Hoeness, który zatrzymał Bayern. O trenerze, któremu nazwisko utrudnia karierę

Zobacz również:Piłkarz z własną podobizną na plecach. Leroy Sane — nowa ekstrawagancja Bayernu
hoenessglowneGettyImages-1273480243.jpg
Frederic Scheidemann/Getty Images

Jako piłkarz ciągle słyszał, że gra tylko dzięki ojcu. Jako trenera nie chciał go zatrudnić nawet wujek. Gdy rozpoczynał pracę z seniorami, kibice witali go protestacyjnymi plakatami. Sebastian Hoeness doszedł do Bundesligi mimo nazwiska. I właśnie przerwał niewyobrażalną serię Bayernu Monachium.

To, że klub Hoenessa po dwóch kolejkach prowadzi w lidze niemieckiej, nie jest niczym dziwnym. Ba, w ostatnich pięćdziesięciu latach to raczej częsta sytuacja. Uli Hoeness najpierw jako piłkarz, a później jako działacz, współtworzył potęgę Bayernu Monachium. Ponad sto goli strzelił też dla niego jego brat Dieter, który potem długo rządził Herthą Berlin, podczas jej poprzedniej próby podbicia galaktyki. W tym roku znów w Bundeslidze prowadzi klub Hoenessa. Ale innego. Tego, który wolałby częściej być postrzegany jako Sebastian, a rzadziej jako Hoeness. Bo 38-letniemu trenerowi Hoffenheim, który od niedzieli jest na ustach całych Niemiec, nazwisko zdecydowanie ciążyło.

KONIEC WIELKIEJ SERII

Trzydzieści dwa razy piłkarze Bayernu wbiegali na boiska od grudnia zeszłego roku. W lidze niemieckiej. W Lidze Mistrzów. W Pucharze Niemiec. W Superpucharze Europy. Nie przegrali z nikim. Wybuchała pandemia. Pomiędzy jednymi rozgrywkami a drugimi trzeba było odesłać piłkarzy na urlopy. Kontuzji doznawał Robert Lewandowski. Losowanie w turnieju finałowym wypadało wyjątkowo niekorzystnie. Nieważne. Bayern był nie do ruszenia. W bardzo specyficznym 2020 roku był niepokonany przez pełne dziewięć miesięcy. 31 z tych meczów wygrał, sięgając przy okazji po cztery trofea. Aż przyjechał na mecz z Hoffenheim i bezdyskusyjnie przegrał 1:4. Co więcej, to nie jego bramkarz był bohaterem spotkania. Więcej od Olivera Baumanna miał do roboty Manuel Neuer.

ZASŁUŻONA SENSACJA

To jasne, że taki dzień przy wielkim nagromadzeniu spotkań, niezwykle energetycznym stylu gry i wąskiej kadrze Bayernu musiał kiedyś przyjść. I że trzy dni po budapesztańskiej dogrywce z Sewillą to sprzyjający moment, by nadszedł akurat teraz. Jednak gracze Hoffenheim zrobili bardzo wiele, by monachijski dołek trafił się właśnie w starciu z nimi. Weszli na boisko perfekcyjnie przygotowani. Dokładnie wiedzieli, w których strefach atakować rywali i co robić z piłką po przechwycie. A ich trener umiejętnie zarządzał meczem. Zamiast bronić nikłego prowadzenia 2:1, wpuścił w drugiej połowie na boisko ofensywnie nastawionego Ihlasa Bebou, który przyczynił się do dwóch kolejnych trafień.

MIAŻDŻĄCE REZERWY

To zrozumiałe, że trener Hoffenheim wiedział, jak zagrać przeciwko drużynie Hansiego Flicka, by mieć szansę ją ograć. Jeszcze dwa miesiące temu mijał się przecież z trenerem Bayernu na klubowych korytarzach. Sam prowadził monachijskie rezerwy, które zaliczały podobny rok jak pierwsza drużyna. Były beniaminkiem III ligi. Ich celem było utrzymanie się na zawodowym poziomie. Nie przychodziło to łatwo, bo po jesieni zajmowali dopiero piętnaste miejsce, niebezpiecznie blisko strefy spadkowej. Ich trener mówił, że są chyba jedyną drużyną w klubie, której zwycięstwa nie są przyjmowane jako oczywistość. W rundzie rewanżowej udało mu się jednak znaleźć równowagę pomiędzy dominowaniem nad rywalami w posiadaniu piłki a obronną stabilnością. Jego młoda ekipa, raczej oddająca zawodników do pierwszej drużyny, niż korzystająca z jej odpadów, wiosną zdobyła 43 z 57 możliwych punktów i przesunęła się aż na pierwsze miejsce w tabeli. Gdyby regulamin jej na to pozwolił, awansowałaby do 2. Bundesligi. Jako pierwsza drużyna rezerw w historii niemieckiego futbolu wygrała trzecią ligę. Jej trener z miażdżącą przewagą został wybrany najlepszym w trzecioligowej stawce.

WUJEK BYŁ PRZECIW

Dwanaście miesięcy wcześniej, gdy obejmował ekipę beniaminka, kibice witali go gwizdami i plakatami z napisami „Wielkie nazwisko nie czyni wielkim trenerem”. Uli Hoeness dokładnie wiedział, że tak będzie. Dlatego od początku był przeciwko kandydaturze bratanka. Gdy w 2017 roku Hermann Gerland, słynny wychowawca młodzieży, pracujący od lat w Bayernie, namawiał go na zatrudnienie obiecującego trenera młodzieży RB Lipsk, nie chciał o tym słyszeć. Widząc determinację „Tigera”, dał się przekonać do powierzenia młodemu trenerowi drużyny do lat 19, ale gdy padł pomysł, by uczynić go następcą trenera drużyny rezerw, który właśnie – po latach starań – awansował do III ligi, znów bał się oskarżeń o nepotyzm. I słusznie. Wielokrotnie musiał się nasłuchać, że promuje krewnego, który nie ma kompetencji, ale ma odpowiednie nazwisko. 37-letni wtedy trener nie zaczynał z czystą kartą. Nie dość, że nosił nazwisko, które wiele w Monachium i w niemieckiej piłce znaczy, to jeszcze jego drużyna U-19 miała za sobą raczej przeciętny sezon. Na pewno nietłumaczący tak szybkiego awansu.

