Ćpaj Stajl: ścieżki, śmieszki i zawieszki (ROZMOWA)

Zobacz również:Otwórz głowę, japę sklej, czyli o ulicznym rapie drugiej dekady XXI wieku
Ćpaj Stajl
fot. Jan Bałut

Dobrze, że w KRK nie ćpa się helupy / Dawno byśmy byli trupy / I nie słuchałbyś nikogo z mojej grupy – nawija Cool P w pierwszym singlu z trzeciego oficjalnego albumu ekipy Ćpaj Stajl. Nie sposób się z nim nie zgodzić. Gdyby on albo Kony przyjęli kiedyś tytułowy Złoty strzał, polskie rapowe poletko byłoby nieporównywalnie mniej barwne, ekspresyjne i ambiwalentne – patologiczne i emocjonalne, fatalistyczne i groteskowe, radośnie porobione i nieustannie szukające w życiu jakichkolwiek form stałości.

Czytasz artykuł premium. Spodziewaj się więcej takich treści w newonce.club – naszej nadchodzącej subskrypcji.

Ponad trzy lata temu pisałem na łamach newonce'a o tym, że debiutujący wówczas Ćpaj Stajl świetnie łapie balans pomiędzy luźnym żartem i groźną powagą, dotkliwym realizmem i przećpaną psychodelą, nową szkołą i starymi zasadami. Starając się skłonić szersze gremia do zapoznania się z materiałem zatytułowanym Lato w Ghettcie, zwracałem uwagę na doprawione gitarami i na wskroś muzyczne instrumentale, nośne, zapadające w pamięć refreny i ostre, uliczne teksty, w których osiedlowy realizm splata się z ulotną poezją. To wszystko, o czym przyszło nam pogadać z Cool P ledwie kilka dni temu, na chwilę przed premierą ich trzeciego krążka Złoty strzał. W międzyczasie wyszedł jeszcze imponujący, ponad-rapowy Melodramat, kooperacja z Wysokim Lotem i kilka luźnych numerów, pośród których należałoby wspomnieć pojednawczy, chuligański hymn noszący tytuł Dwa kolory.

W ciągu trzech lat ten krakowski patologiczny wodewil dorobił się zapowiadanego przeze mnie wtedy kultowego statusu – ciepłych słów nie szczędzi im Wini, Alex z Siksy co rusz wrzucała ich kolejne numery na stories, a do tytułowego singla z ich nowego materiału dograli się gościnnie środowiskowi outsiderzy – Młody Dzban i Zdechły Osa. Bo choć próg wejścia Ćpaj Stajl ma wysoki i ludzie z rapem nieobyci mogą w mig się na nim potknąć – odbić się od ściany bluzgów i z odrazą odsunąć od tego brudnego, narko-przestępczego bagna na bezpieczną odległość – to dla ich zwyrodniałych szant nie sposób znaleźć punkt odniesienia nie tylko na polskiej scenie, ale w ogóle gdziekolwiek na świcie. Wspierani przez całe hordy małopolskich undergroundowych raperów i writerów, Cool P i Kony to nie lada oryginały, a ich podejście do tego, co w rapie można, co trzeba i co by wypadało wykuwało się w ogniu straceńczych lotów, miejskiej dewastacji i ciągłej walki o to, by utrzymać się na powierzchni, a później odbić się od niej i ulecieć w stronę słońca. O tym skąd to wszystko się wzięło, dokąd zmierza i jaki kurs obierało w minionych latach; o tym, co daje prawdziwe szczęście, kiedy warto debiutować i dlaczego jeszcze chwilę temu byśmy się na żaden wywiad nie spotkali, opowiada Cool P, raper z powołania, producent z prawdziwego zdarzenia i pato-piosenkarz, którego solowy album zredefiniuje krajowe pojęcie popu.

O twoim ojcu Kazik Staszewski powiedział kiedyś: Podobała mi się jego gra na gitarze, natomiast jako człowiek to jeden z najbardziej niesympatycznych ludzi, z którymi występowałem. Ty jesteś równie trudny we współpracy?

Pewnie trochę ciężki jestem, bo jestem perfekcjonistą i dopiero niedawno zrozumiałem, że perfekcjonizm nie zawsze jest czymś dobrym. Ale z niego zrodził się Ćpaj Stajl – z mojej ciągłej niepewności, problemu z domykaniem projektów i nieustannego drążenia, czy też rozbudowywania numerów zamiast kończenia ich. Z tego po części zrodził się mój styl – to, że w wielu kawałkach upakowane są po trzy numery, a dwa to właściwie zawsze. Jak w którymś momencie ogarnąłem, jak działa muzyka i jak się komponuje utwory – na przykład – popowe, to skumałem, że to wszystko miało już jakieś ręce i nogi zanim w ogóle przekminiłem mechanizmy, które tym rządzą. Dopiero wtedy świadomie zacząłem rozbudowywać moje produkcje o różne intra, outra czy inne bridge’e – wcześniej działo się tak, bo byłem wiecznie porobiony i nic mi się do końca nie podobało. Bardzo szanuję minimalizm i czasami wręcz próbuję się do niego zmuszać, ale… chuj, nie umiem, więc teraz tylko mówię sobie, że niby po co miałbym to robić, skoro taki jest mój styl; idę w to dalej.

Trawka zwykle działa w ten sposób, że na jednej pętli można się zawiesić na dwie godziny i dopiero następnego dnia, na trzeźwo skumać, że wcale nie była ona taka znowu wybitna.

