Osiem sekund, podczas których Robert Lewandowski nie wypowiedział żadnego słowa, gdy został zapytany o taktykę na mecz z Włochami, to milczenie, które jest jasnym sygnałem, że Jerzy Brzęczek stracił szatnię. Spotkanie w Lidze Narodów, przegrane przez Polskę w żenującym stylu, odebrało nadzieję nawet tym, którzy chcieli bronić selekcjonera. Sam się do nich zaliczam.
Kiedy nie masz na czyjś temat niczego dobrego do powiedzenia, lepiej milcz – ileż razy słyszałem tę maksymę. Robert Lewandowski najwidoczniej także, bo podobną strategię zastosował w mixed zone po meczu w Italii. Najlepszy polski piłkarz nie potrafił ukryć swojej frustracji, ale wiedząc, że publiczne powiedzenie czegoś w stylu: „Brzęczek nie ma pojęcia o taktyce”, niczego dobrego by kadrze nie przyniosło. Jestem natomiast przekonany, że coś takiego cisnęło się napastnikowi Bayernu na usta.
Myślę, że dla Lewego to jest najtrudniejszy czas, bo dysonans pomiędzy stylem (jakim stylem?) kadry a drużyny klubowej osiągnął już tak duże rozmiary, iż nie jest w stanie dłużej tego ukrywać i słowa są naprawdę zbędne. Oczywiście reprezentacja Polski nigdy nie będzie grać jak Bayern, tak samo jak nie grała, jak kiedyś Borussia Dortmund, gdy występowała w niej trójka Polaków. Lewandowskiego ma jednak prawo frustrować krok, może nawet nie jeden krok, w tył. W stosunku do tego, co zespół prezentował w szczycie możliwości za kadencji Adama Nawałki.
Lewandowski jest dzisiaj tak wysoko w hierarchii światowej piłki nożnej, że żaden trener znad Wisły siłą rzeczy nie będzie dla niego autorytetem. Nie jest jego winą, przeciwnie – zasługą, że trenowali go tacy ludzie, jak Juergen Klopp, Pep Guardiola czy Carlo Ancelotti, ani że patrząc każdego dnia na to, ile oni potrafią, jak przekładają to na drużynę, siłą rzeczy zderza to z tym, co widzi potem w kadrze.
Nie linczujmy Lewego. Ani za to, że nie powiedział więcej – zachował klasę i to jest akurat dobre. Opaska kapitańska to duża odpowiedzialność, także poza boiskiem. Ani za to, że tak wymownie milczał. Coś zrobić musiał i wybrał chyba najrozsądniejsze zachowanie. Może mieć ono jednak dość poważne następstwa, ponieważ jest ostatecznym dowodem na to, że trener może i coś mówi, ale piłkarze nie wiedzą za bardzo, co to takiego.
Nie tak dawno w audycji „Futbol i Cała Reszta” gościliśmy Piotra Włodarczyka, który bardzo ciekawie opowiadał o jednym z meczów warszawskiej Legii, w którym grał przed laty. Trener Dariusz Kubicki przekazał zawodnikom kilka uwag taktycznych, ale gdy ci zebrali się w kole na środku murawy, powiedzieli do siebie: – Nie no, panowie, gramy swoje. Zakończyło się zwycięstwem Legii, a trener na pomeczowej konferencji oznajmił, iż piłkarze zrealizowali jego plan. Takie małe, niewinne kłamstewko nie boli, nawet jeśli tak naprawdę kłamiesz siebie.
Trenerzy dzielą się na kilka grup. Począwszy od wielkich wizjonerów, gotowych spalić świat, by przekonać wszystkich, że akurat ta filozofia wypali, poprzez zastępy przeciętniaków, czy szkoleniowców bazujących głównie na motywacji, skończywszy na tych, którzy do piłkarzy mają tak wielkie zaufanie, że nie chcą się wpieprzać, pragną po prostu jak najdłużej zachować stanowisko. Przyłapałem się na tym, że tak naprawdę nie wiem, do której grupy należy Brzęczek.
