Jerzy Brzęczek: Analizy były gotowe. Na Euro zrobilibyśmy dobry wynik (WYWIAD)

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Wisła Kraków
Krzysztof Porębski/Pressfocus

- Za mojej kadencji były wyniki, ale wtedy zawsze wracano do stylu. Twierdzono później, że za selekcjonera Sousy był styl. Ale jeśli jest styl, w którymś momencie trzeba dzięki niemu wygrywać - mówi były trener reprezentacji Polski, który dziś kadrowe doświadczenia przekłada na walkę o utrzymanie Wisły Kraków w Ekstraklasie.

Tuż po awansie na mundial Czesław Michniewicz stwierdził, nawiązując do pana, że to, iż trener awansował na turniej, jeszcze nie znaczy, że weźmie w nim udział. Udało się już panu w jakiś sposób pogodzić, że pewnie na długo pozostanie pan w Polsce jedynym przykładem trenera, któremu się to zdarzyło?

Jerzy BRZĘCZEK: - Jasne, że byłem rozczarowany i ciągle w jakiś sposób jestem. Wiem, że mielibyśmy przed mistrzostwami dwa tygodnie przygotowań. Mieliśmy już przygotowane różne analizy, co można by wtedy zrobić. Myślę, że zrobilibyśmy na Euro dobry wynik. Nastąpiła jednak zmiana, po której zdobyliśmy tylko jeden punkt. Po awansie mówiono, że mieliśmy słabą grupę eliminacyjną. Tymczasem Austriacy wyszli z grupy na Euro i odpadli dopiero po dogrywce z przyszłymi mistrzami Europy. Macedonia Północna też ostatecznie pojechała na mistrzostwa. Proszę zwrócić uwagę, że ze wszystkich grup eliminacyjnych, tylko z dwóch pojechały turniej finałowy więcej niż dwie drużyny. Nasza była wśród nich. Pozostaje mi więc jedynie satysfakcja, że wszystkie cele wynikowe zrealizowaliśmy i wprowadziliśmy do reprezentacji wielu młodych zawodników, którzy będą w niej odgrywać coraz bardziej znaczącą rolę.

A satysfakcję, z tego, jak potoczyła się w Polsce historia Paulo Sousy, też pan odczuwa?

Tu nie chodzi o Sousę, Brzęczka, Michniewicza, lecz o polską piłkę. To zawsze ona w ostateczności wygrywa albo przegrywa. Pamiętam, jakie były początkowo zachwyty nad trenerem Sousą. To nie oznacza, że jest złym trenerem. Na pewno jest fachowcem i kadra pod jego wodzą też rozegrała dobre spotkania. Każdy selekcjoner je ma, podobnie jak słabe. Na końcu zawsze liczy się jednak wynik. Za mojej kadencji były wyniki, ale wtedy zawsze wracano do stylu. Twierdzono później, że za selekcjonera Sousy był styl. Ale jeśli jest styl, trzeba w którymś momencie dzięki niemu wygrywać mecze. Jeśli natomiast nie mam stylu i jestem słaby, to nie ma możliwości wygrać 50% spotkań. Na poziomie międzynarodowym bez stylu możesz wygrać 3-4 mecze, ale nie 50%. Tak to funkcjonuje. Z drugiej strony, pecha możesz mieć w jednym czy drugim meczu, ale w końcu styl musi się przełożyć na wyniki. Jeżeli ktoś na początku wpada w zachwyty, a po roku czuje się "oszukany", to albo na początku pomylił się w ocenie, albo nie był obiektywny.

Pana praca w kadrze już pewnie na zawsze pozostanie niedokończonym etapem, ale ma pan poczucie, że wrócił po niej jako lepszy trener?

