Tymon: Takie totalne zanurzenie się w muzyce (ROZMOWA)

pstryk tymon-108-kopia.jpg
fot. Pstryk

„Oto ja, 90 kilo żywego hip-hopu” – rapował wrocławski raper Tymon ponad dwie dekady temu. Teraz wraca na scenę z albumem „Kot w ciele psa”, który nagrał do spółki z Pstykiem, jednak – jak sam twierdzi – nie interesuje go odcinanie kuponów i patrzenie w przeszłość.

W utworze „Jacy wtedy będziemy” promującym film „Blokersi” snułeś wizję swojego przyszłego życia. Spełniła się?

Nie tylko tego, jak może wyglądać moje życie w przyszłości, ale też szerzej – co stanie się z nami, ówczesnymi hip-hopowcami, za te „lat 15 czy 20”. Nie wracam do tego utworu zbyt często, ale zawsze, kiedy gdzieś mi się włączy, zaskakuje mnie, jak profetyczny okazał się ten numer – zarówno dla mnie, jak i dla całego pokolenia. Jest tam i o sentymentalnej popularności wykonawców i kawałków, którymi żyliśmy za młodu, o stosunku do następnych pokoleń, o realiach finansowych „naszego” rapu i tego, który przyszedł po nas, a wreszcie o tym, jak złożone okazały się z perspektywy czasu nasze losy i że dla wielu z nas teraźniejszość wygląda zupełnie inaczej, niż wyobrażaliśmy sobie wtedy, kiedy była jeszcze mglistą przyszłością. Kiedy pisałem tamten utwór, to, o czym tam mówiłem, nie było dla mnie aspiracją, a bardziej po prostu wizją tego, co może się wydarzyć. Ale faktycznie, prywatnie dużo z tego się spełniło. Mieszkam na przedmieściach i mam syna, który czasem naprawdę działa mi na nerwy (śmiech).

We wspomnianym utworze powiedziałeś też, że „Za szybko zaczynaliście, by ktoś wam dał coś więcej niż szacunek” i że pieniądze dostaną ci, którzy przyjdą po was. Co dziś czujesz, kiedy patrzysz na to, jak bardzo urósł polski hip-hop?

Świetne pytanie, nigdy się nad tym tak wprost nie zastanawiałem. Pierwsze, co przyszło mi do głowy to „duma”, ale przecież ja sam dołożyłem do tego co najwyżej jedną cegiełkę i to w mojej ocenie maleńką, więc byłoby to uczucie nie całkiem uzasadnione. Pomyślałem o „zaskoczeniu”, ale też bym się pod tym nie podpisał, bo jednak już w 2000 roku było widać, jak wielkie znaczenie ma dla młodych ludzi ta muzyka i te teksty, jak wielką mają moc. Teraz po prostu zyskały większe zasięgi i stały się bardziej profesjonalne. I też nie stało się to z dnia na dzień, bo ta poprzeczka podnosiła się drogą ewolucji – od Tedego, przez SB Maffiję i Quebo, aż po Otsochodzi. Kto to śledził, ten widział, jak to rośnie. Nauczyłem się traktować popularność hip-hopu, czy szerzej rapu, jako coś, co jest częścią codzienności. I właśnie na co dzień towarzyszy mi chyba po prostu „zajawka” – czyli, tłumacząc na język emocji, „radość”. Dzieje się dużo, dzieją się ciekawe rzeczy i cieszy mnie to jako słuchacza.

Radość i zajawka to emocje, które były największymi motorami napędowymi twojego powrotu na scenę?