CIĄGNIĘTY ZA USZY

Jako piłkarz miał tak samo. Tyle że w tej roli nie potrafił się obronić umiejętnościami. Urodził się i wychował w Monachium, gdzie jego ojciec demolował bramki rywali Bayernu. Kupno brata było jedną z pierwszych decyzji Ulego Hoenessa w roli menedżera. Wtedy również obawiał się zarzutów o nepotyzm, ale pozyskał jednego z najlepszych snajperów Bundesligi. Jego syn chłonął futbol i kibicował monachijczykom, ale nigdy dla nich nie zagrał. Jako nastolatek trafił do akademii VfB Stuttgart, lecz został przez nią wypluty. Akurat jako zawodnika raczej ciągną go za sobą ojciec, który od 1990 roku był menedżerem Stuttgartu, a w połowie tamtej dekady przeniósł się do Berlina. To w rezerwach Herthy większość piłkarskiej kariery spędził jego syn, który nigdy nie zdołał jednak wyściubić nosa powyżej trzeciej ligi.

SZPIEDZY RANGNICKA

Dziesięcioletni pobyt w Hercie przerwał tylko na moment, by sprawdzić się w rosnącym wtedy III-ligowcu z Hoffenheim. Trener Ralf Rangnick wystawił go trzy razy, ale nie mógł być zadowolony z tego, co zobaczył. Awans do 2. Bundesligi wywalczyli inni, jednak o młodym Hoenessie nie zapomniał, bo spasował mu jako inteligentny człowiek. Kiedy jako 28-latek porzucił marzenia o karierze piłkarskiej, Rangnick wciąż o nim pamiętał. Gdy kompletował ekipę kompetentnych ludzi do pracy w RB Lipsk, wysłał do stolicy tajniaków. Mieli oglądać treningi i mecze juniorów Herthy Zehlendorf, prowadzonej przez jego byłego piłkarza i donieść mu, czy Sebastian Hoeness do czegoś się nadaje. Jako że szpiedzy przynieśli dobre wieści, w 2013 roku młody trener wkroczył na ścieżkę do nowej kariery. Wreszcie z dala od macek ojca.

ROK INSPIRACJI

Nie od razu, gdy młody Hoeness uświadomił sobie, że nie będzie piłkarzem, było dla niego jasne, że zostanie trenerem. W Lipsku pracował początkowo jako skaut. W trakcie roku, który dzieliło opuszczenie rezerw Herthy i pierwsze prowadzenie juniorów, jeździł na staże. Był u Huuba Stevensa, Thomasa Tuchela, czy Pepa Guardioli, z którym spędził godzinę na żywiołowej rozmowie o futbolu. Dopiero po tych wyjazdach stwierdził, że to zajęcie dla niego. W młodzieżowych drużynach Lipska przez cztery lata pobierał lekcje wysokiego pressingu, gry bez piłki i błyskawicznego przechodzenia z obrony do ataku. Trzy lata w Bayernie posłużyły mu do doszlifowania umiejętności dominowania nad rywalami i prowadzenia gry kombinacyjnej. To dlatego jego III-ligowa drużyna tak przypominała Bayern Flicka, łącząc pressing z cierpliwym wymienianiem piłki. To dlatego tak spodobał się w Hoffenheim. Przecież Julian Nagelsmann podczas najlepszych dla tego klubu czasów, też potrafił świetnie łączyć obie te szkoły futbolu.

INNY NIŻ KREWNI

W trakcie czternastu lat, które minęły od czasu, gdy Sebastian Hoeness był w Hoffenheim jako piłkarz, ten mały klub wyrósł w niemieckiej piłce na jedną ze stolic innowacji. To tam stawia się na bardzo nowoczesne technologie, zaprzęga do pracy na rzecz piłkarzy sztaby naukowców, analityków i informatyków oraz stawia się na bardzo młodych, ambitnych ludzi. Hoeness idealnie spasował do profilu. Bo z ojcem i wujkiem łączy go jedynie nazwisko. Podczas gdy Dieter i Uli słynęli z tego, że potrafią w mediach wywołać kłótnię na każdy temat, 38-letni trener jest zwykle charakteryzowany jako spokojny, rzeczowy, twardo stąpający po ziemi.

POSTRACH BAYERNU

Te cechy pewnie mu się teraz przydadzą. Ledwie rok po tym, jak rozpoczął pracę z seniorami, jest liderem Bundesligi. Hoffenheim pierwszy raz od dziesięciu sezonów zaczęło rozgrywki od dwóch zwycięstw. A przecież miało w tym czasie kilka spektakularnych lat. Klub z Badenii-Wirtembergii wyrósł na główny postrach Bayernu w Niemczech. Od 2017 roku Bawarczycy przegrywali z nimi w lidze aż czterokrotnie. Długo Hoffenheim pozostawało jedyną drużyną, która potrafiła strzelić Bayernowi Flicka trzy gole. Od niedzieli jest jedyną, która potrafiła mu strzelić cztery.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi.