To znowu ten moment sezonu Premier League, kiedy wydaje się, że Manchester City odjeżdża konkurencji, a tę trapią przeróżne problemy. Powiedzieć coś mogą o tym Chelsea i Liverpool. W niedzielę zmierzą się w meczu, który dziś bardziej przypomina starcie o to, kto będzie gonił drużynę Pepa Guardioli niż starcie o tytuł.
Koniec starego roku i początek nowego to czas podsumowań i rozliczeń dla wszystkich, a w Premier League jednocześnie wyznacza to środek sezonu. Dla tych, którzy liczyli na odebranie mistrzostwa Anglii Manchesterowi City, nie będą to podsumowania pozytywnie nastrajające na dalszą część rozgrywek. The Citizens mają za sobą doskonały rok 2021, w trakcie którego najpierw odjechali rywalom w grze o tytuł w styczniu i lutym, a potem domknęli sprawę, a potem zaczęli nowy sezon z tym samym impetem.
MORDERCZE TEMPO CITY
Przez ostatnie 12 miesięcy Manchester City pobił rekord Anglii w liczbie zwycięstw, punktów i goli uzbieranych w kalendarzowym roku. Przebił tym samym swoje dawne osiągnięcie i na liście najlepszych tego typu wyczynów należą do niego cztery z pięciu najlepszych lat (2021, 2019, 2017 i 2013, wyłamuje się jedynie Manchester United z 2000 roku). Pep Guardiola sprawił, że jego piłkarze w jeszcze lepszy sposób kontrolują mecze i wciąż są w stanie rozbić słabszego przeciwnika – niech 7:0 z Leeds United świadczy o tym najlepiej – ale przede wszystkim znów wygrywają wiele spotkań taśmowo, bez porywającego stylu, za to w dojrzały sposób, kolekcjonując zwycięstwa po 1:0 czy 2:0. Narzucili tempo i regularność, które nie każdy wytrzymuje.
Przekonują się o tym Chelsea i Liverpool. Przez większość jesieni wieszczyliśmy wyścig trzech koni o mistrzostwo Anglii, a początkowo przed sezonem widzieliśmy jeszcze w tym gronie Manchester United i wydawało się, że czołówka jest wyrównana jak nigdy przedtem. I rzeczywiście – nawet mimo tego, że Czerwone Diabły się oddaliły od tej grupy, to pierwsze miesiące sezonu pokazywały, że Chelsea i Liverpool będą poważnie naciskać.
Manchester City do końca listopada nie był nawet liderem. Bardzo dobrze wystartowali The Reds, którzy nie przegrali żadnego z pierwszych dziesięciu meczów w lidze i prowadzili na przełomie września i października. Później mocniej ruszyła Chelsea. Gdy Liverpool zremisował z City u siebie, ona pokonała Southampton i rozpoczęła tym meczem dwumiesięczny okres bez porażki w Premier League. W tym czasie przez dziewięć kolejek z rzędu prowadziła w tabeli.
Minął jednak miesiąc i sytuacja mocno się odwróciła. Wprawdzie Manchester City punktował równo przez cały czas i nie tracił dystansu do dwóch rywali, jednak w momencie, gdy droga zaczynała się robić najbardziej wyboista, był w stanie przyspieszyć.
Piłkarze Guardioli przeskoczyli Chelsea tuż po tym, jak londyńczycy przegrali z West Hamem, ale od początku listopada są bezbłędni. Wygrali wszystkie dziesięć ligowych meczów do końca roku, podczas gdy rywale zaczynali łapać zadyszkę. Na tym samym dystansie Liverpool uzbierał 19 punktów (rozegrał o jedno spotkanie mniej), a Chelsea, która nie miała żadnych przełożonych spotkań, tylko 17. To sprawiło, że Manchester City rok 2021 kończył z przewagą kolejno ośmiu oczek nad The Blues i dziewięciu nad The Reds. Sprawiło też, że niedzielne starcie tych drużyn może postawić jednych lub drugich pod ścianą. Ktokolwiek przegra, może mocno oddalić się od mistrzostwa – szczególnie biorąc pod uwagę okoliczności, z jakimi oba zespoły muszą sobie radzić.
