Jeremy Wisten miał marzenie – zostać na Etihad Stadium kimś takim, jak Vincent Kompany. Grał na tej samej pozycji co były kapitan Manchesteru City i mówi się, że posiadał duży talent. Ale nie na tyle duży, by klub chciał związać z nim przyszłość. Dzisiaj jest o nim głośno, niestety z zupełnie innych powodów. Zmarł tragicznie w wieku 17 lat.
W dyskusjach na temat przyczyn śmierci Jeremy’ego najczęściej przewija się wątek depresji. Według wielu źródeł – choć trzeba być tutaj bardzo ostrożnym, wszak to teza bez oficjalnego potwierdzenia – Wisten miał targnąć się na życie. Czy był to efekt zwolnienia go z akademii City? Tego dzisiaj nie wiemy.
Rodzina byłego zawodnika akademii Man City jeszcze nie wydała oświadczenia. Ludzie dobrej woli wzięli już sprawy w swoje ręce. Przyjaciele szybko zorganizowali zrzutkę – cel: 10 tysięcy funtów, by pokryć koszt pogrzebu i przekazać nieco funduszy bliskim chłopaka. Popłynęły też kondolencje, w tym od Raheema Sterlinga czy Aymerica Laporte’a. Piłkarski świat nie może uwierzyć w to, co się stało.
Trudno patrzy się na zdjęcia Wistena, które wrzucają od wczoraj do sieci jego koledzy, czy byli trenerzy. Uśmiechnięty, uroczy chłopiec z pucharami, w piłkarskich strojach, przed meczami w juniorskim futbolu i po ważnych pierwszych zwycięstwach. Jako dziecko przyjechał z rodzicami do Wielkiej Brytanii z Malawi. Zresztą, w tym kraju na największych portalach internetowych pojawiły się w niedzielę teksty o jego śmierci. Na Twitterze wywiązała się natychmiast dyskusja na temat tego, w jaki sposób kluby radzą sobie w przypadku rozstań z młodymi zawodnikami, w kwestii przeprowadzenia ich przez ten proces. Myślę jednak, że jakkolwiek delikatnie ktoś by to zrobił, nie jest w stanie przewidzieć skutków. Pamiętajmy, że to są wielkie nadzieje tych chłopaków, marzenia o grze w Premier League, Lidze Mistrzów, w miejsce tego pojawia się pustka, uczucie bycia niepotrzebnym. Mając 17 lat, bez odpowiedniego wsparcia, trudno się z tym zmierzyć.
Wisten trafił do akademii Manchesteru City przed czterema laty, był w zespole U-13, w tzw. „elite squad” i z pewnością miał prawo wierzyć w happy end swojej historii. Grał jako środkowy obrońca. Dla kumpli, którzy razem z nim rozwijali się piłkarsko w juniorskich zespołach to prawdziwy szok. Tyrhys Dolan, grający dziś w Blackburn Rovers napisał: „Ból jest nie do opisania. Nie mogę uwierzyć, że piszę taką wiadomość. Nie jestem w stanie wyrazić wdzięczności dla ciebie, za najlepszy czas w moim życiu”.
Jeśli potwierdzą się informacje o tym, że Wisten faktycznie popełnił samobójstwo, to najbardziej zastanawia liczba przyjaciół, którzy tak ciepło dziś o nim mówią, nie mając jednocześnie pojęcia, jak mogło do tego dojść. Ale należy pamiętać, że depresja to cichy zabójca, a często ludzie, którzy na nią cierpią, nie są skorzy do dzielenia się swoimi emocjami z otoczeniem, nawet najbliższym.
Były reprezentant Walii, David Cotterill, dziś wzięty konsultant do spraw zdrowia psychicznego, ze smutkiem stwierdził, że od dawna ostrzegał piłkarskie kluby, by zajęły się nie tylko piłkarzami, którym oferują kontrakty, ale również tymi, którym ich nie proponują. Rozpętał tym samym poważną, ale i merytoryczną dyskusję, bo czy tak naprawdę klub jest w stanie przygotować się na ewentualny dramatyczny, desperacki ruch, kiedy żegna juniora, u którego nie zauważył wystarczająco dużo talentu? Czy klub nie ma prawa dawać kontraktów komu chce i nie dawać tym, którym nie chce?
Piłka nożna to brutalny biznes. Nie zatrzymała go żadna z odmian depresji, ani ta Sebastiana Deislera (jeden z pierwszych przypadków przyznania się publicznie do tej choroby), ani ta z okrutnym finałem, jak to miało miejsce w przypadku Roberta Enke. Raz na jakiś czas jednostka jest bezradna w starciu z presją, oczekiwaniami i pustką, a wiek lub poziom rozgrywek nie mają tutaj znaczenia. Cotterill walczy w słusznej sprawie, ale ludzie mają sporo racji, pytając: jak znaleźć złoty środek? Robert Lewandowski też usłyszał „do widzenia” od Legii, mając 17 lat, a jednak sobie z tym poradził, choć założył wtedy, że to już koniec piłkarskiej kariery. Miał jednak tak świetne relacje z mamą i tak ufał jej intuicji, że pozwolił jej się przeprowadzić przez ten trudny czas (dziękujemy wszyscy, Pani Iwono). Nie każdy ma jednak tyle szczęścia, by ktoś uwierzył w niego bardziej niż on sam.
Wielu chłopaków usłyszało, że są zbyt mali, albo zbyt słabi, by zrobić karierę. Nawet Leo Messi. A jednak zrobili. W tym czasie ci, którzy byli ulubieńcami trenerów i stanowili „hot prospect” na przyszłość, nie osiągnęło niczego szczególnego. Futbol bywa w tej kwestii niezwykle przewrotny. Odtrącenie nie jest końcem świata, bez względu na to, czy chodzi o karierę piłkarską, miłość, czy pracę. Problem depresji pogłębia się na świecie z jednego znaczącego powodu, nie trzeba tutaj przeprowadzać żadnych badań – jest coraz więcej negatywnych bodźców z otaczającego nas świata, a coraz mniej kontaktu człowieka z człowiekiem. To łatwa droga do tego, by problem, który nie jest wcale tak wielki, jak się wydaje, urósł do rangi nierozwiązywalnego.
Najlepiej ujął to chyba Frank Sinclair, były gracz m.in. Chelsea i Leicester City, a także reprezentant Jamajki. Uważa on, że o młodych zawodowców i wychowanków akademii piłkarskich kluby powinny zadbać w taki sposób, by od razu wskazać im alternatywną ścieżkę rozwoju. Najlepiej poprzez edukację, możliwość podjęcia innej pracy, ale przede wszystkim – zapewnić podstawowe rzeczy, takie jak komunikacja międzyludzka. Przy nieprawdopodobnie wielkich budżetach klubów w Anglii to przecież kropla w morzu – zatrudnienie wykwalifikowanych osób, które w odpowiedni sposób przeprowadzą młodych ludzi przez ten proces. Nikt oczywiście nie zaprząta sobie głowy takimi sprawami, nie są one tak ekscytujące, jak deadline day na rynku transferowym, ale jeśli system nie wymyśli rozwiązania, tego typu sytuacje mogą się powtarzać. Szkoda, że nie dowiemy się już, czy Jeremy Wisten mógłby, nieco okrężną drogą, zostać drugim Kompany’m.
