
Biblijne odwołania, duchowe uniesienia, ale i... egoizm. Czy przemiana Westa zwiastuje nadejście lepszej muzyki? Czy Jesus Is King to równe wydawnictwo? Mieliśmy tydzień na oswojenie się z tym albumem.
Historia zna wiele przypadków mistyfikacji i prób naginania rzeczywistości. Żyjemy bowiem w czasach, gdy dostępna technologia pozwala na kreowanie internetowej rzeczywistości w dowolny sposób. Bardzo trudno jest jednoznacznie stwierdzić, że ktoś kłamie – tak samo, jak trudno jest jednoznacznie wskazać prawdę.
Dlaczego piszemy o tym w recenzji Jesus is King? Bo cały czas nie wiemy, na ile Kanye sam wierzy w to, o czym nawija. I czy ta płyta rzeczywiście jest tym, czym zdaje się być po pierwszych odsłuchach.
Czy Jesus Is King to oznaka choroby dwubiegunowej?
Niespodziewaną przemianę Westa datuje się na początek 2019 roku. Wtedy to cała jego uwaga skupiła się na projekcie Sunday Service – robiącym furorę w internecie, trochę tajemniczym, a trochę ekskluzywnym, żeby nie powiedzieć sekciarskim projekcie skupionym na reinterpretacji jego dotychczasowej twórczości. Oczywiście w gospelowym do szpiku kości klimacie. Wydawałoby się, że rapowy neofita zmienił się nie do poznania, ale głos w tej sprawie zabrała pewna zatroskana amerykańska dziennikarka, którą z Westem łączy choroba dwubiegunowa – Kiana Fitzgerald.
W swoim mini-eseju Kanye West, Jesus Is King, And The Unspoken Bipolarism In Between tłumaczy związek choroby psychicznej z fascynacją Bogiem. Powołując się na swoje doświadczenie, jak i na doświadczenie innych osób, które publicznie o dwubiegunówce mówią, aktualny stan rzeczy w przypadku rapera to nic odbiegającego od normy. Zaburzenie, na które cierpi Kanye, charakteryzuje się epizodami depresyjnymi i maniakalnymi. Depending on where you are on the spectrum, mania can either make you feel mildly irritated and erratic, or a deep, yet deceiving, purity that makes you think you’re in touch with God Himself – pisze Fitzgerald, wykazując jednocześnie, że chory nie traktuje takiego stanu jako epizodu chorobowego. Autorka ubolewa nad faktem, że Kanye – będąc przecież świadomą swojej kondycji osobą – woli ukrywać się pod maską choroby jako supermocy, a nie rozpoczyna prawdziwej konwersacji na ten palący temat.
Koniec kariery?
Snute przez Kianę przemyślenia na temat braku przypadku takiego, a nie innego zachowania Kanye Westa, stanowią wskazówki przy mówieniu o autentyczności Jesus Is King. Nie będziemy jednoznacznie wyrokować, czy nawrócenie jest szczere, czy też stanowi próbę zmiany wizerunku. Przyjmujemy aktualny stan rzeczy za pewnik, mając z tyłu głowy to, że Ye zmiennym jest. Obiema rękoma podpisujemy się także pod stwierdzeniem Anthony’ego Fantano, który wyprowadził następującą tezę: jesteśmy świadkami albo dziwnego, fanaberyjnego epizodu stylistycznego i tematycznego w karierze Westa, albo początku końca jego kariery.
I już tłumaczymy, dlaczego.
Zapomnijcie o dawnym Kanye
Jesus Is King może się wydawać kontrowersyjnym wydawnictwem, patrząc na twórczą przeszłość Kanyego. Nie jest jednak niczym dziwnym, jeśli potraktujemy ten album jako zupełnie nowy epizod, niemający wiele wspólnego z college’ową trylogią, Yeezusem i MBDTF. To dobry gospelowo-rapowy album o tematyce chrześcijańskiej. W niewielu aspektach przypomina jednak dotychczasową twórczość Westa. Twórczość, która do tej pory była niezwykle równa, zawsze w jakimś sensie innowacyjna, prawie zawsze wyprzedzająca swoje czasy. Jesus Is King niestety nie ma w sobie zbyt wiele z Kanyego, do jakiego się przyzwyczailiśmy – i nie mówimy tu o kwestii wiary, a stricte o muzycznych rozwiązaniach.
