Typowania mistrza Anglii w tym sezonie może się podjąć jedynie szaleniec. Ale coraz więcej wskazuje na to, że dotychczasowy układ sił został zburzony. Zwycięstwo Tottenhamu nad Manchesterem City to poważny sygnał ze strony Jose Mourinho i jego piłkarzy, a zbliżające się derby z Chelsea nabrały zupełnie nowego wymiaru. Dziś w walce o władzę w Premier League właśnie Spurs i The Blues wydają się być realnym zagrożeniem dla Liverpoolu.
Jose Mourinho przeżywa drugą młodość. Kiedy patrzy się na Portugalczyka, można wyraźnie dostrzec błysk w oku, ten sam, który charakteryzował go, gdy pojawił się w Anglii, zaraz po wspaniałym okresie spędzonym w roli trenera FC Porto. Mourinho poczuł krew, a on nigdy nie odpuszcza w takich sytuacjach. W hicie ostatniej kolejki zdeklasował Pepa Guardiolę pod względem taktycznym. Piłkarze menedżera Spurs powtarzają jak mantrę, że przede wszystkim mają być dla rywali niewygodni. Przeciwnicy cierpią, a Tottenham czeka na choćby najmniejszy ich błąd. Mecz przeciwko The Citizens był idealnym odzwierciedleniem tej teorii.
Mourinho znów się chce. Był taki moment w karierze Portugalczyka, kiedy wydawał się przytłoczony, zmęczony. Podkrążone oczy – żywy dowód na trud włożony przez lata w wyczerpującą psychicznie pracę – straszyły coraz bardziej. Presja, jaką nakładał sam na siebie, pogoń za kolejnymi trofeami, wyssały z niego energię.
Posłużył mu rozbrat z piłką. Nie dosłowny, ale przejście na drugą stronę barykady. Dołączenie do grona ekspertów telewizyjnych, wnikliwe analizy, szybka riposta, rodem z jego najlepszych konferencji, pokazały go w bardzo dobrym świetle. Nie musiał rywalizować z innymi menedżerami, mógł do woli cieszyć się piłką, a jego wielkie ego nikomu nie przeszkadzało – przeciwnie, stało się atrakcyjne. Zyskała na tym telewizja, widzowie i sam Jose.
Sprawą oczywistą było, że nie wytrzyma długo w takiej roli. Musiał wrócić, bo jego naturalny teren łowiecki to szatnia i ławka rezerwowych. Ale wrócił inny. Najdobitniej świadczą o tym jego działania w mediach społecznościowych – żarty w stylu Wojciecha Manna z najlepszych lat, ironia, sarkazm, humor sytuacyjny. Jeśli ktoś myśli jednak, że nowy Mourinho to śmieszny, siwy dziadunio z internetu, to się myli. W stosunku do piłkarzy jest piekielnie wymagający i nie idzie na kompromisy, co najlepiej pokazuje sytuacja z Dele Allim. Jeśli nie spełniasz jego wymagań, spadasz z planszy.
Rok pracy Mourinho w północnym Londynie, zwieńczony zwycięstwem nad rywalem, z którym w karierze trenerskiej spotykał się najczęściej, i którego goni pod względem liczby zdobytych trofeów, na pewno nie był rokiem zmarnowanym. Mourinho, który w angielskiej topowej lidze spośród elitarnych menedżerów (300 meczów lub więcej) ma najwyższy, po sir Aleksie Fergusonie, odsetek zwycięstw, chce za wszelką cenę udowodnić, że ściągnięcie go do Londynu ma sens i naprawdę jest w stanie dać trofeum klubowi, który czeka na to od dwunastu lat.
Jeśli zderzyć opinie fanów Tottenhamu, a także dziennikarzy z Anglii, z dnia, w którym zatrudniano Mourinho z tym, co czują dzisiaj, dostalibyśmy dwa zupełnie różne światy. W jednym (również w moim, by była jasność) JM był wypalonym, zgnuśniałym, wdającym się w ciągłe wojenki, „staromodnym” taktycznie trenerem, w drugim jest człowiekiem, który wreszcie dostosował się do nowych czasów i zrozumiał, że na odwrót to nie zadziała.
