Koniec ery Drake’a? Recenzujemy „Certified Lover Boy”

Zobacz również:Drake brzmi jak Eminem? Tak jeszcze jakiś czas temu twierdził Akon
Drake & Future In Concert - Chicago, Il
fot. Daniel Boczarski/Getty Images

Materiał broni się kilkoma highlightami, jest też znacznie lepszy niż wydany trzy lata temu dwupłytowy Scorpion. Ale to za mało, aby nawinąć: Far as the Drake era, man, we in the golden ages.

Atmosfera w ostatnich tygodniach była gorąca. Cały świat nie tylko przyglądał się kolejnym ruchom Kanye’ego Westa, ale także wypatrywał oczekiwanego od przynajmniej zeszłego lata albumu Drake’a. Pojawiły się nawet spekulacje, że Ye odwleka premierę Dondy właśnie ze względu na wciąż przekładany Certified Lover Boy. Ciągnący się od lat i przybrały na sile w przeciągu ostatnich kilkunastu dni (o czym pisaliśmy) konflikt między raperami jest ważnym wątkiem na albumie. Problem jednak w tym, że Drake na dissy poświęca znacznie więcej uwagi niż West. W 7am on Bridle Path, drugim kawałku obok No Friends in the Industry, w którym Drizzy wraca do tematu, nawija: You over there in denial, we not neck and neck / It’s been a lot of years since we seen you comin’ correct / Man, f-ck a Respectfully, I just want my respect.

Skomplikowane relacje z partnerkami. Wrogowie. Fałszywi przyjaciele. Ciągłe nawijanie o tym nie męczyłoby, gdyby Drake chętniej sięgał po nowe muzyczne rozwiązania. Tych w jego twórczości brakuje mniej więcej od czasów wydanego w formie playlisty mixtape’u More Life (2017). To tam po raz pierwszy sięgnął po gatunki z Wysp, w których odnajduje się bardzo dobrze, nawet na przeciętnej, zeszłorocznej kompilacji Dark Lane Demo Tapes. Tymczasem Noah, który tradycyjnie odpowiada za całościową produkcję krążka Drake’a, gdzieniegdzie odświeża rozpopularyzowany przez Kanye’ego Westa chipmunk lub robi miejsce na inspiracje rapem z Południa. Nie tylko dwoma bangerami z Future’em czy Young Thugiem (Way 2 Sexy i N 2 Deep), ale nawet w postaci numeru z 21 Savage’em i weteranem z Memphis, Project Patem (Knife Talk). I oczywiście, spowolnień w stylu chopped and screwed, będących bezpośrednim nawiązaniem do brzmienia z Houston (Way 2 Sexy i TSU). Hołd jego pionierowi, DJ-owi Screw, Drake składał już kilkukrotnie. Ponadto, tak jak Jorja Smith na More Life, na CLB debiutująca Yebba dostaje swój własny kawałek – Yebba’s Heartbreak. Gościnek na albumie w ogóle jest dużo. W większości są to jednak raperzy, z którymi Drake regularnie przecina się w kawałkach.

Obok świetnego Fair Trade z Travisem Scottem największym highlightem albumu pozostaje ponad pięciominutowe, dwuczęściowe intro Champagne Poetry. W utworze samplowany jest numer Michelle Beatlesów, przez co otwierającemu kawałkowi towarzyszy nieco wzniosły, sentymentalny nastrój. Ale tylko na moment. Zwłaszcza, gdy w Girls Want Girls padają jedne z najbardziej cringe’owych wersów w ostatnim czasie. Starin’ at your dress ’cause it’s see-through / Yeah, talkin’ all the shit that you done been through / Yeah, say that you a lesbian, girl, me too / Ayy, girls want girls where I’m from. Mimo, że te linijki są zwyczajnie śmieszne, jest to po prostu seksualizacja lesbijek - i w ogóle kobiet nieheteronormatywnych.

Certified Lover Boy trwa prawie półtorej godziny – to tylko 20 minut mniej niż Donda. I podobnie jak na Dondzie, tu też można postawić znaki zapytania przy jednej z postaci, które znajdują się w creditsach. W TSU pojawia się bowiem sampel z Half on a Baby, kawałka R. Kelly’ego z 1998 roku. No nie jest to najszczęśliwszy ruch, zwłaszcza w świetle sprawy sądowej dawnej gwiazdy r'n'b.

Obiegowa opinia po Dondzie i Certified Lover Boy brzmi: czas Kanye'ego i Drake'a się kończy. Nie marketingowo - jeden i drugi wykręca imponujące wyniki. Za to czuć, że pewna formułą się wyczerpała. CLB nie jest nowatorskim projektem – takim, jakim było Take Care, Nothing Was the Same czy właśnie More Life. Zamiast wnosić do rapu coś nowego, korzysta ze znanych, emblematycznych dla Drake'a patentów. Ten brak większych innowacji nie wpływa na jakość projektu na tyle, żeby całkowicie go przekreślić. Ale nie da się ukryć, że monumentalna całość (86 minut, 21 utworów) nuży. Może chłodny odbiór tych płyt – Dondy i CLB – podyktowany jest też zmęczeniem tym, co dzieje się wokół tych dwóch artystów. Do Kanye’ego Westa trudno się nie zdystansować z powodu jego problemów psychicznych i szalonych, przeciąganych akcji promocyjnych. Z kolei do Drake’a - przez powtarzalność. To jest ten moment, w którym obaj powinni na jakiś czas dać nam od nich odpocząć?

Drake

Drake

Podziel się lub zapisz
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.