Utrzymali się w lidze, choć jako beniaminek niemal wszystko zrobili źle. Przy jednym spadającym zespole, do ostatnich minut ostatniej kolejki drżeli o utrzymanie. Mimo to nie potraktowali tego jako ostatniego ostrzeżenia, lecz jako sygnał, że są na dobrej drodze. I już na starcie nowego sezonu wyglądają na głównego kandydata do spadku.
Czytając podsumowanie sobotniego meczu z Piastem Gliwice autorstwa Jacka Klimka, można było odnieść wrażenie, że w Mielcu odbyło się jakieś fantastyczne widowisko. Prezes Stali zmarnowanie czterech stuprocentowych sytuacji, jakie jakimś cudem naliczył drużynie, przypisał złośliwej naturze futbolu. Nie miał jednak zamiaru za długo się denerwować. Powiedział trudno i polecił o wszystkim zapomnieć, dziękując za znakomitą frekwencję i świetny doping. Brzmiało to tak, jakby klubowi z województwa podkarpackiego udało się naprawdę dobrze zainaugurować sezon. A że przełożyło się to na razie na jeden punkt na sześć możliwych? Chciałoby się powiedzieć: “trudno! Przy takiej grze wygrane to kwestia czasu”. Tyle że trudno podzielać tak dobry nastrój mielczan.
SAMO SIĘ NIE ZROBI
Nie chodzi nawet o to, że drugi sezon jest dla beniaminków najtrudniejszy. Zwłaszcza że tak naprawdę najtrudniejszy jest pierwszy i to w nim zdecydowana większość ma największe problemy. Ale jeśli nawet udaje się jakoś przetrwać pierwszy, drugi faktycznie bywa trudny. Chyba że stara się temu jakoś zapobiec. Raków w drugim sezonie po awansie został wicemistrzem Polski. pewnie dlatego, że dziesiąte miejsce zdobyte w roli beniaminka go nie satysfakcjonowało i zamierzał patrzeć dużo wyżej. Jeśli chce się więc w drugim sezonie pójść w górę, trzeba coś w tej kwestii zrobić. Samo, tylko dzięki doświadczeniom zebranym w trakcie roku przez zawodników, się to nie stanie.
SZEŚCIU TRENERÓW
Trudno oczekiwać od każdego, by był jak Raków, skoro mowa o jednym z najsensowniej budowanych klubów w Polsce. Jednak nawet biorąc pod uwagę znacznie skromniejsze możliwości Stali, trudno się nie dziwić temu, jak klub z Mielca korzysta z szansy, którą otrzymał. Stal od momentu awansu robiła wszystko, by spaść z ligi. Zwolniła trenera bazującego na pressingu, by zatrudnić takiego, który chciał dłuższego utrzymywania się przy piłce. By go zastąpić trenerem-strażakiem, którego po poprawie wyników, zastąpiono kolejnym strażakiem, licząc, że przyniesie szczęście utracone przez poprzednika. Przyniósł, więc zaoferowano mu nowy kontrakt. Lecz na dwa tygodnie przed startem sezonu uznał, że to jednak nie na jego nerwy. Więc zatrudniono kolejnego. Dwa lata temu o tej porze trenerem Stali był jeszcze Artur Skowronek. Od tego czasu pracowali w Mielcu także Dariusz Marzec, Dariusz Skrzypczak, Leszek Ojrzyński, Włodzimierz Gąsior i Adam Majewski. Sześciu trenerów w ciągu dwóch bardzo przecież udanych lat, w których Stal po ćwierć wieku nieobecności wróciła do elity i się w niej utrzymała. Strach pomyśleć, ilu trenerów będzie miała Stal w ciągu dwóch gorszych lat.
ZIMOWY SEN
Stal robiła też wiele, by znane powiedzonko o jej organizacji, nie straciło na aktualności. Niemal równie często, jak trenerów, zmieniała prezesów. Miała na kontraktach tabuny piłkarzy, ale “robić nie było komu”. Bo kadra przez większość sezonu wyglądała bardzo ubogo. W zimie, mimo potencjalnie niebezpiecznej sytuacji, niemal nie dokonano wzmocnień, prawdopodobnie uspokajając się tym, że w ostatniej kolejce jesieni udało się ograć na Łazienkowskiej Legię. Podbeskidzie na dnie tabeli zbroiło się na miarę możliwości, pokazując się wiosną ze znacznie lepszej strony. Warta, która wtedy jeszcze była mniej więcej na poziomie Stali, ściągała Makanę Baku czy Adama Zrelaka. A Stal spokojnie czekała. Czasem nawet nie mając za bardzo gdzie trenować, gdy zima trochę mocniej dała się we znaki.
