Kompletna historia Madvillain - najsłynniejszego projektu, w którym MF DOOM maczał palce

Zobacz również:Perfekcyjna symbioza - wybieramy 8 naszych ulubionych duetów raper-producent z XXI wieku
madvillain-1.jpg

W pierwszym tygodniu sprzedaży ten album kupiło tyle samo osób, ile dziś sięga w preorderze po nowe wydawnictwa Palucha czy Żabsona. Ale i tak wystarczyło, żeby Madvillainy przeszło do historii.

To opowieść o niszowym Watch The Throne, ale skoro nisza, to i realia były nieco inne niż w przypadku Hovy i Yeezy'ego. Dość powiedzieć, że niewiele brakowało, aby jego twórcy w ogóle się nie spotkali, bo jeden z nich miał kłopoty z uzbieraniem kasy na bilet lotniczy.

Bohaterów było dwóch, ale za siłę sprawczą projektu uchodzi Peanut Butter Wolf. Na początku lat 90. założył rapowy duet ze swoim przyjacielem Charizmą, a od wielu podobnych zespołów odróżniało ich zróżnicowanie etniczne; jeden z nich był biały, drugi czarny. Podpisali kontakt z należącą do Disneya wytwórnią Hollywood Basic i wszystko szło na dobrej drodze do tego, by zostali szerzej rozpoznawalnym składem, ale najpierw label zaczął zbytnio ingerować w ich plany, sugerując im korzystanie z zewnętrznych producentów, a później wydarzyła się tragedia - Charizma został zatrzelony na skrzyżowaniu w Palo Alto. Wolf długo nie mógł otrząsnąć się z tej straty. A kiedy już udało mu się pozbierać, postanowił upamiętnić przyjaciela i ich wspólną twórczość. Dlatego założył własną wytwórnię Stones Throw Records, by wydać debiutancki i jedyny krążek duetu. Big Shots ukazało się w 2003 roku, dopiero siedem lat po powstaniu Stones Throw.

Dlaczego tak późno? O ile Peanut Butter Wolf od początku prowadzenia własnego biznesu kierował się prostą zasadą - wydawaj tylko tych, którzy nagrywają muzykę bliską twoim gustom - o tyle niszowym wytwórniom generalnie kasa nigdy się nie spina, a Stones Throw nie byli wyjątkiem. Dlatego musieli stawiać na projekty, które zapowiadały się na bardziej opłacalne. Najgorzej było chyba po 11 września. Nie mieliśmy grosza przy duszy, co dla mnie było szczególnie kłopotliwe, bo firmowe konto było jednocześnie moim prywatnym - wspominał po latach Wolf w wywiadzie dla Forbesa. Ale miał już wtedy na koncie parę głośnych wydawnictw: własne My Vinyl Weighs A Ton czy Soundpieces: Da Antidote formacji Lootpack i The Unseen Quasimoto.

Za dwa ostatnie krążki odpowiadał Madlib, spiritus movens Stones Throw Records. O tym, jak ważnym ogniwem wytwórni był Otis Jackson Jr., bo tak naprawdę się nazywa, niech świadczy to, że Peanut Butter Wolf przeniósł się pod koniec lat 90. z San Francisco do Los Angeles, byle tylko być w jednym mieście z owianym nutką tajemnicy producentem. Podobno wariatem, który jak wampir spędzał całe dnie w piwnicy, klejąc beat za beatem, a na światło dzienne wychodził tylko po to, by skręcić kolejnego blanta. Te plotki okazały się prawdą. Madlib był aktywny na kalifornijskiej scenie od 1993 roku, gdy jako 20-latek współpracował ze składem Tha Alkaholiks - swoją drogą tym samym, który parę miesięcy temu dograł się na Mixtape vol. 7 DJ-a Decksa. W połowie dekady wraz z Wildchildem i Romesem założył trio Lootpack, a ich podziemne nagrania nie umknęły uwadze Wolfa, który przygarnął ich pod swoje skrzydła. Przede wszystkim szef wytwórni poczuł powinowactwo dusz z Madlibem, bo jarali się dokładnie tymi samymi rzeczami: alternatywnym, opartym na samplach z jazzu i starych filmach czy programach telewizyjnych rapem. Zupełnie innym niż ten, który na przełomie dekad coraz mocniej wbijał się do głównego nurtu.

