Inteligencja sztuczna i żywa. Jak Wisła reaguje na nieudany początek wiosny

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Patryk Plewka
Jakub Ziemianin/400mm

Od tego tygodnia Biała Gwiazda ma do dyspozycji barometr frekwencyjny, który potrafi oszacować, ile osób pojawi się na najbliższym meczu. Gdyby miała też zwykły barometr, mierzący ciśnienie, już na początku rundy wskazanie byłoby bardzo wysokie. Bo w klubie zdają sobie sprawę, że strona sportowa jest dziś tym, co najbardziej szwankuje. Najbliższe dwa mecze mogą się dla krakowian okazać kluczowe.

Wszystko zaczęło się od windy jednego z krakowskich budynków. Choć teoretycznie wydaje się, że to nie jest bardzo skomplikowane urządzenie — porusza się w jednym pionie, zatrzymując się tam, gdzie zostaje przywołana — okazuje się, że można uczynić je przyjaźniejszym człowiekowi. Tak, by w godzinach, w których jeden pracownik za drugim przychodzi do pracy, jak najszybciej wracała na dół po kolejnych, ale by poczekała na górze na takiego, który w sobotę po południu wszedł do pustego budynku po zostawione dzień wcześniej okulary. I by sama wiedziała, jakie zwyczaje mają pracownicy w soboty, a jakie we wtorki. Pierwszy uczący się algorytm firma Aveva napisała dla usprawnienia windy. Teraz sponsor krakowskiej Wisły próbuje przenieść wieloletnie doświadczenia, wyniesione choćby z usprawniania sieci wodociągowej, do świata sportu. Najpierw ma pomóc klubowi w szacowaniu frekwencji na kolejne mecze, w przyszłości spróbuje podpowiadać trenerowi jak reagować w trakcie meczu.

Stefan Życzkowski, współwłaściciel firmy, podkreślał podczas prezentacji narzędzia nazwanego barometrem frekwencji, że podobnego nie ma żaden klub na świecie. - Największe nie potrzebują, bo i tak sprzedają 100 procent biletów. Ale Wiśle się przyda — mówił. Kluby potrzebują z wyprzedzeniem oszacować liczbę kibiców, bo to od niej zależy choćby liczba pracujących przy meczu ochroniarzy. - Będzie można też wiedzieć, ile potrzeba zamówić piwa i kiełbasek — uśmiecha się Życzkowski. Jednak narzędzie może mieć też bardzo konkretne zastosowanie i przynieść wymierne korzyści. Barometr potrafi oszacować, jak zmieniłaby się frekwencja na meczu w zależności od tego, czy jest rozgrywany w sobotę, czy w poniedziałek. Wisła już otrzymała prośbę, by kwietniowe spotkanie z Wisłą Płock odbyło się w pierwszy dzień tygodnia ze względu na planowany dzień wcześniej Maraton Krakowski. Narzędzie da klubowi wymierne narzędzie do oszacowania straty, z jaką z tego tytułu trzeba będzie się liczyć. Bo w poniedziałek na taki mecz przyszłoby aż o dwa tysiące osób mniej niż w sobotę.

Barometr frekwencji bierze pod uwagę dane z ostatnich dziesięciu lat. Uwzględnia historyczny ranking rywala, który ma się pojawić w Krakowie, porę roku, ostatni wynik Wisły, porę rozgrywania meczu i dzień tygodnia. Nie bierze pod uwagę cen biletów, bo zdaniem Życzkowskiego dzięki zróżnicowaniu cen w zależności od sektora mają one niewielki wpływ na frekwencję. A Dawid Błaszczykowski, prezes Wisły, zaznacza, że klub zamierza potraktować nową funkcjonalność przede wszystkim jako sposób zmotywowania kibiców. By próbowali rywalizować z algorytmem i sprawiać, że będzie się mylił. Oczywiście niedoszacowując liczby fanów chcących obejrzeć Białą Gwiazdę. Na najbliższy mecz ze Stalą Mielec barometr przewiduje 12214 sprzedanych biletów.