Ja mam na odwrót. Nie potrafię się dłużej zasiedzieć nad żadną pętlą i choć w końcowej fazie produkcji sporo w tym jeszcze grzebię – wymieniam całe bity czy pojedyncze uderzenia perkusji – to zwykle jak mi się jakiś loop znudzi, to buduje drugą i płynnie w nią przechodzę. Zwykle tych pętli jest więc bardzo dużo, a ja je kleję na różne sposoby. I pewnie przez to współpraca ze mną może być trudna, bo ja cały czas szukam. Prawie nigdy nie ma tak, że przychodzi do mnie raper, nagrywamy i to za chwilę wychodzi. Zwykle raper dostaje po miesiącu telefon, że musimy to nagrać jeszcze raz, bo zmieniłem tempo bitu albo że w ogóle wyrzucam jego zwrotkę, bo teraz dopiero doszedłem do takiego bridge’a, który mi powiedział o czym ten kawałek jest. A jak w końcu on przychodzi do mnie do studia, to mówię, że może jednak zostawimy to, co było, bo nic co nagrywa nie jest tak fajne jak ta pierwsza sesja. Ten proces nieustannie zachodzi w mojej głowie i właściwie nigdy nie ma końca, choć od jakiegoś czasu staram się z tym walczyć. Dla ludzi, z którymi współpracuję na pewno jest to niewygodne; szczególnie, że jestem jeszcze do tego bardzo zaborczy – nie słucham cudzych pomysłów, jak mi nie siedzą, a zwykle mi nie siedzą; wszystko kontroluję i to się niemiłosiernie rozciąga w czasie.

Zanim jednak dojdziemy do tego dlaczego Lato w Ghettcie wyszło dopiero kilka lat po tym jak zabrałeś się za produkcję i rapowanie, cofnijmy się do czasów najdawniejszych – muzyka bowiem gościła na chacie twoich rodziców jeszcze zanim ty się na niej pojawiłeś.

Tak. Mój ojciec grał, moja mama grała, mój ojczym – później – też grał. Wszyscy w tamtym czasie w jednym zespole – PRL. I choć w żadnej grubszej trasie za dzieciaka z nimi nie byłem, to mam trochę wspomnień z jakiś backstage’y, na których mnie zostawiali, czy z korytarzy radia, do którego chodzili na wywiady. Mój ojczym natomiast jest też ojcem mojego młodszego brata – Młodego Gada, z którym prawie każdy bit tworzymy wspólnie i od kilku lat jest on moim wsparciem w studio i na koncertach.

Ćpaj Stajl
fot. Jan Bałut

Za małolata lubiłeś ich muzykę, czy raczej się buntowałeś przeciwko temu, czego słuchali i co grali?

Od kiedy pamiętam zawsze mi się to podobało. Zaszczepiali mnie fajną nutą, a w domu była pełna tolerancja w kwestii muzyki czy też – szerzej – sztuki; zawsze miałem wsparcie w tym czego słuchałem i co sam później robiłem. Zaczynałem od Smerfnych hitów i Scatmana, ale też w międzyczasie słuchałem tego PRL-u i już w podstawówce znałem wszystkie kawałki na pamięć. Ale jak zacząłem wsiąkać w rap, to moja mama zupełnie tego nie kumała. Pewnie dziś by temu zaprzeczyła, ale ja pamiętam – i czasem się z nią o to przekomarzam – że nie lubiła rapu i jej stosunek do niego zaczął się zmieniać dopiero wtedy, jak kilka lat temu zaczął lecieć w Trójce i wszyscy go jakoś tam polubili. Jak Fisz przestał rapować, to wtedy moja mama zaczęła się jarać rapem.

W klipie do Złotego strzału można zobaczyć cię z gitarą, więc koło waszych rodzinnych inspiracji poniekąd się zamknęło.

Miałem kilka podejść do gitary, ale brakowało mi dobrego nauczyciela, który by mi wytłumaczył, że przez te pierwsze kilka miesięcy trzeba się po prostu przemęczyć, że na początku nie będę widział żadnych efektów i palce będą mnie bolały, że ileś tych powtórzeń trzeba mozolnie wykonać, żeby to weszło w dłonie. Dopiero za tym pójdzie wreszcie jakaś przyjemność z grania. Nikt mi tego nie wytłumaczył, więc jako dziecku zupełnie mi nie szło – palce mnie bolały, a że w kółko miałem grać jakąś jedną melodię, która mi się nie podobała, to szybko straciłem motywację. Później, jako nastolatek miałem nauczyciela – takiego rock and rollowca dziwnego, Aleksa Carlina, który w zamian za to, że moja mama ogarniała mu pranie i gotowała obiady, udzielił mi kilku lekcji. Ale on gadał tylko po angielsku, a ja w podstawówce słabo jeszcze rozumiałem, więc to też się nie kleiło. No i wtedy znów odpuściłem. Kolejny raz się za to zabrałem, jak już miałem dwadzieścia kilka lat. Stwierdziłem wtedy, że teraz to już się muszę nauczyć, więc przyjechałem do Rafała – mojego ojca, do Warszawy. Tam było sto procent polskiego rock and rolla, więc możesz sobie wyobrazić jak to wyglądało – graliśmy od rana do wieczora i od wieczora do rana, bez snu, aż w końcu palce same zaczęły grać. Wtedy dopiero skumałem, o co w tym tak naprawdę chodzi i choć lepiej jest chyba grać regularnie pod okiem dobrego nauczyciela, to ja zrobiłem inaczej – dociągnąłem do momentu, w którym ręce już mi same grały i jak później odłożyłem gitarę, to miałem wrażenie, że mógłbym zagrać na niej właściwie wszystko; stałem się jednością z instrumentem. Jednak jak wstałem następnego dnia, to ręce miałem obolałe, nie mogłem w ogóle słuchać tego dźwięku i znów nastąpił regres. Co pewien czas zatrzymuję się więc w rozwoju, ale później wracam ze zdwojoną siłą. Teraz się zatrzymałem na dobre dwa lata, ale zaczynam pracę nad moim pierwszym solowym materiałem i wracam do gitary na ostro – staram się grać codziennie, bo ten album będzie lekką zmianą stylówy i będzie na nim dużo gitar.