To z kolei pytanie, którego w sumie najbardziej się boję, bo jeśli pytasz mnie, po co mi to i dlaczego wracam na scenę, to ja po prostu nie mam na to odpowiedzi. Nie było tu żadnej kalkulacji ani planu i powiem ci, że najbardziej kręci mnie teraz ciekawość, dokąd nas ten projekt zaprowadzi. Dużo łatwiej niż na pytanie „dlaczego?” jest mi odpowiedzieć na pytanie „jak?” i tu na pewno dużą rolę ma zajawka. Wszystko zaczęło się od zaproszenia na gościnki do projektu Andrzeja Szewczyka. Ze względu na szacunek dla Kościeya, który mnie tam zaprosił, siadłem do tego na poważnie, z dużą motywacją. Miał być jeden numer, w końcu nagraliśmy dwa i naprawdę spodobało mi się to, co tam zrobiłem. Przynajmniej tekstowo, bo obie te zwrotki trochę lepiej brzmiały w mojej głowie niż to, co udało się wtedy nagrać. Zacząłem sobie coś pisać w telefonie – czwórki, ósemki – ale nie było tam wtedy żadnego gotowego utworu. Akurat wtedy po raz kolejny przecięliśmy się na mieście z Pstykiem i na fali tego entuzjazmu umówiliśmy się, że zrobimy jakieś ruchy w temacie, o którym kilka razy rozmawialiśmy - czyli wspólnego albumu.

Co było dalej?

Rafał (Pstyk - przyp. red.) wysłał paczkę bitów, wymieniliśmy parę wiadomości, ale wtedy jeszcze nie poszliśmy do przodu. Pod koniec wakacji ubiegłego roku umówiliśmy się, że odwiedzę Pstyka w domu i to był wieczór, kiedy ta zajawka naprawdę wykipiała. Rafał puszczał bity, ja rapowałem do tego te swoje szkice i nagle okazało się, że to siedzi. Generalnie było to dość śmieszne wydarzenie: dwóch dorosłych facetów (właściwie trzech, bo jeszcze Igor Boxx z Skalpela, który był dla projektu dobrym duchem) w pokoju zagraconym taśmami wideo, ja gadający praktycznie do „dezodorantu”, bo nawet nie mieliśmy mikrofonu. A mimo to był to magiczny wieczór. Przyjechałem do Pstyka praktycznie z niczym, a wyszedłem z poczuciem, że mamy album, a przynajmniej epkę. Ułożyliśmy wtedy z grubsza sześć–siedem utworów, dopasowując teksty do bitów. To był najlepszy czas pracy nad tym krążkiem. W kilka tygodni dopisałem to, czego brakowało, zamieniłem szkice w utwory, napisałem kilka gotowych tekstów od zera. Dawno się tak dobrze nie bawiłem. Myślę, że bardzo pomogło tej płycie to, że powstawała tylko dla nas, bez myślenia o „powrocie na scenę”. Zresztą chciałem uniknąć takiej narracji: „Tymon wraca na scenę”. Dlaczego? Dużo z tych powrotów to jednak takie kombatanckie odcinanie kuponów od przeszłości, a ja wierzę, że to, co mamy, jest świeże i ma szansę zaskoczyć słuchaczy właśnie tym, że nie jest płytą o tym, że kiedyś to było. Dlatego dopiero kiedy praktycznie mieliśmy gotowy cały materiał, zrozumieliśmy, że to naprawdę coś fajnego i warto spróbować to porządnie wydać, przyłożyć się też do tego, w jakiej formie trafi do słuchaczy. Szczerze mówiąc, dużo bardziej wolę jednak samo nagrywanie. Te sesje u Pstyka to dla mnie naprawdę highlight nie tylko zeszłego roku, ale może nawet i całego życia.

Uważasz, że twoja płyta nie jest kombatanckim odcinaniem kuponów?

