Fenomen Zacka Snydera. Wizjoner czy przerośnięty dzieciak?

Zobacz również:„Jackass” powraca! Pierwszy trailer nowego filmu to czyste szaleństwo
Zack Snyder
Victor Chavez/WireImage

Reżyser Justice League jest jednym z najważniejszych twórców współczesnego kina popularnego, ale jego blockbustery mocno polaryzują widownię. Chociaż daleko mu jeszcze do Michaela Baya pod względem wielkości elektoratu negatywnego. Co w Snyderze pociąga, a co odrzuca? Czy jest wielkim wizjonerem kina, czy może pretensjonalnym Piotrusiem Panem, który marnuje miliony dolarów? A może kimś znacznie groźniejszym - siłą reakcji i sprzeciwu wobec nowoczesnych wartości?

Zack Snyder wkroczył do Hollywood bezpieczną, choć często zdradliwą drogą, jaką są remaki. Wziął na warsztat klasyk kina zombie z 1978 roku - Świt Żywych Trupów. Legendarny film George’a Romero w zasadzie nie potrzebował odświeżenia, ale - dzięki scenariuszowi Jamesa Gunna - nowa wersja nie była aż tak zła. Na szczególne wyróżnienie zasługiwały dialogi i pomysłowa brutalność. Jeśli robi się produkcję o o nieumarłych, te czynniki należą do najważniejszych. Świt Żywych Trupów z 2004 roku jest do dzisiaj uznawany za topowe dokonanie Snydera. Trudno z tym polemizować. To porządne, rozrywkowe kino, które odrobinę spłyca przekaz oryginału, ale nie jest kompletną porażką, co przecież bywa częstym efektem odgrzewanych tytułów. Dwa lata później nastąpiła premiera 300, która zapewniła Zackowi przepustkę do blockbusterowej Walhalli.

300 naprawdę imponuje wizualnie. To tutaj Snyder mógł wypracować język, z którego będzie znany najbardziej. Z ekranu wręcz wylewa się stylizacja; sceny akcji są obficie sprowadzane do zwolnionego tempa, a operowanie różnymi barwami robi wrażenie. Na tym poziomie nie ma się do czego przyczepić. Chyba, że ktoś nie lubi slow motion.

Kinowy przebój ze scenariuszem współtworzonym przez samego Snydera jest jednak piekielnie problematyczny pod wieloma innymi względami. Można machnąć ręką na napompowaną testosteronem i patosem grę aktorską, ale trudno zignorować jawnie rasistowskie i homofobiczne wątki. Leonidas nazywa Ateńczyków boy lovers. Z tym, że Spartanie nie mieli problemów z homoseksualnością, więc można to zignorować. Co innego Kserkses, który nie tylko proponuje Leonidasowi poddanie się, ale jest wykreaowany zgodnie z najgorszymi homofobicznymi wzorcami, które w 2006 roku powoli znikały na śmietniku historii. Co do rasizmu - prezentacja Persów jeży włos na głowie. Wszystkie dobre postacie są tutaj białe; wszystkie osoby o innym kolorze skóry to albo knujące zgniłki, albo potwory. Nic dziwnego - Snyder sięgnął po komiks Franka Millera (zrobi to potem kolejny raz - z jeszcze gorszym skutkiem), którego dzieła zapalają lampki ostrzegawcze. Oglądając 300 po latach można rzeczywiście dać się ponieść wizualnej uczcie, ale całe dziedzictwo - poza nadaniem rozpędu karierze Snydera - jest wręcz toksyczne.

Snyder ukochał komiksowe ekranizacje. Po 300 nakręcił Watchmenów na podstawie kultowego wydawnictwa Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa. Z przestrogi przed dyktatem jednostki i głęboko humanistycznego, pacyfistycznego przesłania pierwowzoru zrozumiał niewiele. I o ile można mu oddać, że zadbał o dosłowne przeniesienie komiksowych paneli na duży ekran - tak zrobienie z psychopatycznego faszysty Rorschacha postaci pozytywnej jest głębokim nieporozumieniem. Moore zareagował na to zgorszeniem i ogłosił, że takie coś nigdy nie powinno mieć miejsca.

