W Paryżu ani Londynie Unai Emery nie zbudował swojego kościoła. Balansuje między wizerunkiem inspirującego fachowca a żywiołowej karykatury, ale podporządkował futbolowi całe życie. Zszedł poziom niżej, by znów złapać wysoką falę i z Villarrealem rozpychać się między największymi. Do branży wraca Unai, człowiek chorobliwie zakochany w tym środowisku.
On sam wyróżnia dwa typy trenerów: długowieczni oraz ci, którzy błysnęli krótkoterminowo. Znacznie bardziej ceni tych pierwszych, dlatego tak ochoczo ruszył do nauki francuskiego i angielskiego, mimo że czasem efekty wywoływały szeroki uśmiech. Na pewno Emery'emu nie można było odmówić zaangażowania. Dla niego definicją sukcesu jest Luis Aragonés – stworzył wielkie Atlético Madryt na bazie kontrataków, a później reprezentację w zgoła odmiennym stylu. Dostosowywał model gry do potrzeb i profilu piłkarzy, dlatego tak bardzo zaimponował Baskowi. Podziwia tych szukających wyzwań i uciekających ze strefy komfortu.
Wiele można mówić o Emerym, ale jego znajomi twierdzą jednoznacznie: poza futbolem nie ma zbyt bujnego życia. Wszystko poświęca swojej pasji. Nawet jego partnerka z Londynu, Sacha Wright, skarżyła się, że zasypiał trzymając w jednej ręce laptopa z ostatnim meczem Arsenalu, a w drugiej tablet ze spotkaniem najbliższego rywala. To człowiek, na którego już Joaquin Sanchez narzucił nierozerwalną, acz prawdziwą łatkę: jego odprawy trwały tak długo, że mogłeś przyjść z popcornem, a finalnie i tak zasypiałeś z wyczerpania.
Wpadł w tę samą siatkę co Manuel Pellegrini: osiągał sukcesy w największych klubach, ale nie te najważniejsze, więc jednoznacznie został skojarzony z rozczarowaniem. Natomiast w drużynach z półki aspirujących, podgryzających wielkich po kostkach, budował swój powszechny respekt. Dlatego teraz po czterech latach wraca do kraju i przechodzi do Villarrealu zbudować coś historycznego.
Zastąpi Javiego Calleję, czyli człowieka, który osadził serce w Villarrealu. Siedem lat spędził w tym klubie jako piłkarz, a kiedy skończył karierę w Pampelunie, od razu wrócił do pracy w jednej z najlepszych akademii w kraju. Po siedmiu latach dostał szansę poprowadzenia pierwszej ekipy, gdy nie wypalił projekt sygnowany nazwiskiem Frana Escriby. Ostatnio przeżył dzień świra. Znów został pożegnany, mimo totalnie innych realiów zwolnienia. Piąte miejsce i wejście do Ligi Europy na ostatniej prostej sezonu okazało się niewystarczające. Zostawił pozytywne wrażenia, jednak wygrały ambicje. Na dawnym El Madrigal chcą regularnie słuchać hymnu Ligi Mistrzów, i to nie tylko w powiewach wizji cudownej przyszłości.
Otworzyli drzwi Unai'owi Emery'emu znającemu doskonale realia rozgrywek oraz okolicy. W końcu cztery lata wyrabiał markę w pobliskiej Valencii. Od kilku sezonów zadaje się pytanie, czy to szkoleniowiec, który nie sięgnął już sufitu albo czy nadaje się na topowe kluby. W końcu jego etapy w Arsenalu oraz Paris Saint-Germain zostały odebrane jako rozczarowania, kibice z Londynu czy Paryża niekoniecznie z sympatią wracają do szkoleniowca słynącego z pantomimy przy linii bocznej. Być może właśnie praca półkę niżej, jak w Sevilli, będzie jego przeznaczeniem. Może odegrać się jak Julen Lopetegui w tej kampanii. Albo niczym Manuel Pellegrini udowodnić, że praca na tych wysokościach spotyka się z największym uznaniem. Bo nie trzeba być idealnym, wystarczy bardzo dobrym, a kto poznał Emery'ego od strony merytorycznej, nie rzuca publicznie złych słów.
Ze strony klubu z okolic Walencji to wyraźna próba skoku jakościowego. Sygnał wysłany w świat, że bycie klubem rodzinnym, pozwalającym na odbudowę piłkarzy, kręcącym się za plecami czołówki to za mało. Potencjał sięga tego, by nawiązać do dawnych czasów Juana Romana Riquelme, Diego Forlana czy Marcosa Senny. Mimo że Villarreal to rozpoznawalna marka w Europie, to jeszcze nigdy nie sięgnął po żaden puchar w kraju. Prezydent Fernando Roig ma ambicje, by rozpychać się odważniej między większymi, a do tego niezbędne będzie doświadczenie Unaia Emery'ego. Faceta, który prowadził już Neymara czy Mesuta Özila, stereotypowego uznanych za wymagających we współpracy.