To był rok 1999. Tymczasem na drugim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych też działy się ważne rzeczy. Gdy Nowy Jork elektryzował beef Jaya Z z Nasem, a wielu słuchaczy wciąż wspominało zastrzelonego dwa lata wcześniej Biggiego, podziemna scena wypuściła bardzo interesującego gracza. Masywny, zamaskowany, inspirujący się klasycznymi komiksami Marvela Brytyjczyk wjechał w 1999 albumem Operation: Doomsday, łączącym surowość nowojorskiego rapu z upalonym luzem prosto z kalifornijskich ulic. Swoją ksywę MF DOOM zaczerpnął od Victora von Dooma, podróżującego w czasie czarownika - złoczyńcy, który po raz pierwszy pojawił się na kartach Fantastycznej Czwórki; zresztą nawet w tekstach MF DOOM często nawiązywał do komiksowych uniwersów, co później okazało się jego znakiem rozpoznawczym. Ze swoim opartym na nietypowych samplach rapem idealnie utrafił w sam środek alternatywy wobec dominujących wówczas trendów; wiodący The Neptunes, Timbaland czy Ruff Ryders bazowali na syntetycznych beatach. Na kontrze do nich znajdowali się artyści poszukujący, skupieni wokół kalifornijskiego Anticona oraz nowojorskich Def Jux i Rawkusa. I on - reprezentant labelu Fondle'Em, który zresztą niedługo później został zamknięty.

DOOM, czyli Daniel Dumile, nie wyskoczył jak diabeł z pudełka, bo pierwsze kroki w rapie stawiał jeszcze w latach 80., gdy razem ze swoim bratem, DJ-em Subrocem, oraz MC Rodanem założył skład KMD. On sam nagrywał wówczas jako Zev Love X. Był rok 1988, kiedy KMD rozpoczęli działalność, najpierw jako ekipa graficiarzy, potem breakdancerów, a wreszcie pełnoprawny skład rapowy. Nagrali dwa albumy: Mr Hood (1991) i Black Bastards (1993). Chwilę po premierze tego drugiego w wypadku samochodowym zginął DJ Subroc. Jakby tego było mało, w tym samym czasie album został cofnięty ze sprzedaży, a wydający go label Elektra rozwiązał umowę z KMD. Dumile wycofał się na cztery lata z rapu. Podobno przez ten czas ocierał się o bezdomność, żyjąc głównie na ulicach Manhattanu. Ale stanął na nogi i powrócił, wznawiając karierę w klubach typu open mic. Tam narodził się jako nowa postać - zamaskowany MF DOOM.

Co ciekawe, tak jak każdy szanujący się złoczyńca, tak i on był inwigilowany przez służby specjalne. Dlaczego? Rodzice rapera należeli do tzw. pięcioprocentowców, parareligijnego ruchu postrzeganego jako gang i odłam Islamu. Pięcioprocentowcy uważają samych siebie za bogów, ludzi oświeconych, którzy mają pełne prawo do nauczania innych. A że według teorii założyciela grupy, Clarence'a Smitha, stanowią tylko pięć procent społeczeństwa - macie odpowiedź na pytanie o nazwę. Ze względu na islamskie powiązania pięcioprocentowcy zainteresowali nowojorską policję po atakach na World Trade Center, ale DOOM kursował już wówczas pomiędzy Atlantą a Nowym Jorkiem, pomieszkując i tu, i tu. I współpracując m.in z Monsta Island Czars, rapowym składem inspirowanym... japońskimi filmami o potworach.

W tym samym czasie, na początku lat zerowych, Madlib czuł się coraz bardziej wypalony rapem. Upust swoim ówczesnym fascynacjom dał na wydanym w 2001 roku krążku Angles Without Edges jazzowego składu Yesterday's New Quintet. Składu, którego jedynym członkiem był... on sam, grając na wszystkich instrumentach. Niestety była to rzecz, która zainteresowała wąska grupę odbiorców. Egon, manager Stones Throw, bardzo chciał, żeby Jackson na nowo zakochał się w rapie. Dogadał się nawet z resztą składu Lootpack, żeby nagrać ich pierwszy album na nowo. Zarezerwowałem im studio, załatwiłem masę zioła, a i tak nie wyszło - wspominał po latach. Zresztą Stones Throw działało wówczas trochę jak komuna. Peanut Butter Wolf, Egon, Jeff Jank (art director wytwórni) i Madlib żyli i pracowali w jednym, niewielkim domu w Los Angeles. Oczywiście dlatego, że brakowało im kasy na wynajem mieszkań i osobnego pomieszczenia na studio.