WSPARCIE DLA TRENERA

To nie jest jednak jedyna płaszczyzna, na której Wisła chce skorzystać z technologicznych zasobów sponsora. - Drugi projekt jest stricte sportowy i ma spowodować, że sztuczna inteligencja podpowiada trenerowi w trakcie gry. Poprzez dane fizyczne i statystyczne, które posiadamy, może pokazać trenerowi, że dany zawodnik jest w 65. minucie na 90% zmęczenia, Y na 70%, a któryś na 99% i on już nie będzie w stanie dać więcej — mówi Błaszczykowski. Taka ingerencja sztucznej inteligencji w boiskowe wydarzenia na razie wciąż jest jednak w sferze planów i marzeń. - Dopiero wybieramy się do bazy treningowej, by oglądać dane. To bardzo trudny, innowacyjny projekt, ale mamy zasoby, by go wykonać — podkreśla Życzkowski. Start jednego przedsięwzięcia technologicznego uruchamia więc w Wiśle prace nad kolejnym.

blaszczykowski.jpg
BARTEK ZIOLKOWSKI / 400mm.pl

KONIECZNA POPRAWA

Szacując frekwencję na sobotni mecz ze Stalą, sztuczna inteligencja musiała uwzględnić niekorzystny wynik Wisły w ostatnim meczu. Inauguracja wiosny w wykonaniu krakowian wypadła bardzo mizernie. O ile sama porażka w Częstochowie (0:2) nikogo nie zaskoczyła, o tyle apatyczny sposób, w jaki została poniesiona, już na dzień dobry zaniepokoił wiele osób w Krakowie. Z pytaniami, jak wyjść z dołka, musi się na razie mierzyć żywa inteligencja, czyli ludzie zarządzający Wisłą. W głównej mierze Dawid Błaszczykowski oraz wiceprezes Maciej Bałaziński. - Absolutnie nie jesteśmy zadowoleni z tego meczu i mamy pełną świadomość, w jakiej jesteśmy sytuacji. Trzeba jednak brać pod uwagę przeciwnika, z którym graliśmy. Raków walczy o mistrza i niektórzy typują nawet, że mu się uda. Nie był to nasz dobry mecz, wiele musimy poprawić, ale graliśmy z naprawdę trudnym przeciwnikiem — podkreśla.

W Wiśle, patrząc na wiosenny terminarz, mają poczucie, że poprawa musi nastąpić błyskawicznie. - Powinniśmy zdobyć punkty w najbliższych meczach ze Stalą Mielec i Górnikiem Łęczna, bo potem wpadamy w naprawdę trudny kalendarz. Czekają nas wyjazdy do Warszawy i Gdańska, przedzielone meczem pucharowym w Grudziądzu. Potem przyjeżdża do nas Lech Poznań, czyli obecny lider, a przed przerwą na kadrę pojedziemy jeszcze do Szczecina. To bardzo trudne kolejki. Dlatego dwa mecze u siebie z drużynami, z którymi możemy powalczyć o punkty, nabierają dużego znaczenia – zaznacza prezes.

GULA JESZCZE SPOKOJNY

Mimo to nie można jednak powiedzieć, że już teraz trener Adrian Gula gra o przyszłość. Ekipa zarządzająca Wisłą podkreśla, że po licznych zmianach z poprzednich lat zależy jej, by w końcu wprowadzić stabilizację na stanowisku trenera. - Po Macieju Stolarczyku, który miał ekstremalnie trudne warunki do pracy, przyszedł trener Skowronek, który miał fantastyczny okres, ale przeżywał też trudne chwile i wydawało nam się, że nie wydobywa z drużyny tego, czego byśmy oczekiwali. Choć jakość jego zespołu była chyba niższa niż obecnie. Później postawiliśmy na trenera Hyballę, co stanowiło pewną drogę na skróty — wspomina Bałaziński. - Oczekiwaliśmy, że wyciągnie z drużyny więcej, niż się dało. To była decyzja podejmowana pod presją czasu. Mieliśmy przed sobą bardzo ciężkie mecze z Cracovią, Legią i Lechem. Nie było możliwości przeprowadzenia kilkutygodniowego rozeznania. Historia trenera Hyballi pokazywała, że w niektórych miejscach dobrze się pokazał. Merytoryczne opinie o nim jako fachowcu też wypadły dobrze. To legło u podstaw jego zatrudnienia. Miało też znaczenie to, że był osobą energiczną, która nie bała się wejść do drużyny, zmienić stylu. Ale ta decyzja nie wyszła tak, jak byśmy chcieli. I w lecie znów stanęliśmy przed zadaniem znalezienia trenera, który mógłby to ustabilizować. Powierzyliśmy drużynę Guli, bo wydaje nam się, że jego historia pokazuje, że zna się na rzeczy. Zdania nie zmieniamy – twierdzi wiceprezes.