Jako że od pewnego czasu nie maluję twarzy w wojennych barwach, nie biegam z toporkiem i nie szukam ofiar, staram się z rozsądkiem przyglądać zjawiskom i analizować nieco dłużej niż robiłem to w przeszłości. Ktoś powie, że to strefa komfortu, ale przynajmniej unikam ferowania wyroków, które naraziłyby mnie na ośmieszenie. Brzęczkowi, w przeciwieństwie do większości środowiska dziennikarskiego w Polsce, dałem od początku duży kredyt zaufania. Wiem, że to dla niego może nie mieć żadnego znaczenia, ale tak było. Chciałem go rozliczać za konkretne wyniki, bo wiem, że styl jako taki często rodzi się w bólach. Uznałem nawet, dla świętego spokoju, że do EURO kadra może grać tak brzydko, jak tylko zechce. Wy tego nie pamiętacie i ja też, ale słyszałem, że drużyna Kazimierza Górskiego (niechcący, przysięgam) prezentowała się przed MŚ w 1974 fatalnie. Pokolenie mojego taty zastanawiało się, po co w ogóle jedzie do Niemiec. Mecz z Argentyną był szokiem dla całej Polski.
Chciałbym wierzyć, że inauguracja mistrzostw Europy będzie wyglądać podobnie, niestety, kadra osiągnęła stabilizację i to jest stabilizacja, jakiej na pewno nie szukała. Brzęczek zaczął mi trochę przypominać Ole Gunnara Solskjaera. Menedżer Manchesteru United już ma tracić posadę, gdy nagle wygrywa mecz i jakby wszyscy o tym zapominają. Do następnej porażki. Tym samym non stop siedzi na beczce prochu, ale stało się to dla niego czymś tak normalnym, że chyba sam przestał zwracać uwagę.
Brzęczek od początku pracy z kadrą miał za sobą Zbigniewa Bońka, choć trudno, by było inaczej, skoro prezes PZPN sam go namaścił i wymyślił jako nowego Nawałkę, choć i Zibiemu kiedyś wymknęło się, że nie może zagwarantować, iż selekcjoner dotrwa do EURO. Na pewno od startu nie miał za sobą kibiców, a nawet praktykanci w sportowych redakcjach wiedzieli, że nie miał za sobą także dużej części szatni. Bez względu na osiągane wyniki, fani nie czuli, że to jest kadra mogąca nawiązać do tej, która pokonała Niemców na Stadionie Narodowym. Gorzej, że czuli również, iż nie może ona nawiązać do meczu przegranego z Niemcami we Frankfurcie. Nawałka dużo szybciej stworzył coś, czego Brzęczkowi się na razie nie udało. Jego reprezentacja była groźna, zdyscyplinowana i skupiona. Nikt nie powiedział, że nie wie, co ma grać. Jeśli już, to piłkarze mogli raczej narzekać, że dostają za dużo danych. Nie wiem, co i kiedy stało się z Nawałką, ale wierzyłem, że to będzie nasz trener narodowy na lata i że on może stać się drugim Kazimierzem Górskim nie tylko w imaginacjach Małgorzaty Domagalik.
Brzęczek jest dziś w fatalnej sytuacji, na rozdrożu. Osiem sekund milczenia Lewandowskiego uświadomiło mu już dobitnie, że drużyna w niego nie wierzy, bo przecież piłkarze, którzy siedzą w jednej szatni ze zdobywcą Ligi Mistrzów, zawsze uznają: to on ma rację. To ośmiosekundowe, milczące błaganie: „zróbmy z tym coś”, sprawia, że na kilka miesięcy przed dużym turniejem mamy problem. Ale to, co może boleć Brzęczka najbardziej, to fakt, że traci ostatnie przyczółki wsparcia i nadziei. Ja po niedzielnym wieczorze we Włoszech opuszczam pokój optymistów. Obym żałował.
