Klub z największym budżetem świata, czyli Barcelonę, czekają spore problemy finansowe. Podobnie jak zdecydowaną większość świata futbolu. Sytuacji ze spokojem przyglądają się szefowie baskijskiego Athletiku, nie chcąc nawet słuchać o ucinaniu pensji komukolwiek w klubie.
Narzucone sobie ograniczenia nagle stały się zbawieniem. Kiedy inni wpadli w szalony pęd transferowy, żyjąc na kredytach i naciągając do granic możliwości budżety, Athletic sumiennie gromadził pieniądze. W zasadzie to nie miał ich gdzie wydawać, bo założył sobie, że w jego barwach będą występować tylko piłkarze z Kraju Basków lub mocno związani z regionem w północnej Hiszpanii. Postawili na romantyzm i sentymenty, które ograniczały ich potencjał sportowy, ale zbudowały silną tożsamość wśród kibiców. A w trudnych czasach pozwoliły uniknąć jakiejkolwiek paniki, jaka dotknęła pracowników oraz szefów pozostałych klubów.
Athletic jest 188 milionów na plusie, przynajmniej tyle ma odłożone, więc kiedy piłkarze wyszli z inicjatywą dobrowolnego obcięcia swoich pensji, ich pracodawcy tylko się uśmiechnęli. Ich recesja gospodarcza nie zaboli tak jak innych. Nawet gdyby przyszło pozostać w domu na kilka miesięcy, klubowa kasa będzie w stanie to przetrwać. W najgorszym scenariuszu dochody klubu z Bilbao spadną o 30 milionów euro – ponad połowa tej kwoty to prawa telewizyjne, reszta wpływy meczowe oraz składki członkowskie socios, którzy też utrzymują klub.
W zaistniałej sytuacji Athletic najbardziej boli, że nie może wyjść na boisko. Dopiero co na początku marca awansował do finału Pucharu Hiszpanii, którego rozegranie stoi pod wielkim znakiem zapytania. Okazało się, że można grać na sentymentach, można stawiać na swoich ludzi i nadal walczyć o trofea. Do finału Copa del Rey weszli po pięciu latach, a na jego zdobycie czekają od 1984 roku.
Ale jak wyliczył analityk ekonomiczny Roberto Bayón – tylko siedem klubów LaLiga ma ujemny dług netto i jest w odpowiedniej sytuacji finansowej, aby poradzić sobie z kryzysem. Oprócz wspomnianego Athletiku, mowa o Eibarze (ma w kasie prawie 41 milionów), Realu Madryt (38 milionów), Leganes (27 milionów, chociaż trzeba doliczyć do tego sprzedaże En-Nesyriego i Braithwaite'a), Celcie Vigo (24 miliony), Sevilli (23 miliony) i Villarrealu (8 milionów). Pozostali żyją mocno na kredyt. U nich spadek dochodów może oznaczać brak płynności finansowej. Coś, czego w ogóle nie wkalkulowali na początku rozgrywek, zakładając życie na styku.
Najbardziej zadłużone ze wszystkich jest Atletico Madryt – 522 miliony euro – które weszło do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. W ostatnich latach wskoczyło do czołówki sportowej i finansowej świata, ale żyje na ponad półmiliardowym długu, co oczywiście jest również związane z budową nowego stadionu Wanda Metropolitano. Sytuacja będzie skomplikowana dla Valencii (291 milionów długu) oraz Barcelony (217 milionów), gdzie dyrektorzy sportowi już szykują listę zawodników do pożegnania i wystawienia na rynek transferowy. Dziennikarze próbują w tym czasie odgadnąć, kogo ten kryzys wypchnie poza klub. Sytuacja może być dramatyczna dla ostatniego w tabeli Espanyolu (76 milionów plus kolejne 40 wydane zimą na transfery) oraz dotknąć także boleśnie Betis.
Najprawdopodobniej nie tylko tabela zrobi porządku we współczesnej piłce. Wiele klubów, o ile utrzyma się na powierzchni, będzie musiało przejść rewolucję w swoich strukturach finansowych. Wtedy warto będzie zerknąć w kierunku Athletiku. Niekoniecznie, by ograniczać się do własnej szkółki, ale pomyśleć o rozsądku budżetowym i wypisaniu się czasem z owczego pędu.