Wisła Kraków
Grzegorz Radtke/400mm

BEZPIECZEŃSTWO ZA ASCHRAFA

Szefowie Wisły zdają sobie sprawę, że trzy lata po spektakularnej akcji ratunkowej to strona sportowa najbardziej kuleje w klubie. - Z tym jest dziś największy problem – nie ukrywa Błaszczykowski. - Bardzo staraliśmy się ustabilizować sytuację klubu, finanse, akademię. We wszystkich innych dziedzinach udało się to łatwiej. W sporcie jednak stabilizacji nie ma, bo nasza obecna pozycja w tabeli nie jest miejscem, w którym chcielibyśmy osiąść — zgadza się Bałaziński. Transfery przeprowadzone tej zimy też pomogły wzmocnić klub finansowo, ale jest ryzyko, że sportowo osłabiły drużynę. - Po transferze Aschrafa El Mahdiouiego nie jest tak, że wszystko jest już super i możemy robić, co chcemy. Długi ciągle są spłacane, ale te pieniądze ułatwią nam funkcjonowanie. Dają nam poczucie bezpieczeństwa — podkreśla Błaszczykowski, który poinformował, że w styczniu została już choćby zapłacona ostatnia rata dla Tele-Foniki za sprzedaż akcji spółki do TS Wisła. Klub stara się inwestować w rozwój. Na wiosnę ma zostać otwarty nowy sklep, a za następcę Holendra, Enisa Fazlagicia, wydano największe pieniądze od blisko dziesięciu lat. Z Macedończykiem wiążą w Krakowie duże nadzieje.

CZEKANIE NA URYGĘ

- Wiedzieliśmy, że pewną część pieniędzy chcemy przeznaczyć na młodego, ciekawego, piłkarsko ułożonego zawodnika. Jest młody, ma jeszcze potencjał transferowy, ale chcemy przede wszystkim, żeby dał drużynie jakość, o której wiemy, że ją posiada. Wiele dużych klubów się o niego biło. Chciała go Sparta Praga, ale nie pasowało mu, że początkowo miałby z niej być wypożyczony. Chciał od razu iść do klubu, w którym będzie miał możliwość rozwoju. Byliśmy konkretni i przedstawiliśmy mu plan, jaki mu odpowiadał. Miejmy tylko nadzieję, że będzie prezentował poziom, jaki potrafi – opowiada Błaszczykowski. Fazlagić po raz pierwszy pokaże się kibicom Wisły w najbliższą sobotę, bo już w miniony weekend grał w podstawowym składzie. Nie wiadomo natomiast, czy będzie możliwy debiut Hiszpana Luisa Fernandeza, którego certyfikatu nie wydał jeszcze jego poprzedni klub. Wisła poprosiła o interwencję FIFA. - Zwykle takie sprawy trwają kilka dni, więc liczymy, że zdąży przed sobotą — mówi Bałaziński. Pewności nie ma, ale może uda się wpisać Hiszpana choćby do kadry meczowej. Jego obecność w absolutnie bezzębnej ofensywie jest bowiem mocno wyczekiwana. Podobnie jak w defensywie Alana Urygi, który miał być liderem obrony, a wciąż leczy kontuzję. - Najważniejsze, że przestał odczuwać ból i stopniowo realizuje kolejne punkty rehabilitacji — mówi prezes. Stoper na razie nie trenuje jednak jeszcze z piłką i ma coraz mniej czasu, by jeszcze realnie pomóc zespołowi.

FORBES NA WALIZKACH

Na razie trzeba się jednak skupiać na tych, którzy są. Choćby na Sebastianie Ringu (w klubie twierdzą, że plotki o tym, że chce rozwiązać kontrakt, to wierutne bzdury), który miał spore szanse, by zagrać w podstawowym składzie już w Częstochowie. Na razie wszedł tylko z ławki, ale bardzo możliwe, że na weekend wskoczy do podstawowej jedenastki. Okazji do pożegnania się z kibicami Wisły nie dostanie natomiast raczej Felicio Brown Forbes, który drugi raz z rzędu w oknie transferowym siedzi na walizkach. Klub ustalił już warunki jego transferu do Chin, sam zawodnik też jest dogadany i jeśli tym razem uda się przeprowadzić wszystkie formalności, Kostarykanin będzie kolejnym zawodnikiem, który tej zimy opuści Wisłę. On akurat nie przyniesie jednak za sobą deszczu pieniędzy, bo kwota, jaką krakowianie mają za niego dostać, nie będzie znacząca dla budżetu. Wyrwy sportowej też nie powinien jednak po sobie zostawić, bo Forbes rozgrywał bardzo słaby sezon. Problem w tym, że o niepokojąco wielu zawodnikach Wisły można powiedzieć to samo. Gdyby w Wiśle zawiesić nie barometr frekwencyjny, lecz zwykły, staromodny, mierzący ciśnienie, już na początku wiosny wskazanie byłoby bardzo wysokie.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi.
Komentarze 0