Może i Madlib nie sprzedawał się świetnie, ale miał już ustaloną estymę na Zachodnim Wybrzeżu, a media interesowały się jego kolejnymi ruchami. Podczas wywiadu dla Los Angeles Times przyznał, że tak, znudził go rap, ale chętnie nagrałby coś z J Dillą i MF DOOMem. Egon przeczytał, przypomniał sobie, że chodzi o tego tajemniczego rapera w masce, i że ma z nim wspólnego znajomego w Georgii. Zadzwonił, dostał kontakt, porozmawiał z DOOMem i posłał mu beaty Madliba. Dumile nie wiedział, kim jest ten producent, ale beaty spodobały mu się od razu i zgodził się na wspólne nagrania. Pozostał tylko problem - jak uzbierać 1500 dolarów na bilet lotniczy do Los Angeles, mając wolny zawód i rodzinę na utrzymaniu? Trudno uwierzyć, że nawet po wydaniu Operation: Doomsday DOOM borykał się z podobnymi problemami, ale tak faktycznie było.

Ale kiedy w końcu pojawił się w Mieście Aniołów i spotkał z Madlibem, wówczas zaiskrzyło od razu. On był jak mój daleki, super mądry kuzyn. Słuchaliśmy razem Sun Ra, czytaliśmy biografię Charliego Parkera, wspólnie jedliśmy, piliśmy, paliliśmy. Niektórzy ludzie mają po prostu identyczną energię i tak było z nami - wspominał Madlib w wywiadzie dla Pitchforka z okazji 10. rocznicy Madvillainy.

file-2.jpeg
DOOM w studiu Stones Throw Records, 2002, fot. Eric Coleman

Podobno umowa pomiędzy Madvillain a Stones Throw została podpisana na papierowym talerzu, co tylko podkreśla chałupniczy styl działania labelu. Latem 2002 oficjalna strona wydawnictwa ogłosiła nowy projekt - Madlib i MF DOOM jako Madvillain. Ale... Ale najpierw zdecydowała się postawić na wspólną płytę Madliba z J Dillą, który również zgodził się na współpracę. Podczas pracy w Los Angeles Madlib i DOOM nagrali szkice pierwszych numerów. Co ciekawe, praktycznie ze sobą nie rozmawiali. Nie chodzi o kłótnie, a o specyficzny tryb pracy Jacksona, który znów zamknął się w piwnicy Stones Throw i nie dopuszczał do siebie nikogo.

Jesienią ich drogi rozeszły się, bo Madlib - wraz z Cut Chemistem, Egonem i J Roccem - polecieli na warsztaty Red Bull Music Academy do Brazylii. Jackson był jednym z wykładowców, lecz w odróżnieniu od innych zaproszonych gości nie spędzał wolnego czasu na imprezowaniu, ale... znów zamknął się na trzy spusty, tym razem w pokoju hotelowym, gdzie ustawił na szybko prowizoryczne studio. Kiedy już zdarzyło mu się wyściubić nos poza pokój, udawał się na pobliskie targowiska, gdzie hurtowo kupował tanie winyle z muzyką nurtu tropicalia; z żadnego innego wyjazdu nie przywiozłem tylu płyt - miał później powiedzieć. To w Brazylii powstały beaty do Raid, Rhinestone Cowboy czy Strange Ways. Oraz, podobno, wszystkie ścieżki Madliba na wspólny krążek z J Dillą, beaty dla Dudleya Perkinsa i wielu innych; inżynier Stones Throw Dave Cooley mówił, że Madlib nagrał w Brazylii aż 200 numerów.

file.jpeg
Prowizoryczne studio Madliba w brazylijskim hotelu, 2002, fot. Madlib

Ale część z tych, do których Madlib dograł już wokale DOOMa, została wykradziona i wrzucona do sieci. To były dopiero początki internetowego piractwa, a Stones Throw i Madlib przestraszyli się, że to zrujnuje sprzedaż Madvillainy. Dlatego po powrocie do Los Angeles prace nad płytą zostały wstrzymane. Madlib skupił się na Champion Sound z J Dillą oraz solowym, opartym na klasycznych nagraniach z jazzowej wytwórni Blue Note Records wydawnictwie Shades Of Blue, DOOM jako King Geedorah nagrał konceptualny, inspirowany filmami policyjnymi i monster movies Take Me To Your Leader, a że ewidentnie znajdował się w szczycie mocy twórczych, dorzucił do tego dwie części Vaudeville Villain (podpisane jako Viktor Vaughn) i sygnowany swoją najbardziej znaną ksywą krążek Mm..Food. Czy zajawka nad Madvillainy spowodowała wejście w tak szybkie tempo? Całkiem możliwe, że DOOM zaczerpnął tryb pracy od Madliba, dla którego tłuczenie kilku beatów dziennie to norma.

