Kibice Premier League już to gdzieś widzieli. Sezon ledwo przekroczył półmetek, a Manchester City zostawia konkurencję w tyle i mknie po kolejne mistrzostwo Anglii. Trzynaście punktów zapasu, jakie ma nad Chelsea, to przewaga, której na tym etapie rozgrywek nie roztrwonił jeszcze nikt. A skoro trafiło na drużynę, która potrafi punktować z regularnością maszyny, to głosy o tym, że jest już po zabawie są całkiem zasadne.
Ostatecznie różnicę zrobił jeden gol, ale wynik nie oddaje w pełni przebiegu meczu. Manchester City pokonał Chelsea 1:0 i choć nie rozegrał meczu wybitnego, nie marnował wielu okazji i nie dusił przeciwnika, to można powiedzieć, że to był występ kompletny. Ważniejsze od całkowitej dominacji było utrzymanie rywala na dystans i to się udało. Kevin de Bruyne w przedmeczowym wywiadzie z Rio Ferdinandem mówił, że mecz z Chelsea jest o sześć punktów – w końcu w przypadku zwycięstwa przewaga City nad londyńczykami wzrosłaby do trzynastu punktów, a po porażce stopniałaby do siedmiu oczek – i sam je zapewnił.
To nie był hit, jakiego oczekiwaliśmy, choć niewątpliwie o taki mecz chodziło Manchesterowi City. Jeżeli jest jedno słowo, które najlepiej definiuje to, co pokazuje ten zespół na przestrzeni ostatniego roku, to jest nim „kontrola”. Piłkarze Pepa Guardioli nadal są zdolni do tego, by rozbić kogoś wysoką różnicą, o czym przekonało się niedawno chociażby Leeds United (7:0), ale coraz częściej oglądamy w ich wykonania mecze bardziej zamknięte. Hiszpański menedżer wie bowiem, że jego drużyna najlepiej czuje się wtedy, gdy może prowadzić grę i rzadko broni. – Wiem, że kibice lubią otwarte mecze, ale nam one nie służą – tłumaczył Guardiola. I gdy Manchester City co chwilę nadziewał się na kontry i przegrywał środek pola, diagnoza była prosta – jeżeli będziemy przy piłce i zachowamy odpowiednią organizację, nic się nie stanie.
To pozwoliło City wrócić do korzeni. W poprzednim sezonie nie układało im się na początku, a Guardiola powtarzał, że jego zawodnicy... za dużo biegają. Jego zdaniem porażki wynikały z chaosu, więc jeżeli udałoby się go opanować, nastąpiłaby poprawa. Biorąc pod uwagę, co stało się później, to wydaje się, że miał rację. The Citizens zmienili ustawienie, kilku piłkarzy wróciło do wysokiej formy i nagle się rozpędzili. W pewnym momencie byliśmy przecież świadkami serii 21 z rzędu zwycięstw City we wszystkich rozgrywkach. Przed świętami można było mieć o nich obawy, a już na początku marca każdy kibic Premier League machał ręką, że walka o mistrzostwo Anglii została zakończona.
Teraz widzimy to samo. Zwycięstwo z Chelsea było już dwunastym z rzędu dla Manchesteru City w lidze. Przed rozpoczęciem tej serii tracił do The Blues pięć punktów, a teraz ma już trzynaście przewagi. Osiemnastopunktowy swing to zasługa zarówno dobrej gry piłkarzy Guardioli, jak i gorszej formy Chelsea, ale po raz kolejny rywale mogą odnieść wrażenie, że gdy oni opadają z sił i gaszą co chwilę nowy pożar, to City zachowuje świeżość i wrzuca wyższy bieg, kiedy inni błagają, by się zatrzymać.
Oba spotkania Manchesteru City z Chelsea w tym sezonie mają symboliczne znaczenie. Drużyna Thomasa Tuchela miała być przecież najpoważniejszym zagrożeniem dla The Citizens, a tymczasem w dwóch bezpośrednich starciach była bezradna. Przegrała oba mecze po 0:1, ale w obu była wyraźnie słabsza. W pierwszym meczu, jeszcze we wrześniu na Stamford Bridge, nie oddała ani jednego celnego strzału przez 90 minut. W drugim przez całą pierwszą połowę nie miała ani jednej próby – jakiejkolwiek, nie tylko celnej. To zdarzyło się Chelsea po raz pierwszy od ponad 3.5 roku. Nawet gdy ruszyła po stracie bramki do odrabiania strat, to nie stworzyła groźnej sytuacji.
Łącznie londyńczycy uzbierali w dwóch starciach z Manchesterem City jeden celny strzał. Wyglądało to momentami tak, jak w tych kreskówkach, gdzie jedna postać chce zaatakować drugą, ale ta wystawia rękę, trzyma na dystans i jedynie patrzy, jak przeciwnik bezradnie wymachuje rękami w jej kierunku. Tuchel też wymachiwał rękami, frustrując się na swoich zawodników, jednak nawet nie ma wielu okazji, które może rozpamiętywać. Po meczu wyliczał kontry, które nie kończyły się nawet wizytami w polu karnym, ale mógł czuć się bezradny. Bo to nie jest tak, że Chelsea nie próbowała. Po prostu The Citizens zamykali ją na własnej połowie i byli lepiej zorganizowani.
Piłkarze Guardioli wygrali dwa wcześniejsze mecze ligowe z Brentford i z Arsenalem, mimo że nie grali nawet zbyt dobrze. Z Chelsea to też jeszcze nie był Manchester City na najlepszym możliwym poziomie, jednak pokazał niezwykłą dojrzałość. Coraz częściej można odnieść wrażenie, że im ważniejszy mecz, tym lepiej potrafi zagrać. W sobotę stawka była jasna i mistrzowie Anglii chcieli mieć pełną kontrolę nad własnym losem. Udało im się to osiągnąć, De Bruyne dorzucił nieco magii i sytuacja jest już bardzo komfortowa.
Guardiola tonuje jeszcze nastroje, ale sam musi zdawać sobie sprawę z tego, jaką maszynę stworzył. – Jeżeli ktokolwiek pomyśli, że jest po sprawie, to będę zły. Jeszcze nie widziałem, by walka o mistrzostwo skończyła się kiedykolwiek w styczniu – mówił po meczu. Z drugiej strony powoli może koncentrować uwagę na Lidze Mistrzów, bo trzynaście punktów to przewaga, jakiej nie roztrwonił jeszcze żaden zespół w historii Premier League na tym etapie sezonu.
Owszem, sobotni mecz jeszcze o niczym nie przesądza. Jest jeszcze sporo kolejek do rozegrania, jednak zdecydowanie odbiera emocje w walce o mistrzostwo Anglii. Żeby coś się jeszcze zmieniło, to nie tylko grupa pościgowa musi wygrywać mecz za meczem, ale jeszcze Manchester City musi się zacząć potykać. O ile to pierwsze można sobie wyobrazić, tak drugi warunek będzie bardzo trudny do spełnienia.
Można odnieść wrażenie, że The Citizens do końca października zajęło to, by nauczyć się gry bez napastnika i wejść na odpowiednie obroty. Gdy już to zrobili, nikt w Premier League nie jest w stanie dotrzymać im kroku. Najlepsza liga świata po raz kolejny w ostatnich latach zamiast wyścigu po mistrzostwo może mieć samotną ucieczkę lidera.