- Oczywiście. Oprócz tego, że było to największym zaszczytem, musiałem też jako selekcjoner zmierzyć się z wieloma rzeczami, których nie było nigdy wcześniej. Pierwsze edycje Ligi Narodów. Eliminacje rozgrywane w ciągu ośmiu miesięcy, bez meczów towarzyskich. Pandemia, która sprawia, że przez dziesięć miesięcy nie rozgrywano żadnego meczu. Przełożenie mistrzostw Europy, które skutkowało tym, że nie miałem przyjemności prowadzić reprezentacji na turnieju. To niesamowite przeżycia. Bardzo emocjonalne i intensywne. Do tego dochodzi praca z zawodnikami z najlepszych klubów, trenującymi na co dzień u wybitnych trenerów. A przy tym rywalizowaliśmy z najlepszymi drużynami w Europie. Cztery razy graliśmy z Włochami, czyli obecnymi mistrzami Europy. Dwa razy z Portugalią, czyli ówczesnymi mistrzami Europy i jeszcze dwukrotnie z Holandią. Na 24 mecze, osiem było więc starciami ze ścisłą czołówką kontynentu i to w meczach o stawkę. To jasna kwestia, że człowiek się przy tym rozwija. W bezpośrednich pojedynkach patrzy, jak reagują sztaby i trenerzy rywali. To daje wiele nowych doświadczeń i pomysłów, biorąc pod uwagę, jak piłka się zmienia. To dla mnie wspaniała historia.

Nie wyobrażał pan sobie po reprezentacji jakiejś trochę spokojniejszej posady: z przepracowanym okresem przygotowawczym, większym wpływem na transfery, mniejszym ryzykiem spadku?

- Nie ma w tym zawodzie łatwej pracy. Każdy klub ma specyficzne okoliczności i momenty, które powodują stres. To trzeba przeżyć. Wisła to wielki klub i olbrzymie wyzwanie, więc przyjąłem jej propozycję z pełną odpowiedzialnością. Czekają nas jeszcze spotkania, w których dużo się będzie działo. Jedyne, czego nie można przewidzieć to kontuzje. Mam nadzieję, że w tej kwestii limit pecha już wyczerpaliśmy i w następnych spotkaniach nie będziemy mieć już aż tak wielu problemów personalnych.

Wisła Kraków
Krzysztof Porębski/Pressfocus

Rozumiem w takim razie, że czasem, rozważając jakąś propozycję, trzeba przestać analizować za oraz przeciw i po prostu podjąć wyzwanie? Dać się ponieść emocjom?

- To część tego zawodu. Futbol to emocje. Czasem pozytywne, czasem negatywne. Każdy trener, zawodnik i kibic co tydzień przeżywa wzloty i upadki. Funkcjonuje od meczu do meczu. Po zwycięstwie jest euforia, po porażce inne nastawienie. Dodatkowo nasza mentalność sprawia, że dość często odbijamy się od bandy. Albo wszystko jest cudownie, albo do kitu. Brakuje nam rozsądnej i merytorycznej oceny sytuacji, poziomu, możliwości. Ale trzeba jednocześnie mieć na uwadze, że w piłce oprócz wszystkich w miarę merytorycznych i realnych ocen trzeba mieć w odpowiednim momencie też trochę szczęścia, które ma wpływ na to, czy dana drużyna odnosi sukcesy, czy nie.

Powiedzmy jednak szczerze: wziął pan tę pracę po znajomości? Gdyby nie powiązania rodzinne, pewnie nie zdecydowałby się pan na objęcie tak zagrożonego klubu już w trakcie rundy.

- Każdy wie, jakie są moje osobiste powiązania z Wisłą i to faktycznie sprawiło, że oferta z tego klubu była trochę inna, jeśli chodzi o ocenę sytuacji i podejmowanie decyzji. Po tym, jak zostałem zwolniony z reprezentacji, do lata 2021 nie chciałem rozpoczynać żadnej nowej pracy. Potem miałem inne propozycje, ale czekałem z decyzją o powrocie na ławkę. Na Wisłę zdecydowałem się w pełni świadomie.

Wchodził pan do zespołu, o którym dość klarownie mówiono, że ma problem mentalny i brakuje mu liderów. Jak ocenia pan sytuację pod tym względem po sześciu tygodniach pracy?

Od pierwszych dni powtarzam, że najbardziej pozytywna sprawa to zaangażowanie i chęć pracy tej grupy. To podstawa, by tworzyć pozytywny klimat. Zawsze można dyskutować na temat osobowości, ale nie czas na to i miejsce, bo pewnych rzeczy już nie jesteśmy w stanie odwrócić. Wierzę w umiejętności tych zawodników i ich charaktery. Po sześciu tygodniach mniej więcej jestem już w stanie określić, w jaki sposób dotrzeć do zawodników, by im pomóc. Musimy bodźcować ich tak, by dać im pewność siebie i wykrzesać umiejętności, które mają.

No, właśnie, to powtarza się od miesięcy. A może ta grupa piłkarsko wcale nie jest tak dobra?