SŁABA WIOSNA
Owszem, wyszło na mielczan, bo ich rywali pociągnął na dno balast z fatalnej jesieni. Ale nie sposób nie zauważyć, że wiosną tylko Górnik Zabrze punktował w lidze gorzej od Stali. Nikt nie wygrywał rzadziej. Tylko Górnik i wyjątkowo fatalna Cracovia strzeliły mniej goli. Średnia punktów w skali sezonu wynosząca mniej niż jeden na mecz, 47 straconych bramek, niemal w każdym sezonie oznaczałyby spadek z ligi. Stal miała jednak to szczęście, że akurat w tamtym sezonie wiadomo było, że jeden z dwóch beznadziejnych zespołów utrzyma się w lidze dzięki reformie rozgrywek. Że wyjątkowo niewiele wystarczy, by się utrzymać. I Stal zrobiła wyjątkowo niewiele. Jeszcze przed ostatnią kolejką nie była pewna utrzymania, ciesząc się, że ich rywale w absurdalnych okolicznościach pogubili punkty, a oni sami mieli serię trzech z rzędu goli z autu, które dały dwa zwycięstwa nad wyżej notowanymi rywalami. Właściwie dopiero gol Macieja Jankowskiego w doliczonym czasie gry ostatniej kolejki rozwiał wszelkie wątpliwości, że Stal pozostanie w lidze. Przynajmniej sportowo. Bo w pierwszej instancji klubowi nie przyznano licencji na nowy sezon ekstraklasy, co dopełniało fatalnego obrazu beniaminka w całym sezonie.

PRZESPANE LATO
Nie przypominam tego wszystkiego, by się wyzłośliwiać, ani by mówić, że Stal nie zasłużyła na to, by pozostać w lidze, lecz po to, by wyjaśnić zdziwienie, jakie wywołuje we mnie wszystko, co mielczanie zrobili z tym utrzymaniem. Zamiast potraktować je jako ostatni dzwonek, jako naprawdę poważny sygnał alarmowy i od pierwszego dnia po meczu ze Śląskiem ostro zabrać się do przygotowywania ekipy na nowy, znacznie trudniejszy, sezon, zaczęło się poklepywanie po plecach. Transferów nie dokonano praktycznie żadnych. “Królewski” ruch Stali to pozyskanie z III-ligowych rezerw Cracovii Marcina Budzińskiego, który przed podpisaniem z nimi kontraktu przez pół roku był bez klubu. W miarę sensownie wypada jedynie wypożyczenie Maksymiliana Sitka z Podbeskidzia, który wprawdzie w poprzednim spadkowym sezonie nie pokazał nic ciekawego, ale przynajmniej jest młodzieżowcem. Lepszym, niż ci, których Stal ma u siebie. Pozostali nowo pozyskani to piłkarze z niższych lig. Biorąc pod uwagę odejście Roberta Dadoka, mającego za sobą przyzwoitą wiosnę, oraz Petteriego Forsella, którego rzuty z autu uratowały Stali ligę i który wydaje się dziś jednak trochę lepszy od Budzińskiego, jeden z najsłabszych zespołów ligi w lecie jeszcze się osłabił.
RYZYKOWNY TRENER
Być może dobrze się stało, że Gąsior jednak zrezygnował, nie narażając na szwank statusu, jakim cieszy się w mieście. Poszukiwanie trenera dwa tygodnie przed startem ligi nie jest łatwe, ale i w tej kwestii trudno uznać, by działacze Stali minimalizowali ryzyko. Zdecydowali się na wybór absolutnie nieoczywisty. Kolejny już w ostatnich latach. Nie chodzi nawet o to, że Adam Majewski nigdy nie pracował samodzielnie w ekstraklasie. Chodzi o to, że nawet biorąc pod uwagę trenerów I ligi był bardzo karkołomną kandydaturą. Ze Stomilu Olsztyn zwolniono go po niespełna roku. Na pożegnanie przegrał sześć z siedmiu meczów. Nie miał oczywiście łatwego klubu do prowadzenia, ale można się zastanawiać, co oprócz doświadczenia w trudnych warunkach, dostrzegli w nim działacze Stali, że uznali, iż zasługuje na natychmiastową szansę w elicie. Jedyne sensowne wytłumaczenie to przywiązanie trenera do gry trójką stoperów, czyli takiej, którą wprowadzili w Mielcu Ojrzyński i Gąsior. Być może uznano, że ekipa nie potrzebuje jeszcze rewolucji także w kwestii ustawienia. Być może. Jednak patrząc na kadrę Stali, raczej szukałbym trenera, o którym wiadomo, że się do tego zawodu nadaje, a nie takiego, o którym dopiero się to okaże. Jeśli się okaże, że jednak nie, Stal pewnie zatrudni siódmego trenera. By się z tym wynikiem zmieścić w dwa lata, ma czas do 22 września.