W przerwach od gitary, też jednak muzykowałeś…

Już od wczesnych klas podstawówki coś tam sobie robiłem i też zawsze był to w pewien sposób rap. Z moim starszym kuzynem, który później został moim muzycznym guru i wprowadził mnie w tajniki hip-hopu, mieliśmy jakiegoś dziadowskiego boomboxa (jak wtedy każdy) i taką śmieszną, radiową pluskwę za pomocą której mogłeś gadać w radio – znajdowało się odpowiednią częstotliwość i nagle twój głos słychać było w głośnikach. W pewnym momencie na tych wszystkich kasetach, które mieliśmy do słuchania, były już nagrane jakieś nasze głupoty, robiliśmy alternatywne wersje Muminków, gdzie wszystkie słowa przekręcaliśmy, przeklinaliśmy cały czas i właściwie wszystko było o ruchaniu. Jak później mój kuzyn wjechał w rap i miał już Magix Music Makera w wersji Hip Hop, to się zaczęło nawijanie – mam jeden numer nagrany jeszcze przed mutacją, który planuję wrzucić na Soundclouda; jakiś 2001-2002 rok. I jak zacząłem się rozkręcać, to mój kuzyn wkroczył w taki wiek, że zaczął melanżować i już nie chciał się bujać z dzieciaczkiem – odbił w swoją stronę.

Długo zajęło ci podgonienie go w kwestii melanżowania i bycia dorosłym.

Ze… dwa lata, bo w 2004 miałem już własną ekipę i zaczynałem malować graffiti. Jakoś ten hip-hop mnie wciągał coraz głębiej i po kolei próbowałem właściwie każdego z elementów – nawet breakdance tańczyłem przez chwilę, ale mi to nie podeszło, a dodatkowo jeździłem właściwie na wszystkim na czym da się jeździć. Najbardziej jednak odnalazłem się w graffiti, więc napierdalałem go tyle, że w pewnym momencie odpuściłem nawet rap. Coś sobie od czasu do czasu napisałem czy nawinąłem, ale zawsze mi czegoś w tym brakowało; to nie było to. Pamiętam, że jak usłyszałem Erosa na RBK Hip Hop Tour, to sobie pomyślałem: kurwa, ziomek ma piętnaście lat i taki poziom, a ja co?!?! Wtedy już częściej bujałem się z różnymi zakapiorami, niż z ziomkami w szerokich spodniach i oni wszyscy, że co on się tak chwali, że za bardzo przewieziony. Ludzie wtedy w ogóle nie kumali braggi, a mnie to rozjebało.

Zatrzymajmy się na chwilę przy graffiti. Nie jest to temat do szerokiego omawiania w mediach, więc powiedz tylko w kilku żołnierskich słowach, którą drogą kroczysz?

Nie ma co o tym gadać, obczajcie film Menace II Society, do którego zrobiłem ścieżkę dźwiękową. Premiera jest zaplanowana na wigilię.

Powiedz, jak wróciłeś do rapu.

Po prostu tak mocno to we mnie tkwiło, tak bardzo się czułem z tym związany i tak bardzo chciałem to robić, że od pewnego momentu, jak wracałem ujarany na chatę, to przed snem sobie jeszcze nawijałem albo siadałem do kompa, żeby zrobić jakiś bit. Jak teraz o tym myślę, to wychodzi na to, że właściwie cały czas coś tam sobie rapowałem – w podstawówce, w gimnazjum, w technikum – co chwilę miałem przerwy, ale zawsze wracałem i ten powrót za każdym razem był jeszcze mocniejszy. Jak w pewnym momencie przestałem korzystać z tego Magix Music Makera, to ściągnąłem sobie Fruity Loopsa i wtedy już zaczęło się na grubo – codziennie właściwie robiłem jeden bit, bo miałem wersję demo i jak coś zapisywałem i renderowałem, to już nie było opcji ponownej edycji. Od pewnego momentu zacząłem też do tych bitów pisać teksty i nagrywać je tego samego wieczoru, po cichu, pod kocem, żeby mama nie słyszała.

Sam to wszystko robiłeś czy ktoś jeszcze się do tego dogrywał?

Do pewnego momentu sam, bo ja zawsze się w tym rapie tak trochę na uboczu trzymałem i nigdy nie dołączyłem do żadnej ekipy, która to robiła na poważnie. Nie chciało mi się wokół tego kręcić, więc tłukłem to dla siebie. Z czasem zacząłem też werbować moich ludzi, żeby razem nagrywać. To już było chwilę później i zwykle też było wymieszane z melanżem – robiliśmy cały mixtejp w jedną noc albo dopóki policja nie przyjechała. Z tymi, co akurat byli na chacie, to ich wciągałem w nawijkę.

Taka Unda.

Tylko mniej liczna i luźna w nieco inną stronę. Z tego powstał Ćpaj Stajl – z narkotyków. Kraków przechodził wtedy mefedronową plagę i freestyle szedł cały czas – jak gdzieś wbijaliśmy na imprezę, to ludzie byli załamani, bo nikogo nie dopuszczaliśmy do głośników, tylko odpalaliśmy instrumentale z YouTube’a i cały czas nawijaliśmy – każdy chciał powiedzieć jak najwięcej; zwłaszcza ci co nie potrafili. Nawet jak na takie oficjalne, klubowe imprezy wbijaliśmy, to działo się to samo. W Krzysztoforach na Dub Temple wpierdalaliśmy się na scenę i z tymi rastafarianami z dreadami do kostek freestyle’owalismy. Pod różne szalone bity nawijaliśmy i cały czas się zastanawialiśmy jak to zrobić, żeby było jeszcze śmieszniej, jeszcze dziwaczniej, jeszcze bardziej po naszemu. Na tych wszystkich dubach, dubstepach i ragga numerach na pewno mocno się wyskillowałem.