Jaylib, czyli wspólny projekt z J Dillą, okazał się klęską; przez pierwsze miesiące sprzedaży płyta Champion Sound znalazła tylko 16 tysięcy nabywców. W 2003 roku DOOM i Madlib pojawili się wspólnie jako Madvillain podczas showcase'u Stones Throw Records na Coachelli, ich występ obejrzała jednak garstka widzów - podobno zawinił zły timing; o tej samej porze na innej scenie grał dużo popularniejszy wówczas Talib Kweli. A jesienią... powrócili do studia. Podobno po koncertach i jednego, i drugiego widzowie podchodzili do nich i pytali o to, kiedy wspólna płyta, bo sieciowe leaki zwiastują coś wyjątkowego. Madvillain i Stones Throw zrozumieli, że to mimo wszystko ma szansę się udać. Po czym DOOM znów przyleciał do Los Angeles, ekspresowo nagrał wokale - tłumaczył to zobowiązaniami rodzinnymi - i wrócił do domu. A później przyprawił resztę pracującej nad Madvillainy ekipy o zawał, bo zażądał... powtórnego nagrania wszystkich wokali. Chcieliśmy go zabić. Ale potem okazało się, że miał rację. DOOM brzmiał na pierwszej wersji Madvillainy tak chropowato, jak na swoich poprzednich albumach. Nowe wokale były bardziej wyluzowane, lepiej pasowały do koncepcji płyty - wspominał Egon.

W lutym 2004 roku do stacji telewizyjnych trafił animowany, złożony z blisko tysiąca rysunków singiel All Caps, pastisz klasycznych komiksowych opowieści o superbohaterach.Płyta Madvillainy ukazała się 24 marca. W pierwszym tygodniu sprzedała się w blisko 15 tysiącach egzemplarzy, po pół roku - w 45. Malutko, jak na album, który miał zrewolucjonizować rap. Ale to i tak był wówczas największy wydawniczy sukces Stones Throw, które zaczęło na siebie zarabiać. A później, przede wszystkim dzięki tej płycie, która zaczęła docierać do coraz szerszego kręgu odbiorców, wytwórnia zyskała status najważniejszego na świecie labelu z niezależnym rapem i soulem. Lista tych wykonawców, którzy przewinęli się przez biuro Peanut Butter Wolfa, była imponująca: Mayer Hawthorne, Dam-Funk, Knxwledge, James Pants, Georgia Anne Muldrow czy Aloe Blacc, który podbił rozgłośnie radiowe hitem I Need A Dollar.

Po raz pierwszy zrozumiałem, że rapowy kawałek wcale nie musi składać się z refrenu i 16-tek - powiedział o Madvillainy Danny Brown. Madlib i MF DOOM wywrócili do głowy wszystko, co do tej pory oferował rap. Numery sprawiały wrażenie to uciętych, to znów wzajemnie się przenikających, zbudowanych na setkach sampli z jazzu, soulu, funku, psychodelii, tropicalii oraz starych filmów i programów telewizyjnych; część z nich była instrumentalna. Nowatorsko podeszli też do featów - taki Wildchild dostał na przykład cały numer dla siebie; na płycie gościnnie pojawiły się także alter ego obu twórców, Quasimoto i Viktor Vaughn. Tekstowo to szalona, popkulturowa podróż przez upalone uniwersa DOOMa i Madliba, pełna efektownych linijek i spektakularnych, wielopoziomowych rymów (jak chociażby mój ulubiony fragment Raid: On one starry night, I saw the light / Heard a voice that sound like Barry White, said "Sho you right" / Don't let me find out who tried to bite / They better off goin' to fly a kite in a firefight). Przez swoją niejednorodność stylistyczną Madvillainy stała się ulubioną rapową płytą dla wszystkich fanów gitarowej i elektronicznej muzyki alternatywnej, hajpowanej w połowie tamtej dekady przez rosnący w siłę serwis Pitchfork, sieciową Mekkę fanów niezalu. Często był to jedyny rap, jakiego w ogóle słuchali. Swoje zrobiła też aura tajemnicy, jaką owiany był projekt Madvillain. Panowie nie koncertowali razem - co więcej, DOOM znów na jakiś czas zniknął - dlatego każdy pojedynczy występ Madliba czy MF DOOMa był traktowany jak święto. Polakom prawie udało się złowić ich wspólnie. Prawie, bo DOOM wystąpił na początku sierpnia na katowickim OFF Festivalu, a Madlib przyjechał w to samo miejsce (Dolina Trzech Stawów), ale na inny festiwal, Taurona Nową Muzykę, trzy tygodnie później. I zagrał z Freddie Gibbsem, tym samym, z którym później wydał Pinatę i Bandanę.

I jeszcze jedna, bardzo istotna rzecz - okładka. Jedna z najlepszych w historii muzyki. Jej autorem jest Jeff Jank, który - jak wspominał - nie chciał sportretować DOOMa, ale mężczyznę w masce. I zastanowić się, dlaczego ją założył. To niepokojące zdjęcie sprawiło, że tysiące ludzi zainteresowało się zawartością wydawnictwa, nie wiedząc w ogóle, co to jest Madvillain. Mos Def opowiadał, że kupił winyl, choć nie miał wtedy adaptera. Po prostu siedziałem i wpatrywałem się w tę dziwną postać - mówił.

cover.jpg

Druga część Madvillainy nie ukazała się nigdy. Nawet mimo tego, że i Stones Throw, i sami zainteresowani anonsowali ją wielokrotnie; Madlib i DOOM podpisali zresztą umowę ze Stones Throw na dwie kolejne płyty. Wiadomo, że pracowali razem, przyjaźnili się, co więcej, przez pewien czas mieszkali obok siebie. Kedyś odwiedził ich Kanye West, który szukał współpracowników do My Beautiful Dark Twisted Fantasy; jak możecie się domyślić, collab nie doszedł finalnie do skutku, ale Madlib pojawił się na The Life Of Pablo - to on jest autorem beatu No More Parties In L.A.. Pierwsza zapowiedź Madvillainy 2 to 2006 - w tym samym roku DOOM i Madlib nagrali wspólny kawałek Monkey Suite na składankę Chrome Children. Dwa lata później światło dzienne ujrzały remixy Madvillainy, podobno dlatego, żeby zachęcić DOOMa do roboty i napisania wszystkich tekstów na nowy album. A jeszcze dwa lata później, w 2010 roku, do sieci trafił ich wspólny, podpisany jako Madvillain, singiel Papermill - pierwszy utwór z długo wyczekiwanej kontynuacji płyty.

Jest prawie gotowa, Madlib wprowadza ostatnie poprawki, ja też muszę jeszcze dograć parę rzeczy - zapowiadał DOOM w 2011 roku. Nagraliśmy 13 kawałków, ale nadają się może 4 - to z kolei Madlib, rozmawiający w 2014 roku z Dazed. Skąd ta opieszałość? Być może poczuli, że ta współpraca gdzieś się wypaliła. Może Madlib bardziej odnalazł się w duecie z Freddie Gibbsem. Podobno DOOM bał się, że kontynuacja Madvillainy nie przyjmie się tak dobrze, jak część pierwsza, że ludzie nie kupią już tak brudnego brzmienia. Dlatego zdenerwował się na Peanut Butter Wolfa, gdy ten parę lat temu upublicznił na Instagramie ich prywatną rozmowę, z której wynikało, że dwójka jest tuż, tuż. Ale już w 2019, w rozmowie z magazynem Spin, DOOM zdradził, że materiału jest na trzy albo cztery krążki, a obaj czekają na dobry moment, by go wydać.

file-3.jpeg
Madvillain, 2004, fot. Eric Coleman

Pod względem marketingowym trudno o lepszy moment niż teraz, chwilę po tym, gdy świat dowiedział się o śmierci MF DOOMa. Tylko czy warto? Zdania są podzielone. Chyba nie ma szans, aby nowe wydawnictwo przebiło jakościowo Madvillainy. I tak rozczaruje wszystkich - jeśli będzie brzmieć inaczej, ludzie zaczną narzekać, że to nie to samo, jeśli identycznie - że to odcinanie kuponów od sławy. Lepiej, żeby ta wyjątkowa współpraca skończyła się na tym jednym, kompletnym od początku do końca wydawnictwie. To jest idealny czas, żebyście do niego wrócili, a jeśli nie zajrzeliście jeszcze wewnątrz świata zamaskowanego złoczyńcy i jego wiecznie zjaranego kompana, zróbcie to tu i teraz.

Madvillainy

Madvillainy

MF Doom

Twoja ocena:

4.8
Ocena Społeczności
5.0
Ocena Redakcji

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i media owner serwisu newonce.net. Jeśli zastanawiacie się, kto wymyśla te wszystkie absurdalne opisy przy wrzutkach na niuansowym Facebooku - z reguły on.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.