BEZ ATAKU
Prezes Klimek odwołuje się po meczu z Piastem do braku szczęścia i ma rację o tyle, że Stal jakością stworzonych sytuacji przeważała nad gliwiczanami. Jednak to, co można było powiedzieć rok temu, pół roku, czy trzy miesiące temu, powiedziane teraz kolejny raz przestaje już brzmieć przekonująco. Mielczanie faktycznie w poprzednim sezonie strzelali znacznie mniej goli, niż wskazywałyby na to ich sytuacje i głównie za to Ojrzyński zapłacił posadą. Jednak nie ma sensu przypisywanie niemocy pod bramką jedynie fatum. Jeśli próbuje się szturmować ligę jednym tylko napastnikiem Aleksandyrem Kolewem, który w najlepszym sezonie w karierze strzelił siedem goli, ale zwykle nie przekracza dwóch, trudno oczekiwać czego innego. Łukasza Zjawińskiego Stal się pozbyła, lecz w sumie zaliczył sportowy awans, podpisując kontrakt z Lechią Gdańsk. Nikogo w jego miejsce nie ściągnęła. W meczu z Piastem na środku ataku biegał Maciej Jankowski, piłkarz solidny, ale taki, o którym od lat wiadomo, że nie najlepiej czuje się, grając samotnie z przodu. Jego rekord życiowy to dziesięć goli. Ale rzadko dobijał do aż tylu. Innymi słowy, Stal bardzo sumiennie zapracowała decyzjami transferowymi na to, by mieć problemy ze strzelaniem goli. W ostatnich siedmiu meczach zdobyła jedną bramkę z akcji. Jedna padła z rzutu karnego, trzy z rzutów z autu. W pozostałych spotkaniach nie padły żadne.
ZA MŁODY STRĄCZEK
Jeśli ma się takie problemy ze strzelaniem goli, wypadałoby ich tracić jak najmniej. I akurat linię obrony Stal ma względnie solidną. Poziom trzyma zwykle Marcin Flis, pozostali stoperzy też raczej wypadają przyzwoicie, a lewy wahadłowy Krystian Getinger często jest wręcz atutem. Wartością dodaną był w poprzednim sezonie często także Rafał Strączek. Początkowo wystawiany głównie dlatego, że jest młodzieżowcem, wielokrotnie ratował Stali punkty efektownymi interwencjami. To pewnie prawda, że nie jest wybitnie wyszkolonym bramkarzem, przed którym wielka kariera. Często rzucał się bez żadnej kalkulacji, czy było to konieczne, czy nie. Koniec końców jednak trzeba go uznać za jednego z najlepszych piłkarzy minionego sezonu w Stali. Nowy trener zaczął jednak pracę od posadzenia go na ławce. Bo uważa, że drużyna potrzebuje doświadczonego bramkarza. Postawił więc na Michała Gliwę, który zawalił jej gola w Niecieczy. Nie zachwiało to jednak jego pozycją i 22-letni Strączek siedzi na ławce, czekając, aż się zestarzeje. To, że będąc rok młodszy, sprawdził się w ekstraklasie, nie ma znaczenia, jeśli konkuruje z kimś 11 lat starszym.
PIERWSZY MECZ O UTRZYMANIE
Nie jest tak, że Stal jest jakoś wyjątkowo beznadziejna, zaniża poziom ekstraklasy i nie ma absolutnie żadnych atutów. Ale niestety nie ma też wielu powodów, by widzieć w niej zespół, który w sensownej perspektywie jakoś ubogaci ekstraklasę. Średnia wieku wyjściowej jedenastki na starcie z gliwiczanami wyniosła 28,9. Jak na razie tylko Górnik Łęczna miał w tym sezonie wyższą. Klub wprawdzie podpisał umowę w sprawie budowy ośrodka treningowego, co jest chyba jedynym pozytywem ostatnich tygodni, ale to i tak kwestia dość odległej przyszłości. Na teraz trudno znaleźć argumenty przemawiające za tym, by kibicować Stali w walce o utrzymanie inne niż geograficzny, czyli: “fajnie, gdyby Podkarpacie miało jakąś drużynę w ekstraklasie”. Mimo że to bardzo wczesna faza sezonu, sobotnie starcie trzeciej kolejki z Górnikiem Zabrze już teraz urasta do jednego z pierwszych w tym sezonie ważnych meczów w kontekście walki o utrzymanie. Bo nie ma w tej lidze wielu innych zespołów, na których tle Stal miałaby inne argumenty niż tylko ten o nielogiczności ekstraklasy. I trudno racjonalnie wskazać trzy zespoły, które mielczanie byliby w stanie wyprzedzić na przestrzeni całego sezonu. Też chciałem, żeby ta część Polski miała jakiś klub w lidze. Ale trochę inaczej sobie go wyobrażałem.