Byłem nieraz na Dub Temple i to były jedne z głębszych imprez, na jakich zdarzyło mi się bywać – tak w kwestii soundu jak i granych tam rzeczy.

I tam też zaczęła się moja przygoda z różnymi mocniejszymi substancjami – to były złote czasy dubstepów, a że ja zdałem właśnie maturę, to poszedłem w taki melanż, że przez trzy miesiące spałem chyba ze trzy noce. Mam wrażenie, że w tych Krzysztoforach byłem codziennie, choć też pewnie dałoby się to jakoś zweryfikować, bo one nie były otwarte codziennie, tylko w weekendy. Ale jeśli tak było, to ja naprawdę nie pamiętam co robiłem w inne dni. Ten soundsystem, ta muzyka, i te – często negatywne – doświadczenia, które tam zebrałem, to determinowało moje kolejne lata.

Wtedy mieszkałeś z mamą?

No… tak, i moja mama miała przez kolejne lata naprawdę ciężko. Jak pomyślę o tym, co ona ze mną przeszła od matury do momentu, gdy skończyłem dwadzieścia dwa lata i się wreszcie wyprowadziłem, to jest to naprawdę okropne i przykro mi, że tak się stało. Bo wiesz, jak to jest w takim ciągłym locie – wszyscy się tam przewijają – grafficiarze, jumaki i striptizerki po godzinach; tam się schodziły hordy popaprańców. Moja mama dziś mówi, że tego zupełnie nie pamięta, bo chyba to wyparła, ale… przepraszam cię mamo. I teraz w ogóle moja mama jest dużym wsparciem, fanką i doradcą Ćpaj Stajlu. Śledzi całą scenę – podsyła mi Szczyla i pyta, co o nim sądzę. Zdechłym Osą się jara.

Na tych melanżach narodził się Ćpaj Stajl?

Ćpaj Stajl w ogóle dlatego, że Wild Style. Pamiętam, że wtedy nikt w Polsce nie robił narkomańskiego rapu albo ja o nikim takim nie słyszałem. To był jakiś 2009 albo 2010 rok – szedłem sobie na pociągi pomalować i rozkminiłem, że to jak w tym filmie Wild Style, tylko że ja w dół kolorowym wzgórzem, więc Ćpaj Stajl. „Wild Style” – Ćpaj Stajl, Ćpaj Stajl – „Wild Style”, łoooo, ale zajebisty pomysł, ale jestem błyskotliwy. I zacząłem tak sobie pisać pod wrzutami, a później poznałem Kony'ego – dokładnie tak jak to relacjonujemy w kawałku PRAWDZIWA HISTORIA ĆPAJSTAJLU i nagraliśmy nasz pierwszy numer o tym, że jesteśmy zajebiści, bierzemy sobie różne specyfiki i śmiejemy się ze wszystkiego. Taki był zamysł tego naszego wspólnego projektu, ale nie wrzuciliśmy nawet tego numeru do sieci, bo jak się wreszcie ocknęliśmy, to już nie byliśmy ani tacy zajebiści, ani tacy śmieszni. Byliśmy totalnie przydżumieni. Później zaczęło pojawiać się coraz więcej takiego rapu, więc zupełnie się zdemotywowałem i doszedłem do wniosku, że chyba w ogóle nie chce tego wrzucać. Bo wcześniej wszyscy nawijali, że tylko marihuana, wóda i kokaina, bo ona też jest z rośliny, więc jest naturalna, a wszystko inne to ścierwo i tylko można za to ganiać ćpunków po osiedlu. Nie było żadnej takiej brudnej, ćpuńskiej ekipy, a później w tych pierwszych latach trapu, wszystko zaczęło się w tej kwestii zmieniać – coraz więcej ludzi zaczęło rapować o tym, że jesteśmy porobieni i mamy wszystko w dupie, aż w końcu było wielkie BOOM i już naprawdę wszyscy zaczęli o tym nawijać. I jak to wtedy skumałem, to zupełnie mi się odechciało.

Ćpaj Stajl
fot. Jan Bałut

Tego pierwszego numeru nie wrzuciliście do sieci przez same narkotyki, czy dlatego, że rap w tamtym okresie jeszcze się do nich nie przyznawał?

To były nasze wspólne początki – byliśmy jeszcze niedojrzali, nie do końca pewni siebie i zabrakło tego, żeby się pozbierać do kupy, wytrzeźwieć i zamknąć wreszcie ten materiał. A, że od początku miałem też te moje perfekcjonistyczne fazy, to nie chciałem wydawać materiału, który był niedokończony. Im dłużej natomiast odkładasz coś takiego jak debiut, tym częściej pojawiają się jakieś oczekiwania i myśli o tym, że to musi wyjaśnić, bo po to przecież to tyle czasu odkładałeś; i znów odkładasz… Trzeba się przemóc – to jest największy błąd, żeby z tym czekać na nie wiadomo co – każdy musi mieć swój początek. Kiedy więc wreszcie wypuściliśmy Lato w Ghettcie, to ja już muzykę traktowałem poważnie od kilku dobrych lat. Po drodze zrobiłem z trzy płyty, które mogłyby wyjść, tylko za każdym razem zabrakło przy nich zdecydowania – tego, żeby wreszcie powiedzieć sobie, że wrzucamy to do sieci i niech się dzieje co chce. Jak wrzucałem Lato… to też nie byłem niczego pewien; byłem wręcz przekonany o tym, że to jest głupie i chujowe, a wrzucam to tylko dlatego, że już za dużo włożyłem w to pracy.

Tryb życia, jaki opisujecie w swoich numerach, zwykle nie pomaga w byciu zdecydowanym.

Ja wtedy byłem w najwyższym locie mojego życia – poza tym pomaturalnym – to właśnie wtedy zmieniłem się w takiego typa, który siedzi całe życie w knajpie, i w każdej zna wszystkich, a nawet jak nie zna to… nieważne, bo i tak siedzi z obcymi i sączy. Każdego dnia budziłem się w studiu, do którego nigdy nie pamiętałem jak dotarłem, i rozpoczynałem jakieś takie moje małe rytuały – jadłem ashwagandhę, jechałem się ogarnąć i jak już dochodziłem powoli do siebie, to paliłem lufkę i wracałem do knajpy, gdzie znów zaczynało się to samo. W takich warunkach powstało Lato w Ghettcie – coś tam niby było przemyślane, ale większość patentów powstała na górce albo w dołku, a ogrom gości na tym krążku, to są ludzie, z którymi wtedy melanżowałem. Cały czas jednak miałem z tyłu głowy to, że to jest coś, co musi wreszcie trafić do sieci, więc byłem tym mocno przejęty i w końcu się zatrzymałem – jednego dnia rzuciłem wszystko. Zmieniłem tryb życia o sto osiemdziesiąt stopni i tylko śniły mi się jakieś sny zupełnie popierdolone, że w moją matkę wstąpił szatan i chodzi po suficie. Wtedy zamknąłem ten mixtejp, zrobiłem miksy z koleżką z Krzysztoforów – Ironem, co mnie strasznie wymęczyło i… znów poleciałem. Jak dostałem finalną wersję to wrzuciłem ją do sieci i właściwie samo z siebie pierdolnęło. Wtedy dużo rzeczy zrozumiałem – jak działają różne psychologiczne mechanizmy obronne i z czego wynikały te moje blokady twórcze. Bo wcześniej cały czas wmawiałem sobie, że nikt tego nie rozumie, a to, że nikt nas nie zna, to chuj z tym – jebać system, jebać wszystkich, a ja to robię tylko dla siebie i moich ziomków, jedynych kumatych.

Jakie przełożenie na waszą twórczość miały te wszystkie kwestie, które wtedy skumałeś?

Chociażby takie, że styl Ćpaj Stajlu wziął się z początku ze stylu ćpania, a od pewnego momentu zmierza w kierunku ćpania stylu. Bo ja naprawdę nie chciałbym propagować używek i takiego podejścia do życia – koniec końców widzę w tym bowiem bezsens. I choć jest w tym pewien paradoks, że wciąż nawijamy o dragach, śmierci i przegranym życiu – o mnóstwie patologicznych rzeczy – to też się trochę z tego wszystkiego śmiejemy i to podważamy.

Dla większości ludzi ten dystans jest chyba jednak zupełnie niewyczuwalny.

Bo ludzie generalnie nie kumają rapu – koncentrują się tylko na tym, że są w nim przekleństwa, przemoc i wulgarnie opisywany seks; wszystko to, co w ich świecie określa się mianem patologii. Ćpaj Stajl w ogóle chyba nie trafia do ludzi ot tak; większość osób musi się przez niego przegryzać – z początku zderzają się bowiem ze ścianą rzeczy, których w życiu codziennym najzwyczajniej się boją i tylko ci bardziej wytrwali dają sobie czas i niekiedy się w to w końcu wkręcają. I z jednej strony jest to zaleta, bo może to świadczyć o świeżości tego, co robimy, ale z drugiej to wada, bo mamy dużo mniejsze zasięgi. My w ogóle mamy nieustanny beef z Google, Faceboookiem i YouTube'em – miniatury naszych klipów są blurowane, posty często nie docierają nawet do fanów, a teledyski są blokowane ze względu na ich treść. Dla mnie natomiast w rapie zawsze chodziło o te pojedyncze wstrzyki, które wyłapywałem sobie z tego całego zalewu gówna. Właściwie cała muzyka, bez względu na gatunki, przemawia do mnie w taki sposób, że jak sobie słucham jakiegoś numeru, to naprawdę długo nic w nim nie znajduję i nagle jest jakaś jedna sentencja czy nawet pół wersu i JEB – to mi się wgryza w mózg i dopiero wtedy zaczynam się koncentrować na tym całym kawałku, słuchać go po raz kolejny i wyłapywać z niego coraz więcej. Zawsze jednak potrzebuję tego jednego, złotego strzału.

Wspomniałeś, że nie chcesz propagować używek i widzisz bezsensowność takiego stylu życia. Nie boisz się, że bez tych różnych substancji nie będzie też Ćpaj Stajlu?

Długo miałem w sobie ten lęk, ale kiedy poznałem szereg mechanizmów rządzących życiem ludzi z… problemami, to on zniknął. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy stałem się zupełnie inną osobą; przeformatowałem sobie ten mój zryty łeb. Bo wcześniej całą moją siłę brałem z ciemnych sprawek i złych emocji. Panicznie bałem się tego, że to wszystko mogłoby się kiedyś skończyć. Myślałem, że szaleństwo jest zajebiste, że jestem szalonym szaleńcem i tylko dlatego w ogóle jestem – mnóstwo kretyńskich rzeczy w życiu zrobiłem, nieraz swoje życie narażałem i przez lata byłem z pozoru nazbyt śmiały, a tak naprawdę zupełnie niepewny siebie. Ludzie mówili, że jestem pojebany i pewnie widząc to, jak lekkomyślnie wtedy żyłem mieli rację. Od dłuższego czasu – odkąd złapałem nową pespektywę – postrzegam siebie zupełnie inaczej: jestem człowiekiem szukającym spokoju – wciąż trochę zbuntowanym i często zbyt dziecinnym, ale coraz lepiej odnajdującym się w rutynie, którą sobie coraz bardziej oswajam.

