Jak wie każdy prawdziwy kibic, nic w futbolu nie jest bardziej emocjonujące od walki o utrzymanie. Są kluby, które od lat regularnie w niej uczestniczą, zawsze w ostatniej chwili uciekając spod topora. Ale do górnych rejonów tabeli zaglądają bardzo rzadko.
Walka o mistrzostwo czy awans do pucharów jest fajna. Ale nic w futbolu nie wywołuje większych emocji niż sytuacja, w której ulubiony klub gra o utrzymanie. Włączają się wtedy w kibicach i piłkarzach instynkty porównywalne do walki o przetrwanie. Jeśli udaje się urwać ze stryczka, ładunek emocjonalny wkładany we wspólne skandowanie „nigdy nie spadnie!”, jest nawet silniejszy niż podczas fetowania mistrzostwa kraju. Są w Europie kluby, które podobne emocje przeżywały w ostatniej dekadzie rok w rok. Bo choć ciągle trwają w najwyższych ligach, górne rejony tabeli oglądają zazwyczaj tylko z dystansu.
W czołowych pięciu europejskich ligach było aż trzydzieści osiem klubów, które całą minioną dekadę spędziły w najwyższej klasie rozgrywkowej. Większość z nich stanowili oczywiście lokalni potentaci – Manchestery, Barcelony, Reale, Juventusy, Bayerny i Paryże tego świata. Gdzieś wśród nich przetrwali jednak ci, którzy zawsze okazywali się zbyt silni, by spaść z ligi, lecz zwykle zbyt słabi, by namieszać w czołówce. A nawet jeśli się w niej pojawiali, to tylko na chwilę, by rok później znów wrócić w dolne rejony tabeli. Przedstawiamy dziesięć klubów, które na świętowanie sukcesów raczej nie mogą liczyć. Za to świętują uniknięcie katastrof.
Klub z bogatymi tradycjami i wielkimi ambicjami, które zwykle pozostają jednak niespełnione. W latach 2013-2015 trzy razy z rzędu finiszował w Serie A na czwartym miejscu, co było najlepszym wynikiem w tym okresie. Znacznie częściej lądował jednak poza strefą pucharową. Na trzynastym, a w 2019 roku nawet na szesnastym miejscu. Klub z Florencji raczej nie musi drżeć o utrzymanie, jednak jest tylko średniakiem ligi włoskiej. Obecny sezon, rozpoczynający nową dekadę, raczej nie zapowiada gwałtownej zmiany, bo „Viola” jest na razie w dolnej połowie tabeli.
Jedenaście lat temu, gdy prowadził ich Laurent Blanc, świętowali nawet mistrzostwo Francji. Ten klub o olbrzymiej marce w ostatnich dziesięciu latach notorycznie jednak zawodził. Jego najlepszy wynik to piąte miejsce z 2012 roku. Ostatnio kończył Ligue 1 na czternastym i dwunastym miejscu.
Przez lata klub z Liverpoolu był „pierwszym wśród równych”, czyli tym, który nie miał podjazdu do drużyn rozdających karty w Premier League, ale za to lepszym od średniaków i słabeuszy tej ligi. W ostatniej dekadzie nawet to zostało jednak zachwiane. Po piątym miejscu z 2014 roku już nigdy nie udało się skończyć ligi tak wysoko. W tym czasie aż trzy razy „The Tofees” kończyli rozgrywki w drugiej dziesiątce. Najgorzej poszło im w zeszłym roku, który ukończyli na dwunastym miejscu. Ani razu widmo degradacji nie zajrzało ekipie z Goodison Park w oczy, ale wielkich osiągnięć też w tym czasie nie było. Jest szansa to zmienić, bo na razie ekipa Carlo Ancelottiego jest w czołowej piątce.
Baskowie dumnie noszą tytuł jednego z trzech klubów, obok Realu i Barcelony, który spędził w La Liga wszystkie sezony w historii rozgrywek. W ostatnich latach to jednak jeden z nielicznych powodów dumy. Najlepiej Athleticowi poszło w 2014 roku, gdy finiszował na czwartym miejscu. Jednak aż cztery razy drużyna z północy Hiszpanii kończyła ligę w dolnej połówce. Najgorzej było w 2018 roku, gdy uplasowała się na szesnastym miejscu i musiała się realnie obawiać o pozostanie w elicie.