Jeśli można tak powiedzieć w sporcie zespołowym: umiejętności indywidualne, jakość tej drużyny, są wyższe niż miejsce, w którym się znajdujemy. To bez dwóch zdań. Jestem o tym przekonany. Potem jednak jest boisko, a na nim obecne realia, presja, sytuacja, w której jesteśmy, walka o życie. To sprawia, że nie zawsze jesteśmy w stanie realizować to, co zakładamy. Na przykład w Szczecinie pozwoliliśmy Pogoni dokładnie na to, przed czym przestrzegaliśmy. A to zespół, który świetnie kreuje, ma umiejętności indywidualne w grze jeden na jeden, zasłużenie jest liderem i głównym kandydatem do mistrzostwa. Zabrakło nam tam pewnych elementów, które mieliśmy choćby w meczu z Lechem. Musimy z takich rzeczy wyciągać wnioski przed decydującym etapem sezonu.

Jak bardzo utrudnia pracę fakt, że ten zespół praktycznie nie ma kręgosłupa? Liderzy z poprzednich lat odeszli, obecna ekipa to ludzie, którzy dopiero się tu poprawili.

Wszyscy związani z wiślacką rodziną muszą mieć świadomość, że wspomnienia to najpiękniejsza rzecz, ale nie można nimi żyć. Nie tylko w sporcie, ale i w życiu osobistym oraz zawodowym to niebezpieczne. Po to robimy różne rzeczy, by później mieć z nich wspomnienia. Jednak teraźniejszość musi być pracą nad przyszłymi wspomnieniami. Tak, nie ma tu Błaszczykowskiego, nie ma Wasilewskiego, Brożka, Boguskiego, Sobolewskiego na boisku. Ale to goście, którzy zdobywali tu mistrzostwa Polski. My jesteśmy trzecią drużyną od końca. I na to trzeba patrzeć i myśleć, by nie zakończyć sezonu w tym miejscu. Myślenie o tym, co by zrobili tamci zawodnicy, nie ma sensu. Z tego, co jest tu i teraz musimy wyciągnąć to, co najlepsze, by utrzymać się w Ekstraklasie. Musimy pracować, by z tego okresu za kilkanaście lat również były piękne wspomnienia.

Na razie musicie jednak pracować nad punktami. Czy walka o utrzymanie to faktycznie zupełnie inna dyscyplina pracy trenerskiej?

Kto tego nie przeżył, nie zdaje sobie sprawy, że na górze gra się zupełnie inaczej niż na dole. Oczywiście, wiele zależy od tego, jakich masz zawodników pod względem umiejętności, charakterów, odporności psychicznej. Trener w takiej sytuacji musi zdecydować, jakie wysyłać bodźce. Trudność polega na tym, że pozostaje mało czasu. Każdy błąd, niedobranie odpowiednich środków do danej grupy, kończy się katastrofą. To niebezpieczeństwo, które czeka w takich sytuacjach. Do tego dochodzą bieżące ciosy. Na Legii straciliśmy bramkę w 95. minucie. Uznano ją. Z Lechem zdobyliśmy podobną na 2:0. Nie uznano jej. Straciliśmy wyrównującą w 96. minucie. To są trzy punkty, które zupełnie zmieniałyby sytuację. Ich brak sprawił, że drużyna będąca pod presją, miała poczucie niesprawiedliwości, co znów wymagało podnoszenia jej mentalnie. To wszystko ma wpływ na pewność siebie zawodników. Niezmiennie myślę jednak, że mamy jakość, która pozwoli zdobyć punkty potrzebne do utrzymania w Ekstraklasie.

Wisła Kraków
Krzysztof Porębski/Pressfocus

Pana pierwsze tygodnie w Krakowie były pracą wyłącznie nad szukaniem drobnych pozytywów, punktów zaczepienia, na których można by oprzeć zespół?

Z reguły jestem osobą szukającą przede wszystkim pozytywnych stron różnych sytuacji, co nie oznacza, że po drodze nie mieliśmy mniej przyjemnych odpraw. Niewykluczone, że jeszcze będziemy takie mieć. Szatnia piłkarska to wulkan, w którym w każdej chwili może dojść do pełnej erupcji. Trzeba być zawsze czujnym. To również ważne, bo tego typu momenty budują tożsamość drużyny. Czasem to, że ktoś skoczy sobie do gardła, albo coś komuś powie, są potrzebne, by wzbudzić dodatkowe emocje, uzmysłowić wszystkim, że to nie kółko wzajemnej adoracji, w którym szuka się pozytywnego patrzenia. W piłce liczą się liczby i fakty. A fakty są takie, że jesteśmy w strefie spadkowej, tyle bramek zdobyliśmy, a tyle straciliśmy. W którymś momencie trzeba w końcu wziąć za to odpowiedzialność.