Jest jednak przynajmniej ziarno prawdy w twierdzeniu mówiącym o tym, że to co człowieka psuje, to artystę buduje, a szczególnie buduje rapera, bo rap jest – moim zdaniem – formą, która nie do końca sprawdza się w mówieniu o rutynie i dobrym, etycznym życiu.

Jest w tym dużo prawdy, ale ja też nazbierałem przez lata tyle doświadczeń, że chyba nigdy nie skończą mi się tematy na kolejne numery czy zwrotki. Nie martwię się o to – wręcz lepiej mi się tak pracuje. Teraz jestem na etapie srogiego wkurwienia na używki – widzę ilu ludzi mi to pozabierało, jak wielu psuje to życie, jacy są przez to dysfunkcyjni i zakłamani.

Przychodzi mi na myśl przykład Osy, którego większość widzi jako wiecznie naćpanego, szalonego szaleńca, a on – na ile się znamy – taki nie jest, a na pewno nie jest to cała prawda na jego temat. Przez to jednak często jest on mylnie oceniany, traktowany z góry i też zapewne wiele różnych możliwości przechodzi mu koło nosa. Znając cię tylko przez pryzmat nagrywek Ćpaj Stajlu również można odnieść wrażenie, że… bez sprzętu lepiej nie podchodzić.

Stary… Ja zatrzymuję ruch, żeby przepuścić przez ulicę stado kaczuszek. Jadąc na melanż co prawda – chyba akurat wtedy do Gdańska – ale jednak. Zdaję sobie sprawę z tego, że sporo osób myśli, że jestem zupełnie popierdolony i mam wyjebane na wszystko ale – tak jak powiedziałeś – to nie cała prawda. Jak przyjechałem do Warszawy miksować płytę, to mi koleżka ze studia mówi, że się spodziewał jakiegoś wielkiego chama, a małolaci, co nas słuchają, to w ogóle chyba myślą, że my po tym Krakowie z maczetami latamy. A ja tak naprawdę śniadanko z dziewczyną, którą bardzo kocham, do pracy jak najwcześniej, żeby wcześnie skończyć i spędzić z nią wieczór, sportu jak najwięcej i kiedy tylko się da to w góry wyjechać. To wszystko mi naprawdę dobrze robi i jestem aktualnie w miarę szczęśliwy, pierwszy raz od dobrych kilku lat.

Masz sporą łatwość w mówieniu o emocjach, co w przypadku raperów jest dosyć rzadkie i też to mnie uderzyło, kiedy pierwszy raz odsłuchałem Lato w Ghettcie – to, że tak ostry i agresywny, uliczny materiał jest równocześnie pełen uczuć, których na większości hardcore’owych rapowych produkcji próżno szukać.

Bo chyba nikt nie jest taki prosty i jednowymiarowy… To połączenie hardcore’u z emocjonalnością to jest właśnie Ćpaj Stajl – turbo-patusiarstwo, śmierć, zjazd i nieudane życie, ale ostatecznie… wyjebane w to – wesoły bit i gitarowy refren. Sam nie wiem do końca, skąd to się wzięło i na pewno nie był to żaden wykalkulowany plan; tak czujemy i tak robimy. Powiedzieć coś mocnego do radosnej melodyjki, to jest mój sposób mówienia. Tylko wtedy potrafię podzielić się moimi emocjami; to jest mój styl… i też pewnie jakaś bariera ochronna.

Na nowej płycie macie z Konym numer o waszych ojcach, gdzie bit jest dosyć jasny, refren nieco Eminemowy, a ty tam nawijasz: miałeś kochać mamę, a nie zostawiać mnie samego w bramie pod Monarem z dziwnym panem, potem tam wróciłem, gdy już byłem starym chamem

To Kony wymyślił ten numer i bardzo długo była tam tylko jego zwrotka. Cały czas czegoś mi w tym brakowało, ale jednocześnie nic nie potrafiłem napisać, bo tyle mam przeżyć związanych z moim ojcem i tyle do powiedzenia o naszej relacji, że za każdym razem jak siadałem nad kartką, to albo się wzruszałem albo sam się cenzurowałem. W końcu jednak coś tam od siebie napisałem i… dzięki ci tato, dzięki za hardcore. Jak o tym myślę, to było warto.

Skoro jesteśmy przy tekstach – powiedz, ile u was jest prawdy, a ile kreacji? Bo po tym, jak przesłuchałem na przykład Krowodrzę z nowego krążka – która jest chyba jednym z najbardziej hardcore’owych osiedlowych hymnów w historii polskiego rapu – to nie dziwi mnie, że niektórzy myślą, że latacie po Krakowie z maczetami.