LIGA NIE CHRONI PIŁKARZY
Większe problemy ma Thomas Tuchel. Chelsea jest jedną z najmocniej dotkniętych kontuzjami drużyn w Premier League. – Działamy z dnia na dzień. Ktoś wraca i zastępuje kogoś innego, kto akurat wypadł i tak w kółko – narzeka Niemiec. Jest też głośnym orędownikiem wprowadzenia możliwości pięciu zmian w czasie meczu. Zdaniem Tuchela, Anglicy są konserwatywni pod tym względem bez wyraźnego powodu, bo po prostu wolą wszystko robić po staremu. – Wszystkie ligi dały taką możliwość, a tutaj wygląda to tak, jakby nikt nawet o tym nie pomyślał – mówił menedżer Chelsea.
Jego zdaniem problem dotyczy nawet nie sytuacji, gdy z kadry meczowej wypada jakiś kontuzjowany albo zakażony koronawirusem piłkarz. Tuchel twierdzi, że trzy zmiany prowadzą do sytuacji, w której najbardziej pokrzywdzeni są ci zawodnicy, którzy dopiero wrócili do gry i nikt w Premier League nie chroni zawodników. Przykładowo Mateo Kovacić nie grał przez blisko dwa miesiące, ale z uwagi na kontuzje N'Golo Kante i Rubena Loftusa-Cheeka po powrocie musiał od razu wskoczyć do składu. – Nie da się przejść od zera do pełnej intensywności w tak krótkim czasie, wrócić po kontuzji i od razu co trzy dni grać po 90 minut. Podobnie jest z COVID-em. Callum Hudson-Odoi i Romelu Lukaku zagrali z Aston Villą po 45 minut, bo tylko na tyle byli gotowi po wyzdrowieniu. Wystawiłem obu wbrew zaleceniom lekarzy – tłumaczył Tuchel.
Przed meczem z Liverpoolem lista nieobecnych w jego drużynie jest długa. Uraz kolana Kante na szczęście nie okazał się poważny i nie odnowiła się kontuzji sprzed paru miesięcy, ale z Brighton (1:1) wypadł Reece James. Anglik zerwał mięsień dwugłowy uda i nie zobaczymy go przez prawie dwa miesiące. Wcześniej okazało się, że Ben Chilwell ma jednak zerwane więzadła, więc nie zagra do końca sezonu i Tuchel stracił obu wahadłowych, którzy jeszcze kilka tygodni temu napędzali całą grę Chelsea.
Defensywa w ogóle urasta do miana największej bolączki. Nie dość, że The Blues przestali zachowywać czyste konta, stracili punkty w czterech z ostatnich pięciu meczów u siebie i stracili podstawowych wahadłowych, to jeszcze zabrknąć może Thiago Silvy i Andreasa Christensena. – Nie mam tu żadnego pola manewru – rozkłada ręce Tuchel. Z Liverpoolem nie zagrają też Loftus-Cheek i Timo Werner. Gorzej, że ci, którzy są do dyspozycji, też nie są w pełni gotowi na 90 minut. Christian Pulisic ledwo dokończył mecz z Brighton, Kai Havertz znów przeszedł COVID i ma problemy z kondycją, podobnie sytuacja ma się z Hudsonem-Odoiem, a Kante grał chwilę po kontuzji.
WIDMO PUCHARU NARODÓW AFRYKI
W Liverpoolu z kolei szalał wirus. Jeszcze w piątek Jürgen Klopp podał, że na izolację musi trafić trzech kolejnych piłkarzy, choć ci, których brakowało do tej pory – chociażby Virgil van Dijk – już trenują. Menedżer The Reds nie ma więc aż takiego bólu głowy związany z absencjami, co Tuchel, ale powody jego zmartwień są czysto sportowe.
Liverpool znakomicie prezentował się w październiku i listopadzie. Najbardziej imponował w ofensywie, pokonując Watford i Manchester United po 5:0, a później w ciągu 10 dni rozegrał trzy mecze w Premier League, w których za każdym razem strzelał cztery gole. Rozbił po 4:0 Arsenal oraz Southampton, a później było 4:1 z Evertonem. Klopp wrócił do korzeni i atak kręcił się wokół Mohameda Salaha, a przy okazji swoje dorzucali Sadio Mane i Diogo Jota.