Klub z Lazurowego Wybrzeża miał wprawdzie krótki moment uniesienia, gdy w 2017 roku bił się z PSG oraz Monaco i mistrzostwo Francji, ostatecznie finiszując na trzecim miejscu i kwalifikując się do europejskich pucharów. Poza tym było jednak bardzo słabo. Dwa razy (lata 2011 i 2014) zajął ostatnie bezpieczne miejsce w Ligue 1. Kończył też rozgrywki na jedenastym, a nawet trzynastym miejscu. Teraz nie zapowiada się wcale lepiej, bo zajmuje trzynastą pozycję.
Drugi baskijski klub w zestawieniu, który – mimo braku etnicznych restrykcji w zatrudnianiu zawodników – radził sobie jeszcze gorzej od Athleticu. Nie spadł z ligi ani razu, ale cztery razy kończył ją w dolnej części tabeli. Najniżej w 2011 roku, gdy zajął piętnaste miejsce. Szczytowym wynikiem w tym czasie była czwarta pozycja w 2013 roku. Ostatnio Real Sociedad zbudował ciekawą kadrę, która pozwala mu kręcić się w okolicach strefy pucharowej. Jest więc nadzieja na to, że rozpoczęta dekada będzie mniej szara.
Kibice „Wilków” przeżyli w ostatnich dziesięciu latach absolutną huśtawkę nastrojów. Poznali smaki wszystkich rejonów tabeli. Za Dietera Heckinga w 2015 roku sięgnęli po wicemistrzostwo Niemiec, prowadzeni przez genialnego Kevina De Bruyne. Rok później byli nawet w ćwierćfinale Ligi Mistrzów o krok od wyeliminowania Realu Madryt. To były jednak pojedyncze epizody. Zdarzyły się im bowiem też sezony dramatycznej walki o utrzymanie. W 2011 roku byli na ostatnim miejscu dającym utrzymanie, a w latach 2017-2018 dwa razy z rzędu grali w barażach, w których pokonywali Eintracht Brunszwik i Holstein Kilonia. Ostatnio wrócili w okolice strefy pucharowej.
O klubie z Badenii mówiło się dużo pozytywnego, ale tylko wtedy, gdy prowadził go Julian Nagelsmann. Wtedy dwa razy z rzędu kończył Bundesligę w pierwszej czwórce. Raz udało się nawet finiszować na podium. Poza tymi szczęśliwymi latami Hoffenheim musiało się raczej oglądać za siebie. Nagelsmann w pierwszej rundzie musiał ratować zespół przed spadkiem, co udało się po zajęciu 15. pozycji. Trzy lata wcześniej byt udało się uratować dopiero po pokonaniu Kaiserslautern w barażach. W pozostałych latach Hoffenheim było raczej ekipą ze środka tabeli. W tym roku na razie niebezpiecznie nawiązuje do gorszych czasów, zajmując dopiero czternastą pozycję.
To, że klub z Moguncji przez ostatnie dziesięć lat ani razu nie spadł z ligi, trzeba uznać za wielki sukces, bo przez cały ten okres zawsze należał do najbiedniejszych zespołów Bundesligi, notorycznie tracił piłkarzy, trenerów i dyrektorów sportowych, a do tego kilkakrotnie popadał w problemy wewnętrzne. Zawsze jednak jakoś potrafił się wykaraskać z tarapatów. W ostatniej dekadzie tylko dwukrotnie skończył rozgrywki w górnej części tabeli – na szóstym i siódmym miejscu, kwalifikując się nawet do Ligi Europy. Ostatnie pięć sezonów z rzędu to już walka o utrzymanie, kończona na miejscach 12-15. W tym roku Moguncja jeszcze bardziej igra z ogniem, bo na razie zajmuje ostatnie miejsce.
Mistrzowie Europy w życiu na krawędzi. Ani razu przez te dziesięć lat nie awansowali do europejskich pucharów. Tylko trzykrotnie kończyli ligę w górnej części tabeli. Zazwyczaj mniej lub bardziej dramatycznie walczyli o utrzymanie. Ich tradycyjny schemat sezonu to koszmarna jesień, w której trakcie wyglądają na murowanego kandydata do spadku, a potem całkiem dobra wiosna, kiedy rzutem na taśmę ratują się przed degradacją. W 2020 roku dosłownie zerwali się ze stryczka, bo bezpośredniego spadku uniknęli dopiero w ostatniej kolejce sezonu, a potem utrzymali się po bardzo emocjonujących barażach z 1. FC Heidenheim.