Watchmeni - w oryginale dekonstrukcja superbohaterskiego mitu - w rękach Snydera stała się pochwałą potężnych jednostek. W tę samą stronę idą jego wyobrażenia na temat Batmana i Supermana. Man Of Steel jest męczący pod każdym względem. Wizualny styl, za który można czasem podziwiać reżysera - zmienił się tu w trudną do rozczytania, frenetyczną breję. Batman v Superman: Dawn of Justice to obraz legendarnie zły. Twórca na siłę próbuje zrobić to, co Marvel przygotowywał przez kilkanaście tytułów - w kilku szybkich ruchach ustawić skocznię pod Ligę Sprawiedliwych. Różnica w stosunku do rozgrzewki przed Avengersami jest szokująca. Snyder jest niecierpliwy wobec swoich bohaterów i bohaterek. Nie widzi w nich postaci z krwi i kości, a nośniki idei, symbole; symbole albo płytkie, albo problematyczne, a najczęściej zarówno takie i takie. Jego Superman to trochę zbrodniarz wojenny, a trochę Jezus. Batman to samozwańczy policjant, prokurator i sędzia w jedej osobie. Reżyser szczerze wierzy w kapitalistyczne i indywidualistyczne mity, wyłożone przez amerykańską pisarkę Ayn Rand i nie ma oporów, żeby jej ideologię tłumaczyć na superbohaterskie opowieści. Jego świat to bezpieczna przystań dla każdego, komu nie podoba się obyczajowy progres i coraz bardziej złożona siatka moralnych zależności. Od razu wiadomo, kto jest zły, a kto dobry. Szybko staje się przy tym jasne, że rację ma ten najsilniejszy. Choć obrońcy reżysera lubią powtarzać, że chodzi o ubaw i nie ma co przejmować się ideologią - w pewnym sensie jest to pułapka.

Podobną ideologię widzimy również w czterogodzinnej wersji Ligi Sprawiedliwych. Nawet, jeśli zmrużymy oczy i będziemy udawać, że te pozycje to tylko rozrywkowe bzdury o herosach - artystyczny bilans komiksowych ekranizacji wydaje się kiepski. Solidni Watchmeni i 300, a potem równia pochyła. Na finał - czterogodzinna męka Ligą Sprawiedliwych.

Snyder nie tylko zabierał się za nowele graficzne, ale także próbował sił w oryginalnych pomysłach. Sucker Punch ma w sobie trochę inwencji i kilka momentów ekranowego odpału, które stymulują wyobraźnię. Ale trudno przełknąć potężną dawkę zwolnionego tempa czy niezbyt przemyślaną fabułę. Reżyser chciał pokazać siłę kobiet, ale - ponownie - padł ofiarą własnej ignorancji. Sucker Punch uprzedmiotawia bohaterki i trywializuje tematy związane ze zdrowiem psychicznym.

Zack bywa kinowym wizjonerem, ale jednocześnie pozostaje nastoletnim chłopcem zamkniętym w ciele dorosłego mężczyzny. Nie do końca rozumie tematy, które chce przekazywać, a - przede wszystkim - nie potrafi pisać scenariuszy, choć wciąż się upiera, żeby to robić. Kiedy dostaje porządną historię - jak przy Świcie Żywych Trupów - efekty są przyzwoite. Natomiast kiedy studio daje mu miliony dolarów i wolną rękę, powstają koszmary w rodzaju Ligi Sprawiedliwych czy netfliksowej Armii Umarłych. Tegoroczna premiera to nudne i zdecydowanie za długie antywidowisko, o którym ciężko napisać cokolwiek sensownego. Snyder był w tym przypadku nie tylko reżyserem, ale także scenarzystą i głównym producentem. Powiedzieć, że efekt okazał się marny, to nie powiedzieć nic. Potwierdziło się przy tym, że on nigdy nie powinien dzierżyć władzy absolutnej - doskonale sprawdziłby się jako ważny trybik w machinie efektów specjalnych czy jako operator przy blockbusterach.

Bo jego filmy są faktycznie autorskie, ale wręcz ociężałe od pomysłów; nierzadko pretensjonalnych czy nieudanych. Na cztery godziny Ligi Sprawiedliwych nabrało się wielu. Na kompletnie nieudaną Armię Umarłych już mało kto. Jaka rysuje się przed nim przyszłość? Zobaczymy. Na razie pracuje nad sequelem Armii Umarłych i animowanym rozwinięciem tego uniwersum dla Netfliksa. Kto wie - może właśnie to medium pozwoli mu osiągnąć peak?

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz, muzyk, producent, DJ. Od lat pisze o muzyce i kulturze, tworzy barwne brzmienia o elektronicznym rodowodzie i sieje opinie niewyparzonym jęzorem. Prowadzi podcast „Draka Klimczaka”. Bezwstydny nerd, w toksycznym związku z miastem Wrocławiem.