Trzy sezony. Na tyle został podpisany kontrakt i zaplanowany ten projekt, pod warunkiem że od początku Emery będzie rokował i spełniał wstępne oczekiwania. Pierwsze rozmowy z Baskiem zaczęły się w lutym, kiedy Villarreal odpadł w ćwierćfinale Copa del Rey z Mirandés. W klubie jest duża ochota na świętowanie pucharów. To były miesiące rozmów i namów. Ostatecznie niełatwo przekonać człowieka, który musi zejść schodek niżej, bo przywykł do pracy w zupełnie innych warunkach. Sam jednak zdążył się stęsknić za pracą. Pandemia tym bardziej uświadomiła mu, że należy łapać każdy moment, skoro i tak futbol wypełnia jego życie. Przez cztery lata zdążył już nabudować sobie sentymentów do rodzinnej ziemi.
Nie każdy podejdzie do tego serio, ale w Emerym rodzina Roigów dostrzegła zwycięzcę. Mogli nasłuchać się narzekań z Londynu, lecz gdyby tam odniósł całkowity sukces, to nie byłoby realnych szans na zakontraktowanie go. A tu nadal mówimy o trzykrotnym zdobywcy Ligi Europy z rzędu, mistrzu Francji czy zwycięzcy pięciu krajowych pucharów w tym kraju. To Zinedine Zidane z półki niżej – umówmy się, takie wyczyny w europejskich pucharach stanowią sztukę, cokolwiek by się o nim nie mówiło.
To przygotowany, warsztatowo doskonały fachowiec, ale nie poradził sobie poza rodzimym krajem. Może nie do końca potrafił dotrzeć do piłkarzy kulturowo i językowo, może nie przystosował się do realiów innych lig, może przerosło go funkcjonowanie w innych strukturach społecznych. Nie ma przypadku w tym, że inteligentny Hiszpan wyjechał na Wyspy Brytyjskie i dopiero doskonalił swój język. Kiedy poznał Sachę Wright na lotnisku, zupełnie nie wiedziała, kim jest. Na pierwszych spotkaniach Bask jednak regularnie używał Google Translator, aby ich relacja mogła ewoluować. Później jednak skarżyła się w bulwarówkach, że wymuszenie na nim deklaracji związku graniczyło z cudem. Przy bliskich z branży zawsze przedstawiał ją jako koleżankę.
Do kanonu przejdzie już słynne „good ebening” wypowiadane w hiszpańskim stylu przez Emery'ego na konferencjach prasowych. Fraza była parodiowana przez zawodników Kanonierów. Unai był świadomy, że społeczeństwo wyśmiewało jego angielski, który może nie do końca był winą jego zaangażowania, a bardziej pewnych trudności narzuconych przez naturę i przyzwyczajenia. Mimo wszystko – zdarzało się, że w szatni robili konkursy, kto najlepiej powtórzy jego akcent.
Futbol ma to do siebie, że najlepiej pamięta ostatni mecz. Zapomina o poprzednich dniach chwały, dlatego teraz w jego kontekście częściej mówi się o epizodach z Arsenalu, rzadziej o tym, że Edinson Cavani wspomina go jako autorytet. Wzór wiary i zaufania względem piłkarza, nauczyciela dyscypliny, perfekcjonizmu i rygoru. „Przy nikim nie czułem się tak pewny siebie jak przy Emerym. Dał mi wszystko, bym czuł się punktem odniesienia w ataku” – przyznał Urugwajczyk.
Baska charakteryzuje też mocne pragnienie sukcesu. Czasem chorobliwe, ale woli nie przespać nocy niż żyć z uczuciem pominięcia jakiegoś aspektu. Kiedy jego byli pracownicy tworzą wizję trenera idealnego, wymieniają go niemal zawsze. Bo wiedzą, że w niektórych aspektach jest mistrzem, a w kilku innych pozostało mu sporo miejsca do autorefleksji. Jeśli masz w sobie duszę robotnika, jesteś gotów ubrudzić się i pracować u podstaw, Unai Emery jest człowiekiem dla ciebie. Prawdopodobnie będziecie wtedy skazani na sukces. Jego sztab szkoleniowy jest jego odzwierciedleniem.
Na porażki na obczyźnie zawsze miał jakąś odpowiedź. W Arsenalu mnożył nazwiska kapitanów: Koscielny, Cech, Ramsey, Monreal. Żałował ich straty, bo tej drużynie przede wszystkim zabrakło osobowości. Kanonierzy obrali zły kurs, bo jego zdaniem gwiazdom brakowało właściwego nastawienia i oczekiwały więcej niż mogły zagwarantować. Uważa, że spotkał się z tam z roszczeniową postawą, a niekoniecznie braniem odpowiedzialności. Wszystko można skontrować, lecz to wersja obrona Emery'ego. W Paryżu widział jednak swój sukces i atrakcyjny futbol. Zabrakło mu przede wszystkim sukcesu w europejskich pucharach. Dlatego zostanie zapamiętany w kategoriach pomyłki.
Może nie do końca będzie to moment weryfikacji, bo zjazd windą jest wyraźny, ale Unai Emery pod mniejszą presją i w spokojniejszych warunkach może odbudować swój wizerunek. Przypomnieć, że jako taktyczny wariat i maniak tej dyscypliny może zaproponować znacznie więcej niż w ostatnich sezonach. Jednoznaczne stawianie go po stronie sukcesu bądź porażki mija się z celem. Przypadek Emery'ego idealnie odzwierciedla, że krzywdzące jest ocenianie kogokolwiek w czarno-białych ramach. Bo klasycznie: połowa składu wspomina go jako zbawcę kariery, a połowa jako doprowadzającego do senności. Nie każdy jest przygotowany na tak intensywny styl pracy. Villarreal w tym zobaczył szansę na napisanie historii.
