, a jeśli wziąć pod uwagę koszty międzynarodowej promocji przez dystrybutorów z innych krajów, to możliwe, że producenci byli na minusie. Widzowie byli zażenowani, krytycy nazywali ten film jednym z najgorszych w historii lub – to chyba nasza ulubiona opinia – Obywatelem Kane okropności.
Błyskotliwa puenta? Pięć lat później Farrelly wpuścił do kin Green Book, swój pierwszy poważny tytuł. I od razu dostał Oscara za najlepszy film roku.
Wszyscy ludzie króla (2006)
W przypadku Movie 43 zaangażowani w produkcję raczej nie spodziewali się, że film trafi do historii kina. To znaczy – trafił, ale do nieco innego rozdziału. Jednak tu plany były zupełnie inne. Na tapet wzięto powieść Roberta Warrena, która stała się kanwą do oscarowej produkcji pod tym samym tytułem (rok 1949). Przed kamerą aktorskie gwarancje nagród: Sean Penn, Anthony Hopkins, Jude Law, Kate Winslet (ponownie!) i płynący wówczas na fali popularności Rodziny Soprano James Gandolfini. A za nią – Steven Zaillian, scenarzysta Gangów Nowego Jorku czy Mission: Impossible.
I chyba właśnie to było gwoździem do trumny Wszystkich ludzi króla. O ile Zaillian – scenarzysta potrafił udźwignąć ciężar epickiej narracji, o tyle jako reżyser poległ na całej linii. Obraz o polityku, który wszedł do zawodu pełen ideałów, a skończył skrępowany linami korupcji, jest pełen długaśnych retrospektyw, ciągnących się w nieskończoność rozmów, a fabuła ugrzęzła na ich mieliźnie. Z największej amerykańskiej powieści politycznej swoich czasów nie zostało praktycznie nic. Miały być Oscary, wyszedł dwugodzinny Teatr Telewizji.
Producenci byli w szoku. W pierwszy weekend ten kosztujący ponad 55 milionów dolarów obraz zarobił niewiele ponad... 3 miliony; śmiano się, że do kina poszli wszyscy ludzie króla i nikt więcej. Jeszcze boleśniejszą drzazgą, wbitą w ambicje twórców, była informacja, że w ten sam weekend pierwszej miejsce w amerykańskim box office zajął... Jackass Number Two. Po tym fiasku Steven Zaillian już nigdy nie wrócił do reżyserii, zajmując się tylko scenariopisarstwem. Z sukcesami – napisał Irlandczyka i Moneyball.
Adwokat (2013)
W 2012 roku Ridley Scott pokazał światu Prometeusza. Kolejny, ale już w pełni autorski film sagi o Obcym. Recenzje fanów były krytyczne, a zasmucony nimi Scott porzucił ekspansywne plany serii, kręcąc później już tylko Obcego. Przymierze. Jeszcze gorszego niż poprzednik.
Ale zanim to zrobił, planował odkuć się ambitnym Adwokatem. Do współpracy przy scenariuszu zaprosił Cormaca McCarthy'ego, uważanego za najważniejszego pisarza współczesnej Ameryki, autora m.in. brawurowo zaadaptowanego przez braci Coen To nie jest kraj dla starych ludzi. McCarthy jest mistrzem literackiego fatalizmu, opisywania skazanych na klęskę prób walki człowieka z otaczającym go światem. Ma też tendencję do bogatej metaforyki, co na kartach jego książek sprawdza się wybornie, ale w kinie już nie zawsze.
To właśnie metaforyka przygniotła Adwokata. Jego bezimienny bohater wdaje się w szemrane interesy z kartelem przestępców. I to w zasadzie tyle – wspólne dzieło Scotta i McCarthy'ego jest dwugodzinnym moralitetem o tym, że jeśli robisz źle, los musi się obrócić przeciwko tobie. Odkrywcze? Nie. Napuszone? O rety, tak, bo jeśli film zaczyna się od symbolicznej sceny kota goniącego królika, to spodziewajcie się, że będzie pretensjonalnie, jak na I roku kulturoznawstwa.
Tym bardziej szkoda rewelacyjnej obsady: Michael Fassbender, Brad Pitt, Javier Bardem, Penelope Cruz i Cameron Diaz (słynna, antycypująca Titane scena z samochodem). A tymczasem wyszło z tego 34% pozytywnych ocen na Rottentomatoes od krytyków i jedyne 23% od widowni. Tyle dobrego, że przynajmniej – w odróżnieniu od reszty pozycji z naszego zestawienia – Adwokat co nieco zarobił. 25 milionów dolarów budżetu, 71 milionów wpływów. Bez rewelacji, ale księgowa nie załamywała rąk.
Nine (2009)
Ten pomysł wydawał się dziwny już na etapie zapowiedzi. Przede wszystkim trzeba mieć w sobie instynkt samozachowawczy i nie brać się za bary z Osiem i pół autorstwa Federico Felliniego, jednym z najlepszych filmów w historii kina. Ale Rob Marshall, który ledwie sześć lat wcześniej odczarował złą passę musicalu, kręcąc wybitne Chicago, zaryzykował. Jego Nine nie było remakiem Osiem i pół, lecz... filmową adaptacją inspirowanego nim teatralnego musicalu. Przekładów było więc na tyle dużo, że ta historia po prostu musiała się posypać.
Siłą filmu Felliniego była doprowdzona do mistrzostwa senna narracja. Główny bohater, reżyser Guido, szykuje się do kręcenia filmu. Jest już wszystko: scenografia, budżet, aktorzy, ale... nie ma pomysłu. Tak – Guido na chwilę przed startem zdjęć dalej nie wie, o czym chce mówić. Problem kryzysu twórczego jest stary jak świat, jednak nikt, jak Fellini, nie potrafił tak pięknie opowiedzieć o tym, że ktoś nie ma niczego do opowiedzenia. Taki paradoks.
Nagrodzone Oscarem Osiem i pół weszło do klasyki kina. Niestety, po prawie 50 latach od premiery firma Weinstein Company postanowiła, że może i warto zrobić to od nowa. Ale w formie musicalu. I dołożyć do tego miłość, dużo miłości. W wersji z roku 2009 Guido jest artystą, który też nie może poradzić sobie z brakiem weny. Aby to naprawić, postanawia odbudować relacje z ważnymi dla niego kobietami, które pojawiały się i znikały przez cały czas trwania jego życia.
Zamiast oniryzmu – dosłowna pretensjonalność. Kolejne kobiece postacie nie wnoszą do fabuły niczego; w zasadzie jedyną ciekawą osobą na planie jest żona Guido, cierpiąca, bo mąż wybiera sztukę ponad rodzinę. Budżet, którego znakomitą część pochłonęła obsada, zamknął się w kwocie 80 milionów dolarów. Tymczasem Nine zarobiło jedynie 54 miliony, stając się ogromną porażką. Zawiniły oczywiście krytyczne recenzje, ale trudno było oczekiwać, że ludzie w 2009 roku tłumnie ruszą do kin na oldskulowy musical. Przypominamy – to były czasy pomiędzy Mrocznym Rycerzem a Avatarem. Kino szło już w innym kierunku.
Można było zawalić film z Danielem Day-Lewisem, Marion Cotillard, Penelope Cruz, Judi Dench, Kate Hudson, Nicole Kidman, Sophią Loren i superpopularną wówczas Fergie? A można jak najbardziej, jeszcze jak!

Komentarze 0