Pomysł na ten kawałek pojawił się jakoś rok czy dwa lata temu, ale wdrożyliśmy go w życie dopiero kiedy umarł nasz zajebisty ziomeczek właśnie z Krowodrzy. Poznałem go w gimnazjum, jak go przenieśli do mojej klasy dyscyplinarnie za to, że najebał się wódką i karetka po niego przyjechała. Był z tego osiedla, na którym chodziłem do gimnazjum i często na przerwie wyskakiwał z klasy przez okno, żeby pobiec po jaranie. Razem świrowaliśmy i to on mnie w dużej mierze wkręcił w ten swój światek z okolicznych bloków. Bo ja coś tam już wtedy wiedziałem i mocno jarałem się hip-hopem, ale z takim klimatem nie miałem jeszcze styczności. Był fajnym, inteligentnym gościem, ale już w gimnazjum codziennie pił piwo i jarał skuna, a do tego był z naprawdę ciężkiego środowiska. Typ uroczego łobuza, wrażliwego zawadiaki – patrzysz na to i coś ci się cały czas nie zgadza. Napierdalał się codziennie, bo nie lubił się ze swoim osiedlem, ale już żaden z tych chuliganów nie zygał do niego, bo im się nie chciało z nim tłuc – wieczorem kopali go w dziesięciu, a on następnego dnia z rana wracał się z nimi bić – nie mieli już do niego siły. Jednak w pewnym momencie trochę się ogarnął, poznał dziewczynę, przestał prowokować i któregoś dnia się wywrócił, bo miał padaczkę alkoholową i umarł. Ten kawałek jest poniekąd hołdem dla niego, a także dla wielu innych, o których losach nigdy się nie dowiemy.

Ćpaj Stajl
fot. Jan Bałut

Skoro więc o takich koleżkach nagrywasz numery, trudno się dziwić małolatom, że widzą w was przedstawicieli – nazwijmy to – półświatka.

Robimy brudny, autentyczny rap. Płyta, którą zaraz wypuścimy, niesie jeszcze taki mocno patologiczny przekaz. I ja też nie potrafię pisać inaczej. Nie korzystam z jakichś wyszukanych metafor i nie umiem składać żadnych szczególnie błyskotliwych wersów. Na moim nowym materiale, nad którym teraz pracuję, wciąż będę bazował na tym moim pato-stylu, ale już w nieco innej odsłonie.

Mówisz o swoim pierwszym solowym krążku?

Tak. Ta płyta ma zupełnie inny przekaz – że będzie dobrze, że trzeba iść do przodu i że kiedyś uda się wreszcie z tego wszystkiego wyrwać. Więcej luzu i mniej agresji, przynajmniej w warstwie muzycznej, która będzie wręcz radiowa. Dużo tam będę opowiadał o sobie, bez udawania – o mojej babci, która niedawno umarła, o mojej dziewczynie, o ucieczce z bloków – takie uzewnętrznienie się bez żadnego pozowania. I dlatego wróciłem do gitary, bo cała ta stylówka to będzie… pato-pop.

A ty się w ogóle czujesz raperem, częścią tego całego hiphopowego pierdolnika?

Mam jedną prostą zasadę: żeby się nie pucować za bardzo do sceny, ale też nie gadać o tym, co mnie na niej wkurwia. Obserwuję to sobie wszystko z boku i czuję się mocniej związany z samą muzyką niż jej otoczką. Nie podobają mi się akcje pokroju hot16challenge i inne formy spoufalania się; nie lubię zabawy, która wokół tego wszystkiego się rozkręciła, ale sam rap jest dla mnie niesamowicie ważny. Bo miałem swego czasu taką fazę, że jebać rap, jebać hip-hop; ja robię muzykę i nie chcę być w ogóle kojarzony z tym gatunkiem czy sceną. Melanż mnie przerósł, z Konym się ciężko współpracowało, bo… ma niesforną naturę i zacząłem robić bity jak najmniej kojarzące mi się z rapem – stopy na jeden, jakieś ejtisowe inspiracje i reggae’owe patenty. Nie chciałem robić rapu, a… tylko rap potrafię robić, więc znów złapałem zawieszkę i dłubałem w tych rzeczach w nieskończoność. Wtedy powstał Melodramat, a właściwie jego pierwotna wersja, bo zupełnie nie wiedziałem jak to domknąć, a że Kony był na jakiś czas wyłączony i w ogóle jakieś różne dziwne rzeczy się działy, to odłożyłem to wszystko, bo mi zbrzydło. I wtedy zrobiłem na szybko Lato w Ghettciedobra, robię mixtape, byle jaki, kretyński rap z auto-tunem, z którego dopiero wtedy zacząłem korzystać. Natomiast, kiedy te nasze na prędkości sklecone kocopoły, trafiły wreszcie do sieci, wziąłem się za kolejny album, ale w międzyczasie przypomniałem sobie o Melodramacie. Posłuchałem jego wstępnej wersji i doszedłem do wniosku, że nie mogę tego tak zostawić, bo tam są jedne z najlepszych zwrotek Kony'ego – one miażdżą. To są moim zdaniem najlepsze teksty Ćpaj Stajlu. Kony je pisał na Uhercach – miał czas, więc rozpisał sobie wszystkie słowa, podzielił je na grupy i poskładał jak klocki, bo on ma niesamowity talent do pisania, nie tylko rapu. Wróciłem więc do tego i myślałem, że zrobię na szybko w dwa miesiące i wrzucę, ale znów się w tym zagrzebałem i zajęło mi to prawie rok.

Teraz to się wszystko klei do kupy, bo wasz nowy krążek jest dużo bliższy Lata… niż Melodramatu, a ten – jak mówisz – powstał wcześniej…

Ale wyszedł prawie rok później. Wreszcie dokończony, zaktualizowany i wzbogacony o te auto-tune’y, z których jeszcze nie korzystałem jak go nagrywaliśmy. I podczas pracy nad nim przeszedłem też jakąś wewnętrzną transformację – zacząłem doceniać moje korzenie i przestałem się wypierać tego, co jest dla mnie teraz zupełnie oczywiste – tego, że ja przecież jestem hiphopowcem i po chuj z tym walczę?!? Wychowałem się na hip-hopie, kocham rap i sam też mam naturę rapera. Szanuję tę moją ścieżkę, a to, że mnie często mierzi scena, wkurwiają przebierańce i nie do końca podoba mi się to, że stało się to wszystko takie popularne i modne, to już inna kwestia. Takie są czasy i nie ma co się denerwować na to całe gówno, co trafia do internetu, na płyty i do klubów – to mnie nie dotyczy i nie powinno mnie do niczego zniechęcać; ja dbam o swoje poletko – moje produkcje, moje wersy i moją własną prawdziwość.