W tym właśnie przypomina mi Fergusona. Szkot, to podkreśla wielu fachowców, łatwo adaptował się do otoczenia. Gdy ktoś miał określoną broń, on wymyślał, jak ją skopiować lub zniszczyć czymś większym, silniejszym. To właśnie uważał za innowację samą w sobie. Chciał też zrozumieć zmieniający się futbol, ale nie tylko w szatni, na boisku treningowym, również w sferze społecznej. Niewykluczone, że gdyby Instagram pojawił się na scenie z wielkim hukiem w środku trwania kadencji sir Alexa na Old Trafford, założyłby konto i też sam chciał wrzucać zdjęcia, tak jak dzisiaj Mourinho, który tłumaczy, że jego wcześniejszy romans z social media nie mógł wypalić, bo profil prowadzony w twoim imieniu przez kogoś nigdy nie będzie prawdziwy.
W weekend Mourinho zetrze się ze swoim uczniem, Frankiem Lampardem. Ten drugi wie najlepiej, jak Portugalczyk odmienia szatnię. I jeśli słyszy i czyta, że Jose wskrzesił swój dawny żar, że znów wysyła esemesy do piłkarzy, cały czas utrzymuje ich w stanie wrzenia, pokazuje, że niemożliwe nie istnieje, to może się tej konfrontacji obawiać. Ale Mourinho musi się dziś bać cała liga.
Kiedy przyszedł do Chelsea, klub czekał na mistrzostwo Anglii 50 lat. Odczarował to, a później gabloty, zaczęły wypełniać się kolejnymi pucharami – sam Mourinho dorzucił ich siedem. Trzy mistrzostwa, Puchar Anglii, trzy Puchary Ligi. Lampard i inni piłkarze The Blues chłonęli każde jego słowo. Praca z Mourinho jest oczywiście wyczerpująca psychicznie, bo wymagania utrzymują się na tym samym poziomie, non stop, ale warta nagrody na końcu.
Mourinho na pewno nie poszedł jednoznacznie drogą swojego mentora, Bobby’ego Robsona, ale przejął od niego najważniejszą rzecz – umiejętność budowania relacji interpersonalnych. Bez względu na umiejętności, staż i osiągnięcia – każdy z piłkarzy ma się czuć mistrzem świata. Łatwiej wtedy iść na front. Mourinho, który jest poliglotą, włada angielskim, hiszpańskim, francuskim i włoskim (portugalskim, co oczywiste, także), bez problemu dociera do zawodników na poziomie emocjonalnym.
Każde kolejne zwycięstwo będzie budować niesamowitą pewność siebie piłkarzy Tottenhamu, dlatego Mourinho wie, że kalendarz, jaki teraz mają Spurs, dwóch bardzo mocnych rywali weekend po weekendzie, to woda na młyn dla londyńczyków. Mecz przeciwko Chelsea jest dla niego zawsze wyjątkowy. To na Stamford Bridge rozkochał w sobie fanów, tutaj zdobywał szatnię i ją tracił, tutaj zakochał się w nim Roman Abramowicz, by potem, niczym z kolejną z żon, rozwieść się, płacąc gigantyczną odprawę. Tutaj wyrzucał medale za mistrzostwo w trybuny i tutaj wygłosił chyba najwięcej mocnych fraz podczas konferencji prasowych. Tutaj sprawił również, że kilku piłkarzy uwierzyło, iż mogą być więksi niż sami wcześniej myśleli. Wśród nich był Lampard.
Ci dwaj menedżerowie stali się dzisiaj głównymi myśliwymi w polowaniu na Liverpool. Juergen Klopp i jego zespół udowodnili zwycięstwem nad Leicester City, że nie jest ważne, jaki zakładasz garnitur – najlepszy, ulubiony, idealnie pasujący czy ten nieco schodzony, tańszy – ważne, że w głębi serca wciąż jesteś mistrzem. Na naszych oczach pisze się scenariusz, w jakim głównie role grają ci, których niekoniecznie musieliśmy – poza Liverpoolem – o to posądzać przed startem sezonu. Tottenham, Liverpool i Chelsea idą łeb w łeb, także pod względem liczby bramek. Wszystkie te trzy zespoły łączy to, że ich menedżerowie starają się zbudować idealny balans pomiędzy defensywą a ofensywą. Wszystkie mają prawdziwych kozaków z przodu, klasowych bramkarzy, świetnych kreatorów i bardzo inteligentnych trenerów. Trudno na dzisiaj wyobrazić sobie, by mistrzem Anglii została inna drużyna niż jedna z tych trzech. Gra zaczyna się na serio.