Przede wszystkim dlatego, że pisałem ją w ogóle nie myśląc o wracaniu na scenę. Zaczęliśmy robić te numery bez planu, co się z nimi potem stanie. Starałem się też, żeby teksty nie były o tym, co było, a już na pewno nie stawiały czasów minionych nad współczesnymi. Pisząc je, chciałem też poszerzyć warsztat, pobawić się ciekawszymi patternami, użyć patentów, jakie podejrzałem w młodym rapie i przetworzyć je przez swoją wrażliwość i język. Słuchając bitów Pstyka, starałem się wybierać te mniej typowe. Chciałem też, żeby były zróżnicowane, żeby nie wpaść w pułapkę robienia wszystkiego na jedno kopyto i brzmienia „jak kiedyś”. Gdybym chciał odcinać kupony, pewnie zrobiłbym coś z Magierą i zaczął od „Oto ja 2”, ale zupełnie mnie to nie interesowało. Utwór, który jest najbliższy takiemu spojrzeniu wstecz, to „Tutu”, ale tekst tak dobrze siadł do tego bitu Pstyka, że szkoda byłoby to stracić. To i tak właściwie kawałek z jedną zwrotką, do którego postarałem się dodać trochę szerszy kontekst.

Może to naiwne pytanie, ale dlaczego nie interesowało cię odcinanie kuponów?

Same ciekawe i trudne pytania dajesz. Bezpieczna, ale też prawdziwa, odpowiedź jest taka, że mnie generalnie nie interesuje wracanie do przeszłości. We wszystkim, co robię, szukam tego, co nowe. Nie lubię powtórek ani odtwarzania tego, co było. Ale mówiąc szczerze - nie za bardzo wierzyłem, że mam od czego odcinać. Przez lata wydawało mi się, że moja muzyka tak naprawdę mało kogo interesowała i dopiero stosunkowo niedawno zacząłem odkrywać, że nie miałem świadomości tego, jak szeroko faktycznie trafiła do ludzi. W pewnym momencie zaczęły mnie coraz częściej spotykać sytuacje, kiedy ludzie podchodzili do mnie, mówiąc, że słuchali, że moje słowa były dla nich ważne, że coś im dawały. Co ciekawe, dotyczy to zarówno „Zmysłów 5”, „Smogu” czy „Świntucha”. Pod tym względem takim eye openerem był dla mnie udział w koncercie „50 przełomowych utworów polskiego hip-hopu”, na który zaprosił nas Ostry. Okazało się, że to, co robiłem, propsują też inni wykonawcy. Usłyszeć to od Kosiego czy Włodiego to naprawdę duża rzecz.

Jest w tobie taka próżna potrzeba poklasku?

Myślę, że nie. Bardziej się boję, żeby obciachu nie było. Mam do tego bardzo zdrowe podejście i mimo wszystko realnie oceniam, gdzie jestem, swoje predyspozycje i to, co mogę zrobić. Ta płyta jest napisana przede wszystkim dla mnie. Ciekaw jestem, jak odbiorą te teksty ludzie. Starałem się, żeby były na swój sposób uniwersalne i prowokowały do własnych refleksji, ale tak naprawdę ukryłem tu bardzo dużo znaczeń, które tylko dla mnie są w pełni zrozumiałe. A przy okazji odkryłem też, że właśnie tak chcę pisać w przyszłości, jeśli będzie jeszcze okazja coś nagrać. Natomiast, żebym nie wyszedł tu na jakiegoś mnicha, który zupełnie unosi się ponad egocentryzmem. Uważam, że nagraliśmy naprawdę zajebistą płytę, bardzo unikatową jak na współczesny polski rap. Chciałbym, żeby ktoś to docenił. Chciałbym przeczytać recenzję, w której padną takie słowa, usłyszeć to od kogoś po koncercie albo podczas przypadkowego spotkania na ulicy. Jak więc widzisz, dalej chcę, żeby mówili o tym: elo, wypas, mistrz i niebanalny przekaz plus eklektyczny bit (śmiech). Ale też mam do tego dystans, nie potrzebuję tego dla poczucia własnej wartości.

Największy sukces ten projekt odniesie dla mnie wtedy, kiedy rozdzwoni się telefon Pstyka. Uważam, że to producent wyjątkowy, dotykający swoją muzyką jakiejś takiej głębi, duszy, czegoś bardzo esencjonalnego i poruszającego. Naprawdę zasługuje na to, by pracować z raperami i artystami dużo lepszymi i bardziej utalentowanymi ode mnie.