Stosunkowo niedawno zacząłeś też chyba bardziej dbać o promocję, bo do Lata w Ghettcie bardzo długo nie było żadnego klipu, a do nowego krążka wiszą już w sieci trzy teledyski, a jeszcze masz w zanadrzu bodajże cztery kolejne. A do tego sobie teraz rozmawiamy, choć chwilę temu nie byłeś jeszcze do tego przekonany.

Mi nic nie przychodzi łatwo, więc nie powiem, że szanuję każdą złotówkę, ale widzę tę drogę, którą trzeba przejść – widzę, że trzeba ciężko pracować, starać się i wychodzić niekiedy ze swojej strefy komfortu; trochę się posprzedawać, w tych social mediach trochę popierdolić i do ciebie przyjść na wywiad. Jeszcze parę miesięcy temu mówiłem, że nie chcę tego wszystkiego, nie potrzebuję i że jak będę wystarczająco dobry, to nie będę musiał tego wszystkiego robić, a teraz widzę, że takie myślenie jest bez sensu. Wszystko można robić, ważne tylko jak i z kim.

A propos tego z kim, powiedz jak ci się pracuje z Konym?

Różnorodnie… Bardzo żałuję, że nie miałem kamery, jak ostatnio pojechaliśmy do Warszawy na premierę filmu Menace II Society, gdzie mieliśmy zagrać parę numerów, bo byłby z tego niezły… film. Dzień przed wyjazdem dzwoni do mnie Kony, że idzie z kolegami, co wrócili z Anglii na piwo, więc mu mówię: chłopie, jutro mamy koncert, przecież wiesz, jak to się skończy, a on że – nie uwierzysz – tylko na jedno piwko. W sumie nie wiem czemu pomyślałem, że jakoś to ogarnie, ale… pomyślałem i poszedłem spać. Następnego dnia zadzwonił do mnie o jedenastej, że właśnie wraca na chatę, więc ja już wkurwiony, ale mówię mu, że ma trzy godziny, żeby się ogarnąć, a noc odeśpi w aucie. Była to w ogóle nasza pierwsza dalsza podróż samochodem, bo dopiero w tym roku zrobiłem prawko – i przyjeżdżam pod jego chatę o czternastej, a on nie otwiera, więc ja w te drzwi napierdalam i wszyscy się gapią, choć na tym osiedlu to raczej norma. Drzwi nie chciałem wyważyć tylko dlatego, że by mu koty spierdoliły, ale dla mnie wszystkie takie sytuacje jak koncert, klip czy nagrywka, to… on wie najlepiej ile znaczą. Tłukę więc, nawalam i w końcu ten otwiera i pierwsze co słyszę to: kurwa, jak bym wiedział, że to ty, to bym nie otworzył. A ja, że: Kony, stanowczo jak sam skurwysyn, jedziesz z nami! Chuj mnie wszystko obchodzi, możemy się tu bić czy szarpać, ale ja cię stąd zabieram; jak będzie trzeba to siłą. On, że nie jedzie, więc go ciągnę, polewam wodą i w końcu wsiadł do tego samochodu. Przez całą drogę marudzi po co my tam w ogóle jedziemy, a jak mu mówię, żeby się przespał, to on do mnie i mojego brata, że jak niby ma spać skoro my nie możemy zamknąć mord, i dalej nawija. McDonalda mu po drodze kupiłem – mój brat się wzruszył, że tak kocham tego skurywsynka – i w końcu dojeżdżamy na miejsce, ogarniamy co tam trzeba i zaczynamy koncert.

Nic nam się nie kleiło – nagłośnienie do dupy, kostka do auto-tune’a ześwirowała, a po tym jak zagraliśmy jeden numer – dosłownie jeden – Kony usnął. Położył się na takiej sofie, co tam stała i kimał już do końca. I – co prawda – my z bratem koncert dowieźliśmy do końca, ale ja wtedy byłem tak zażenowany tym co się dzieje, że chciałem go przerwać z dziesięć razy. Jak skończyliśmy, to małolaty nam mówią, że to był najlepszy koncert na jakim byli, więc… beka, odpuściłem sobie, bo chyba czasem za bardzo się staram. Ludzie mu robili zdjęcia jak spał i oznaczali go na Instastories, że to kwintesencja tego melanżu. I jak by tego było mało, to jeszcze jedna historyjka. Kilka dni później kręciliśmy klip do Życie to dziffka i… spróbujcie tam znaleźć Kony'ego! A z drugiej strony – na najważniejszym dla nas koncercie – krakowskiej premierze Melodramatu pokazał takiego skilla i taką charyzmę, że się wszyscy posrali z wrażenia. Co tu więcej gadać. Tacy już jesteśmy, mamy udawać?!? Gorzej by było jak byśmy się na takich kreowali, a tak to… nigdy nie wiesz, którą wersję nas spotkasz i gdzie.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz muzyczny, kompendium wiedzy na tematy wszelakie. Poza tym muzyk, słuchacz i pasjonat, który swoimi fascynacjami muzycznymi dzieli się na antenie newonce.radio w audycji ZA DALEKI ODLOT w co drugi czwartek od północy.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.