Takie dołowanie się może jednak wcale nie pomagać.

Każdemu, gdy będzie ciągle krytykowany, siłą rzeczy spada zdolność do podejmowania ryzyka. A jeśli dodatkowo nie ma się doświadczenia obecności w takich sytuacjach, wygląda to jeszcze gorzej. Dlatego zdecydowanie budowaliśmy na pozytywach, na tym, co wykonaliśmy w codziennej pracy na treningach i wielokrotnie realizowaliśmy w czasie spotkań ligowych. Na tych doświadczeniach wzajemnie budujemy wiarę, że pozostaniemy w Ekstraklasie.

W kwestiach piłkarskich walka o utrzymanie wymaga zdecydowanego uproszczenia gry?

- Wbrew temu, co się mówi o drużynach będących w takich sytuacjach, nie nastawiamy się tylko na stałe fragmenty gry, choć one są często w piłce bardzo ważne i mają często duży wpływ na wynik spotkania, otwarcie rywalizacji, gdy mecz jest na styku i nie ma sytuacji. Rzut rożny, wolny czy karny mogą zmienić obraz gry. Tak było choćby w meczu Polski ze Szwecją. W pierwszej połowie nam nie szło, wejście Grzesia Krychowiaka i jego cwaniactwo dało rzut karny, drugą bramkę zdobył Piotr Zieliński, którego ciągle się krytykuje i mecz wyglądał zupełnie inaczej. Stałe fragmenty to jeden z najważniejszych elementów w piłce, ale nie budujemy taktyki tylko z myślą o przetrwaniu, bronieniu się, faulowaniu. To nie moja filozofia, nie moje podejście do piłki.

A czy w takich warunkach da się w ogóle wprowadzać swoją filozofię? W poprzednich miejscach sprawiał pan raczej wrażenie trenera, który dopasowuje styl do grupy, którą zastał. Czasem dawało to ciekawy, ofensywny styl, czasem bardziej pragmatyczny.

Jerzy Brzęczek uruchamia 20-minutową kompilację, na której widać, jak jego zespoły od GKS-u Katowice przez Lechię Gdańsk i Wisłę Płock przez reprezentację Polski, przeprowadzają akcje według podobnych schematów.

Widać, że powtarza się w tych fragmentach przeprowadzanie dynamicznych ofensywnych kombinacji, pressing i bazowanie na szybkich zawodnikach, którzy potrafią wygrywać pojedynki na bokach. Czy tego typu elementy da się wypracować, także walcząc o przetrwanie?

- Oczywiście, że pracujemy nad podstawowymi kwestiami, które są dla nas ważne, biorąc pod uwagę charakterystykę konkretnego piłkarza, jego predyspozycje, szukając korekt i niuansów specyficznych dla danego zespołu. Zawodnicy bez szybkości mają dziś w piłce ciężko, bo najważniejsze w futbolu są momenty przejściowe. Gra po odzyskaniu piłki wymaga szybkości biegania i szybkości decyzji. Tylko tak można wykorzystać brak właściwego ustawienia przeciwnika, wolne strefy, w których można go zaskoczyć, gdy jest niezorganizowany. Kiedy rywal ustawi się już w niskim pressingu, gra się trudniej, trzeba mieć cierpliwość, kreatywność, wypracować schematy i wykorzystać umiejętności zawodników, którzy zrobią coś, by zaskoczyć przeciwnika. Podstawowa kwestia to zawsze zorganizowanie w defensywie, nietracenie bramek, bo futbol nie polega na tym, że kreujesz, ale tracisz cztery-pięć goli w meczu. W każdym miejscu i w każdej sytuacji priorytetem jest jednak dla mnie, by moja drużyna kreowała sytuacje. Walcząc o utrzymanie, nie możemy więc zapomnieć, że w tym sporcie chodzi o granie w piłkę.

Rozmawiał Michał Trela.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi.
Komentarze 0