Pogadajmy chwilę o nim - nauczyłeś się czegoś od niego podczas pracy nad tym krążkiem?

Przede wszystkim tego, że nie wszystko musi być dopracowane do ostatniego detalu. Chciałbym to jednak doprecyzować, żeby dobrze wybrzmiało, bo wcale nie oznacza to, że Rafał odpuszcza. Chodzi o to, że ja mam bardzo analityczną głowę, umysł ścisły, lubię wszystko solidnie zaplanować, a potem realizować do ostatniego punktu planu. Pstyk kieruje się intuicją i są momenty, kiedy właśnie ona podpowiada mu, że już wystarczy, bo dalsze polerowanie tematu go pogorszy, a nie polepszy. W stu procentach wziąłem to od niego, jeśli chodzi o muzykę. Właściwie wchodziłem już we współpracę, znając jego styl i samemu sobie pozwalając – także w pisaniu tekstów – żeby nie przekombinować, nie zapinać wszystkiego na ostatni guzik, zostawić niedomknięte wątki. Uważam, że dzięki temu te teksty są lepsze, że to najlepsza płyta, jaką napisałem. Jestem autentycznie dumny z tego, co zrobiliśmy. Trochę gorzej ta lekcja siadła w całym procesie wydawniczym. Tu trudniej było mi się pozbyć mojego podejścia. Wiem, że w takich tematach organizacyjnych potrafię być bardzo intensywny i wiem, że to trochę Rafała przytłoczyło. Klasyczny przypadek: dobre intencje, ale efekt nie całkiem zgodny z zamierzonym. Ale myślę, że już się tu dotarliśmy. To muzyka i ona ma przede wszystkim dawać fun.

Dlaczego zdecydowaliście się wydać ten krążek sami? Żaden duży label nie był zainteresowany Tymonem czy może warunki, które wam oferowano, były po prostu słabe?

My nawet nie prowadziliśmy takiej rozmowy. Samodzielne wydanie tej płyty wydawało mi się właśnie kolejnym elementem wpisującym się w to podejście: „żeby to nie było odcinanie kuponów”. Robimy to sami, jak kiedyś, w ten sposób też trochę od nowa zaczynamy obecność na scenie, przechodząc przez te wszystkie poziomy bez żadnego headstartu. Rafał pewnie najchętniej zrobiłby to jeszcze bardziej podziemnie, na przykład tylko na kasetach nagrywanych przez niego własnoręcznie. Dla mnie też by tak było ok, ale wydawało mi się jakieś takie niestosowne, żeby człowiek, który ma robić muzykę i naprawdę dotyka tam jakiegoś absolutu, siedział po nocach, zaklejając koperty i nosząc je do paczkomatu. Dlatego poprosiliśmy o pomoc HeadzHQ, co ściągnęło z nas całkiem sporo tematów związanych z produkcją, logistyką itd. Patrząc na to, jak dociążyła nas ta warstwa wydawnicza, pewnie myślę sobie, że może lepiej byłoby poszukać labelu. Z drugiej strony może odebrałoby to tej płycie autentyczności.

Skąd ta potrzeba zachowania za wszelką cenę autentyczności?

Ta autentyczność to może tutaj taki skrót myślowy. Nie chodziło mi o autentyczność w tekstach itd. W tym kontekście chodziło mi o to, że płyta powstała bez presji, bez oczekiwań, w taki bardzo organiczny sposób, między mną a Pstykiem, właśnie „podziemnie” i wydawało mi się, że najlepiej też tak ją wydać. Plus, jak wspominałem, szukanie wydawcy zrobiłoby z tego „powrót na scenę”, a właśnie to mi nie odpowiadało. Nie tego szukałem. Takie podejście do wydania wydawało mi się adekwatne do tego, jak płyta powstała, będąc również swego rodzaju uszanowaniem dla tego podziemnego statusu, jaki ma Rafał. Dla mnie też wydawało się adekwatne, że po takiej przerwie startuje właśnie zupełnie od zera, własnymi siłami, trochę tak jak w 99 wydawałem z Magierą nielegal „Szelma”. Widzę w tym jakieś takie poetic justice.