Ostatnie mecze to jednak gorsza postawa. Już wymęczone zwycięstwa po 1:0 z Wolverhampton i Newcastle sugerowały, że coś się w tej maszynie zacięło, potem przed świętami problemy sprawił The Reds Tottenham, remisując 2:2, a w ostatniej kolejce piłkarze Kloppa przegrali 0:1 z Leicester City. Obrazkiem meczu pozostanie spudłowany rzut karny Salaha i dobitka w poprzeczkę, ale widać było, że Liverpool spuścił z tonu. Nie potrafił zareagować na straconą bramkę i po raz kolejny w tym sezonie pokazał, że ma problem, by kontrolować mecz przez 90 minut. Uświadomiły to Kloppowi już Brentford (3:3), Brighton (2:2) i West Ham (2:3), a teraz również Lisy.
Teraz niemiecki menedżer musi najbardziej obawiać się o to, co nadchodzi. Po meczu z Chelsea Salah i Mane pojadą na Puchar Narodów Afryki i robią się dwie ogromne wyrwy z przodu. Styczeń zawsze był dla Liverpoolu najtrudniejszym miesiącem za kadencji Kloppa, a teraz trzeba sobie będzie poradzić bez najlepszego zawodnika ligi i Mane, który ostatnio się nieco zablokował, ale też strzelił już kilka ważnych goli. Na domiar złego nie trenowali Roberto Firmino, Takumi Minamino i Divock Origi, dlatego złożenie linii ofensywnej będzie za chwilę przyprawiało Kloppa o ból głowy.
PRZEGRANY WIELE STRACI
W takich okolicznościach obie drużyny szykować się muszą do meczu, który może być dla nich ostatnią szansą, by zacząć gonić Manchester City. Zamiast wyłonić kandydata do tytułu, może wyłonić co najwyżej kandydata do miana kandydata. Problemy kadrowe to bowiem tylko początek. Tuchel ma w tym momencie zamieszanie wywołane słowami Lukaku i rzekomy brak zadowolenia napastnika sprowadzonego za rekordową kwotę, które trzeba rozwiązać. Ponadto Chelsea za chwilę narobi sobie zaległości w lidze (na razie jest jedyną obok City drużyną, której mecz nie został przełożony), bo czeka ją wyjazd na Klubowe Mistrzostwa Świata. A to oczywiście kolejne wyzwanie dla przetrzebionej kadry.
Ratunkiem może być zimowe okno transferowe, ale i tutaj trudno o wielkie nadzieje. Rzadko w zimie udaje się pozyskać na tyle wartościowych zawodników, by wpłynęli na losy tytułu. Już zresztą, śledząc informacje, można zauważyć, że mowa raczej o ruchach doraźnych. Chelsea łączona jest z Lucasem Dignem, bo Everton pozyskał nowego lewego obrońcę Witalija Mykołenkę, a Francuz mógłby zastąpić na lewym wahadle Chilwella. W kontekście Liverpoolu wymienia się piłkarzy z pozycji skrzydłowych, ale to też raczej powiązane jest z absencją Salaha i Mane niż realnymi potrzebami na dłużej.
Ta sytuacja najbardziej służy Manchesterowi City. Po sobotnim zwycięstwie Arsenalem, w niedzielę będzie mógł w spokoju obserwować, który z dwóch najpoważniejszych rywali w walce o mistrzostwo Anglii zgubi punkty. Guardiola też ma drobne problemy w drużynie, ale nie jest to ani kryzys kontuzji na miarę Chelsea, ani nie szykują mu się tak poważne ubytki jak Liverpoolowi w najbliższych tygodniach. The Citizens właściwie dopiero wchodzą na właściwe obroty po tym jak wrócił Kevin de Bruyne, a przedtem brakowało chociażby Phila Fodena czy Kyle'a Walkera.
Kilka lat temu Gary Neville powiedział, że dopóki City ma tak silną kadrę i Guardiolę na ławce, to każdy, komu uda się zabrać im tytuł, może mówić o gigantycznym sukcesie. Coraz bardziej wygląda to jednak tak, jakby sukcesem samym w sobie było utrzymanie tempa, jakie potrafi narzucić maszyna Pepa. Niedzielny hit na Stamford Bridge w największym stopniu wyłoni kandydata do tego, by się z nią ścigać na drugiej połowie dystansu. Żaden klub w historii Premier League nie roztrwonił co najmniej ośmiopunktowej przewagi na tym etapie sezonu, a po sobocie to już jedenaście oczek. Przy regularności The Citizens taki zapas to wręcz przepaść.