Zacznijmy jednak od tego, co nam się w najnowszym krążku podoba.
Jesus Is King ma świetne kawałki…
Kanye nauczył się wyśmienicie budować napięcie – takiego skilla nie powstydziłby się nawet Hitchcock. Selah jest absolutnym sztosem od początku do końca – poczynając od delikatnych i wprowadzających w nastrój organów, przez lekkie linijki Westa, narastające wokale chóru Sunday Service, po ekstatyczne wokale rapera. Follow God to angażujący beat i ciekawy patent tekściarski oparty na anaforze It ain’t Christ-like. Everything We Need oferuje wpadającą w ucho linię perkusyjną z pasującymi jak ulał ad-libami i kreatywnym przełamywaniem flow przez Ye. A Use This Gospel to z kolei chyba najlepszy numer na Jesus Is King. Jest bardzo ważny przez to, że po raz pierwszy od 2013 roku usłyszeliśmy na jakimkolwiek tracku dwójka braci, którzy niegdyś tworzyli istotny dla historii hip-hopu duet Clipse. Usłyszeć Pushatego i No Malice’a na jednym beacie to jak wygrać w lotto – wydawało się niemożliwe, a jednak. Obaj dali, choć bardzo krótkie, to treściwe i dobre zwrotki. Nad beatem czuwało aż pięciu producentów: Pi’erre Bourne, Angel Lopez, Federico Vindver, Timbaland i DRTWKR, tworząc genialny instrumental, pod którym nastrojową melodią na saksofonie podpisał się Kenny G. Kanye również stanowi tu wartość dodaną, wkomponowując się z pasującym do zamysłu kawałka wokalem i podnoszącym na duchu refrenem.
... ale momentami jest rozczarowujący.
Kanye ma całkiem długą historię kasztanów w swoich tekstach. Przywołajmy tu choćby ten z Father Stretch My Hands, Pt. 1: Now, if I fuck this model / And she just bleached her asshole / And I get bleach on my T-shirt / I’ma feel like an asshole. Albo ten: Closed on Sunday, you’re my Chick-fil-A / You’re my number one, with the lemonade. Najważniejsza różnica polega na tym, że wersy z TLOP są, albo przynajmniej próbują być, zabawne. Śpiewanie o niedzieli niehandlowej, powołując się na przykład amerykańskiego fast foodu, który w siódmy dzień tygodnia jest zamknięty, aby zbudować metaforę dla przekazywanej w piosence wartości, jest co najmniej absurdalny, a na pewno nieprzystający powadze całości. To w końcu garść frazesów i próba bycia moralizatorem, pomimo bycia neofitą. Nie wiemy, czy wynika to z choroby Westa, ale jedną z chrześcijańskich wartości jest pokora, której w Kanye nadal brak.
On God to pretensjonalny beat, który momentami potrafi nawet zirytować – i to nie w sposób, w jaki irytowały swego czasu instrumentale na Yeezusie. God Is to niewybijająca się na tle reszty pieśń pochwalna bez charakteru. Czyli jest dobrze, ale spodziewaliśmy się czegoś więcej.
Jesus Is King i co dalej?
Słuchając najnowszego wydawnictwa w pewnych momentach mamy przed oczami obrazek z jednego z koncertów Sunday Service – tego w Chicago. Kanye przedzierał się przez tłum fanów, wykonując znaczący gest rozstąpienia – niczym Mojżesz. West to gigantyczna postać, ale do figury biblijnej jeszcze mu daleko. Z chęcią będziemy wracać do Selah, Follow God i Use This Gospel, bo to naprawdę dobre numery. Z chęcią usłyszymy też drugi gospelowy album od Westa – nie musi wracać do twórczości pokroju I Love It. Jesus Is King to jednak pierwszy od bardzo dawna album od Kanyego, który jest nierówny. A przez to napawa nas troską o jego twórczą przyszłość. Czy misja nawracania słuchaczy będzie nadal przedkładana nad brzmienie muzyczne? Czy biblijne odwołania zastąpią zabawne punchline’y? Na te pytania przyjdzie nam odpowiedzieć dopiero w swoim czasie. Jesus Is King nie będzie przez nas katowane, ale od czasu do czasu na pewno do niego wrócimy.