A jeśli już o czasach „Szelmy”. Na płycie mówisz: „Nie dissuję, dissuję jak PKB było małe, ale wtedy jeszcze Wzgórze było całe”.

Miałeś po latach okazję porozmawiać z chłopakami ze Wzgórza o jednym z pierwszych beefów w historii polskiego hip-hopu?

Miałem okazję porozmawiać, ale krótko – to nie była taka rozmowa: „rozliczmy się” czy „powspominajmy”. Dwie przecinki. Jedna z Borixonem po pierwszym czy drugim hiphopowym koncercie na festiwalu w Opolu. Spotkałem go po występie w barze, gdzie praktycznie bez słowa przeszliśmy nad tym beefem do historii, wypijając jednego shota. Druga rozmowa była z Wojtasem przy okazji marcowego „50 przełomowych utworów HH” w Łodzi. Przywitałem się z Wojtasem, zbiłem pionę i pół żartem, pół serio zapytałem, czy kończymy beef. Chyba jednak dla nas obu było to już lekko weird – jesteśmy dorosłymi facetami, którzy przeszli przez dużą część życia. Młodzieńcze wyzywanki nie budzą już takich emocji jak wtedy.

Emocji natomiast nie brakuje w utworze „Dzień ojca”. Pamiętasz, co czułeś, gdy pisałeś ten tekst? Pamiętam, ale to trochę szersza historia. Ten tekst napisałem w 2009 roku, krótko po tym, jak dowiedziałem się, że będę miał syna. W tamtym czasie miałem niełatwą relację z moim ojcem. W sumie nic wielkiego – dwie silne osobowości, inaczej patrzące na świat i niepotrafiące się dogadać mimo woli. Mój ojciec był pisarzem i mniej więcej wtedy wydał też swoje „Dzienniki”, gdzie między innymi pisał o swoich rozwijających się chorobach, o tym, jak odbierają mu kawałek po kawałku sprawność i co za tym idzie – życie. Pamiętam, że wtedy zrozumiałem, że ten cykl ojców i synów, którym trudno znaleźć wspólny język, którym trudno dotrzeć do prawdy o sobie, powtarza się z pokolenia na pokolenie. I ja pewnie dla mojego syna będę postacią podobną, jak mój ojciec dla mnie. Z jednej strony ktoś, kto daje nam ten męski wzorzec bycia i przepis na życie, z drugiej – ktoś, kogo nigdy do końca nie rozumiemy i często zbyt szybko oceniamy. Ten tekst leżał w szufladzie i był trochę takim moim unfinished business. Ponieważ nie wiedziałem, czy coś jeszcze nagram, postanowiłem go użyć, praktycznie niczego w nim nie zmieniając, nawet jeśli z perspektywy rapowej jest napisany bardzo oldskulowo, archaicznie.

Ojciec był dla ciebie pierwszą inspiracją do pisania? Tak, myślę, że można tak powiedzieć. Wiadomo, że na co dzień nie mówi się literaturą, ale na pewno była u nas w domu pewna kultura języka, a przede wszystkim bogate słownictwo i dużo książek na regałach. Ojciec też zawsze wspierał różne moje działania kreatywne. Kiedy napisałem i narysowałem pierwszy komiks, dogadał się z zaprzyjaźnioną kioskarką, żeby wystawiła go na wystawie, a potem „wykupił” cały nakład, żebym uwierzył w to, co robię. Dużo z tych rzeczy dostrzegłem, zrozumiałem czy doceniłem dopiero dużo później. Ojciec słuchał jazzu i bluesa, więc ta muzyka była też w domu. Do tego polski bigbeat z lat 60., więc na pewno w domu złapałem to takie dusty brzmienie, którego najczęściej szuka się w samplach. Pierwsze kawałki z Magierą robiliśmy właśnie na samplach z płyt mojego ojca.

