Wirus dobra też krąży po świecie. Być może trudne czasy jeszcze bardziej obudzą sumienia graczy. Oni też są ludźmi. Też obserwują życie. I coraz mocniej wiedzą, że ich rola nie ogranicza się już tylko do kopania piłki. Jeszcze nigdy w historii piłkarz nie miał takiego wpływu i takich narzędzi, by zmieniać świat.
Obejrzałem właśnie nowy dokument o Sadio Mane. Dostępny jest za darmo na Rakuten TV, więc polecam każdemu. Na pierwszym planie jest tam oczywiście fascynująca droga od lepianki w Bambali na Anfield. Prucie do marzeń nawet wtedy, gdy wydaje się to niemożliwe. Ale mnie najbardziej zaciekawiło to, co się dzieje, gdy te marzenia się spełniają. I jaką odpowiedzialność niesie na barkach piłkarz, który nagle dla ludzi staje się bogiem. To nie są setki, czy tysiące wyznawców. To są miliony. A każdy z nich nie szuka jedynie goli i pięknych akcji, bo chciałby też wiedzieć jak żyć.
Piłkarz jest jak wieża transmisyjna: ma zasięg i nie zawaha się go użyć. Didier Drogba negocjował kiedyś zawieszenie broni w trakcie wojny domowej w Wybrzeżu Kości Słoniowej. Sadio Mane buduje szpitale w Afryce i mówi o znaczeniu edukacji. Nawet w filmie jest taka scena, gdy przemawia z balkonu jak kaznodzieja. To już nie jest tylko facet w krótkich spodenkach, który dwa razy w tygodniu daje ludziom rozrywkę. On jest projekcją ich marzeń i kluczem do emocji. Jeśli ktoś ma szerzyć wirus dobra, to właśnie piłkarze.
To się dzieje od paru lat, oni się naprawdę obudzili. Raheem Sterling głośno mówi o rasizmie, Hector Bellerin o klimacie, a Danny Rose był chyba pierwszym, który przyznał, że nawet w świecie milionerów Premier League można mieć depresję i wcale nie jest to powód do wstydu. Powstały piękne kampanie – jak ta BBC, gdy w szatni siedzą Thierry Henry, albo Gareth Southgate i rozmawiają na tematy, których w szatni się nie podejmuje, a które pod głęboko skrywaną powłoką istnieją mocniej niż nam się wydaje.
Słowo ma moc. W połączenie z futbolem może wpływać na ludzi i zmieniać ich wybory. To było widać jeszcze w czasach Beckhama, gdy jednego dnia golił się na łyso, a drugiego znajdował miliony naśladowców. Od tego czasu świat tylko przyspiesza, zrobił się tak skomplikowany, że wielu ludzi po prostu się w nim gubi. Potrzeba autorytetów jest większa niż kiedykolwiek. Z drugiej strony, gdzie ich znaleźć, skoro Internet daje dziś głos każdemu, więc wysyp populistów i atencjuszy jest gigantyczny. Czasem trzeba lat, żeby tę ułudę zdemaskować i zobaczyć, że za piękną atrapą nie kryje się nic.
Globalizacja dała piłkarzom bilet do świata milionerów. Ale powierzyła również odpowiedzialność. Wiele pomników runęło, bo to zawsze będzie kocioł charakterów. Media przez kilka dni roztrząsały, że Kyle Walker podczas kwarantanny zabawiał się z prostytutkami, ale w tym czasie Jordan Henderson jeździł po szpitalach. Setki graczy włączyło się w walkę z koronawirusem, czasem nawet w tak prosty sposób, jak wrzucanie zabawnych filmów z domu, w czym bryluje choćby nasz Rafał Gikiewicz. Jego przekaz zawsze będzie mocniejszy niż przekaz zwykłego człowieka.
Ostatnio natrafiłem na ciekawy artykuł w „L’Equipe”. Bohaterem był Corentin Tolisso, który z własnej woli zgłosił się do jednej z organizacji, by w wolnym czasie rozmawiać na Skype z niepełnosprawnymi. Skoro siedzi w domu, to może zrobić w nim coś więcej niż zagrać w Fortnite’a. Tolisso regularnie jest w kontakcie z sześcioma rodzinami. Mówi: „Znam ich problemy, bo moja mama była dyrektorką w podobnych placówkach”. Jest kolejnym piłkarzem, który zabiera głos na tematy społeczne. I tym samym powoduje, że odwagi nabierają inni. Nawet jeśli ich kluby albo otoczenie agencyjne często sugeruje im, by byli tylko od grania.
Wydaje mi się że wielu piłkarzy poczuło, iż ten gorset ich uwiera. Żyjemy w czasach, gdy ludzie z pomocą wirtualnej rzeczywistości coraz mocniej się uzewnętrzniają: pokazują, co oglądają, czego słuchają, zdradzają cząstkę siebie. Piłkarz, który ma „kościół” fanów na Instagramie, też chce brać w tym udział. Może wrzucać głupie memy, ale może też dzielić się czymś wartościowym. Albo nieść przekaz. Jak Mohamed Salah, gdy mówi o złym traktowaniu kobiet w kulturze muzułmańskiej. Były kiedyś badania, że odkąd Egipcjanin dołączył do Liverpoolu, liczba przestępstw wobec wyznawców Islamu spadła w mieście o kilkadziesiąt procent. To jest właśnie ten wirus dobra, niesamowita siła piłki, która – choć tego często nie widzimy – zmienia ludzi na lepsze.
Fajne zdanie powiedział kiedyś Ander Herrera. Że w swojej karierze tak dużo dostał pomocy innych ludzi, iż niegodziwością byłoby tej pomocy teraz nie oddać. Nawet schroniska dla psów wspiera regularnie. A po karierze nie chce być menedżerem, ani ekspertem TV. Chce przebrać się w dres i w tym samym klubie, gdzie się wychował, trenować dzieci. Nazwał to zamknięciem cyklu. Podobną rozmowę miałem w grudniu z Łukaszem Piszczkiem, kiedy dyskutowaliśmy o jego akademii w Goczałkowicach. On mówił wprost: „Tutaj dorastałem, to jest dług wobec tej społeczności”. Jeszcze kilka lat temu żaden polski piłkarz by tak nie powiedział. Bo to też pokazuje, jaką drogę przeszli. To już nie są anegdotki z lat 90. co to ja nie, z kim nie piłem, ile przepuściłem. Dzisiaj wielu piłkarzy naprawdę czuje odpowiedzialność. Mają ogromny wpływ na ludzi i nigdy nie wiedzą, kto słucha po drugiej stronie.