IMG_4104.jpeg

O ten jazz też chciałem zahaczyć, bo na płycie masz utwór zatytułowany „Tutu”, czyli tak samo jak album Davisa, na którym pojawił się Michał Urbaniak. Jak ważną częścią twojego muzycznego życia był właśnie jazz? Przez długi czas nieświadomą, to po prostu była muzyka, która leciała w domu. Płyta „Tutu” Davisa rzeczywiście była w jakiś sposób ważna, bo wychodziła w latach 80., więc tato słuchał jej na żywo – skołował sobie egzemplarz winyla z Niemiec. To było też wydarzenie, bo Miles zmienił tam brzmienie, wszedł wówczas w bardzo nowoczesną, jak na tamte czasy, elektronikę. Do tego też nawiązuję w tym utworze. Mam w głowie taki obrazek, jak ojciec wraca do domu z jakiejś imprezy, wstawiony, puszcza płytę z jazzem, zakłada słuchawki, kładzie się na podłodze i jej słucha. Takie totalne zanurzenie się w muzyce. To też coś, co mi zostało – lubię odciąć się od świata, włożyć słuchawki i wejść w całości w świat danego albumu, muzyki. Z innej beczki – ja jestem wychowany na albumach, co trochę nie matchuje z obecnym trendem wydawania pojedynczych kawałków na playlisty dla podtrzymania zasięgu. Bardzo chciałem, żeby „KWCP” działało jako cały album, a nie tylko zbiór kawałków.

A obawiasz się że nie zadziała? Nie, nie, jestem przekonany, że zadziała, bo tak ten album ułożyliśmy. Myślę, że mamy całkiem zróżnicowane utwory, właściwie każdy brzmi inaczej i jest trochę o czym innym, ale dzięki temu, jak te utwory są ułożone w kolejności, cały album płynie od kawałka do kawałka. Te klimaty przechodzą jeden w drugi, a dzięki powracaniu do niektórych motywów, choćby tekstowych, całość spina się razem. Mam nadzieję, że dla słuchaczy będzie to miało pewną dramaturgię, że będzie to jakaś podróż. Ale najważniejsze jest to, że ma dla mnie.

Słuchając twojej płyty, miałem wrażenie, że bawisz się słowem i często uprawiasz rap o rapie. Dla ciebie takie określenia to komplement czy obelga? Muszę powiedzieć, że mnie zaskoczyłeś, a nawet zmartwiłeś (śmiech). Właściwie tylko numer „Manga” jest takim rapem o rapie, inne są jednak dla mnie o czymś, a te gry słów służą raczej temu, żeby otworzyć słuchaczowi pole do własnej interpretacji. Patrzę na to tak, że mam już tyle lat, pewnie moi słuchacze też, że wykładanie wprost takich prawd o życiu nie ma sensu, bo każdy z nas przeżył już tyle, że ma swoje własne prawdy, że wie, jak działa życie. Dlatego na tej płycie starałem się to ubrać w słowa nie wprost. Natomiast wracając do twojego pytania – zdecydowanie bardziej komplement, na pewno nie obelga. To chyba właśnie lubię w rapie najbardziej: kiedy ktoś nawinie tak błyskotliwie, powie coś tak zaskakującego, że od razu przewijasz do tyłu, żeby posłuchać jeszcze raz. W numerze zamykającym krążek mówisz o tym, że popełniłeś niejeden błąd. Który z nich był najbardziej bolesny? Aaa, to już zachowam dla siebie, tym bardziej że nie miał on nic wspólnego z hip-hopem. W moim wieku każdy ma już swój katalog sukcesów i porażek. Ważne, żeby czerpać siłę z tych pierwszych i wyciągać naukę z tych drugich. O tym też chciałem opowiedzieć na tej płycie – nie z perspektywy rapera, ale zwykłego człowieka, który dorastał, dojrzewał i żył z rapem gdzieś obok i który wyraża się właśnie przez język ukształtowany przez rap, korzystając z cytatów i słów, które z rapu przyszły.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz