Limp Bizkit znów są na językach. Medialna bańka czy realna szansa na powrót do pierwszej ligi?

Portrait Of Limp Bizkit
fot. Paul Natkin/Getty Images)

Zanim szalikowcy nu metalowej legendy zaczną pokrzykiwać, że przecież oni zawsze byli na topie, odpowiadamy - nie, nie byli.

A już na pewno nie przez ostatnią dekadę, od momentu wydania Gold Cobra, ostatniego studyjnego albumu amerykańskiej formacji, który ujrzał światło dzienne 28 czerwca 2011 roku. Spójrzmy na liczby: w samych Stanach płyta znalazła w pierwszy weekend 27 tysięcy nabywców. Fred Durst obraził się zresztą na swoich słuchaczy z USA, narzekając na łamach magazynu Kerrang, że: Ameryką kierują listy sprzedaży; co prawda kiedy wiele lat wcześniej rozbijał bank, wykręcając z Significant Other siedmiokrotną platynę, zupełnie mu to nie przeszkadzało. W ten sam czerwcowy weekend Beyonce sprzedała ponad 300 000 egzemplarzy płyty 4, więc nie można zwalać winy na to, że mało kto kupuje płyty. Popatrzmy też na streamingi. Aktualnie na Spotify Limp Bizkit notuje wynik ponad 8 milionów słuchaczy miesięcznie. Pozostając przy muzyce gitarowej: tacy Arctic Monkeys (którzy od trzech lat nie wypuścili nowej płyty) to 20 milionów słuchaczy w miesiącu, a Maneskin, rockowa sensacja z Półwyspu Apenińskiego - blisko 40. Po wyniki raperów nawet nie sięgamy, bo niektórym może zrobić się przykro.

Natomiast jeśli w końcu dostarczą zapowiadaną od lat płytę Stampede Of The Disco Elephants, ten powrót może się udać. Chociaż, oczywiście, czasy najpopularniejszego zespołu świata są już za nimi.

Limp Bizkit, idole brosów

Na przełomie mileniów rap-rockowa machina z Jacksonville przeżywała apogeum popularności. Załapali się na hypetrain nu metalu, rozpędzony przez Rage Against The Machine i Korn, ale byli dużo bardziej hip-hopowi od swoich starszych kolegów. Ich pierwszy wielki przebój, cover Faith George'a Michaela, zwrócił uwagę mas; miliony ludzi pamiętały, jak ten popowy hit ledwie dekadę wcześniej nie schodził z radiowych i telewizyjnych playlist. A collaby z Method Manem i Xzibitem sprawiły, że Significant Other i Chocolate Starfish and the Hot Dog Flavoured Water znalazły się na półkach dość ortodoksyjnych wówczas słuchaczy rapu, często jako jedyne wydawnictwa spoza ich ulubionego gatunku.

Woodstock 1999
Fred Durst, Woodstock'99, fot. Frank Micelotta/ImageDirect

Bardzo ciekawą teorię wysnuwają twórcy Woodstock 99. Pokój, miłość i agresja, dokumentu, który latem trafił na platformę HBO GO. Portretując trzy dni zamieszek, jakie odbyły się podczas trzeciej i ostatniej jak dotąd edycji amerykańskiego Woodstocku, dokumentaliści zwrócili uwagę na to, jacy ludzie przyjechali na imprezę, przyciągnięci tylko nazwą Limp Bizkit, najgorętszego wówczas zespołu w Stanach Zjednoczonych. Według nich Durst i jego kumple trafiali przede wszystkim do brosów około 20. roku życia, białych, jakby żywcem wyjętych z American Pie kolesi, których interesowało przede wszystkim upijanie się piwem i rozróba. Szydzący na scenie z zamulającej Alanis Morrisette, podburzający dziesiątki tysięcy widzów do zadymy Durst (tłum rozgrzała zwłaszcza emocjonalna zapowiedź agresywnego Break Stuff) został okrzyknięty głównym winowajcą tego, co wydarzyło się na Woodstocku. A wydarzyło się tyle złego - od bójek, przez gwałty, po podpalanie infrastruktury - że filmowy zapis z festiwalu ogląda się nie jak muzyczny dokument, ale Czas Apokalipsy. Czy słusznie zrzucać całą winę na Limp Bizkit? Nie, stali się kozłami ofiarnymi. Powinni oberwać, ale nie jako jedyni. W tekście dziennikarki New York Times, Ann Powers, który został opublikowany na łamach magazynu już po Woodstocku, czytamy m.in. o Marku Hoppusie z Blink 182, który ze sceny zachęcał fanki do seksu oralnego. Wydaje się, że Woodstock '99 przywrócił jeden zwyczaj z klasycznych czasów rocka: traktowanie kobiet jak zabawek seksualnych, często wbrew ich woli - pisała dziennikarka.

Metkowanie Limp Bizkit jako formacji dla brosów jest z perspektywy czasu niesprawiedliwe. Tak, tacy ludzie też ich słuchali. Sami muzycy również mogli być z tego rzutu, o czym świadczą interpretacje Nookie czy maczyzm, jakim Durst tryskał na lewo i prawo. Natomiast przez ówczesny faktor coolness Limp Bizkit kochały miliony pod każdą szerokością geograficzną. To były czasy, w których takie zachowanie nie przeszkadzało. Grali świeżą muzykę, wyglądali modnie, wszystko się zgadzało.

Nie zobaczysz Wes

Za złoty okres zespołu uważa się lata 1999 - 2001, do momentu pierwszego odejścia ze składu gitarzysty Wesa Borlanda. Przyciągający uwagę swoim charakterystycznym wizerunkiem Borland okazał się niezbędnym ogniwem, bez którego maszyna zaczęła działać znacznie wolniej. Wydany w 2003 roku krążek Results May Vary okazał się artystycznym i komercyjnym rozczarowaniem; niespójna płyta balansowała pomiędzy ostrymi, surowymi numerami, sygnalizującymi chęć zwrotu zespołu w stronę ich korzeni, a rockowymi balladami, w których rapujący i wydzierający się dotąd Durst zaczął regularnie śpiewać. Zupełnie się to ze sobą nie skleiło, chociaż cover Behind Blue Eyes grupy The Who okazał się wielkim przebojem. Ale numer trafił już do stricte nierockowego odbiorcy, a starzy fani mogli czuć się lekko zdegustowani - jak to możliwe, że ich ulubieni buntownicy serwują coś, co można bez oporów puścić własnej babuni.

A potem nastąpiła równia pochyła. EP-ka The Unquestionable Truth (Part One), która wyszła bez żadnej promocji, spotkała się ze znikomym odbiorem; 30 tysięcy sprzedanych egzemplarzy w pierwszym tygodniu to dla zespołu, który ledwie pięć lat wcześniej pchnął w tyle samo dni ponad milion kopii Chocolate Starfish... nawet nie policzek, a nokaut. O fatalnej sprzedaży Gold Cobra już pisaliśmy, o tarciach w zespole (ponowne odejście Wesa Borlanda, wahający się status DJ-a Lethala, który raz opuszczał zespół, potem do niego wracał, smarując przeprosiny na Twitterze, a potem... znowu go opuszczał, bojkot amerykańskich koncertów) - jeszcze nie. Limp Bizkit nie potrafili poradzić sobie z gwałtownym spadkiem popularności. Przyjmując obrażalskie pozy udowodnili, że nie rozumieją zmian na rynku. Ich cross rapu z rockiem odszedł do lamusa, a młodsi słuchacze sięgali albo po rap, albo pop, albo pochodne tego drugiego, wybierając Drake'a czy Coldplay. Rock nie umarł, ale schedę po nu metalu przejęła fala new rock revolution i wykonawcy, odwołujący się do korzennych tradycji gatunku - White Stripes, Black Keys czy Queens Of The Stone Age. Wśród słuchaczy zaszła też klasyczna prawidłowość: coś, co nagle eksplodowało i stało się hiperpopularne, równie szybko zgasło, zyskując metkę niemodnego przypału. Dokładnie taką drogą przeszedł nu metal. Który teraz ostrożnie powraca, idąc pod ramię z pop-punkiem, o czym pisaliśmy w tym tekście.

Beneficjenci mody na 00's

Przyczyna? Moda. Po wieloletnim revivalu lat 90. młodsza generacja słuchaczy sięgnęła po lata zerowe. Co doskonale czują gwiazdy: Lil Uzi Vert publicznie deklaruje miłość do Marilyna Mansona, Trippie Redd nagrywa kawałki jasno odwołujące się do trendów sprzed dwóch dekad, a Machine Gun Kelly poszedł w pop-punk. Ich odbiorcy zaczynają sięgać po klasyków gatunku, na czym ewidentnie mogą skorzystać Limp Bizkit. Nie bez powodu od paru miesięcy jest wokół nich coraz większy szum. Kiedy w wakacje Fred Durst sfotografował się w siwych włosach i stylówie tak normickiej, że mógłby robić za manekin w Wal-Marcie, fotka obiegła media na całym świecie. Później okazało się, że to strategia promocyjna ich nowego singla Dad Vibes, a Durst wyskoczył w takim outficie na scenę Lollapaloozy. Bardzo dobrze opisał to magazyn Spin - stosując się do zasady 20, mówiącej o tym, że wszystkie trendy powracają z częstotliwością plus minus dwóch dekad, Limp Bizkit odkryją dwa pokolenia - to, które swój ostatni kontakt z zakupem muzyki miało może przy premierze iPoda i to, które nawet nie pamięta tego urządzenia. Kto wie, czy negatywne przedstawienie zespołu w dokumencie o Woodstocku nie zadziała na ich korzyść. Że pokazano ich jako mentalnych gówniarzy - to jedno. Ale ze względu na nośny temat filmu o Limp Bizkit po latach znów zaczęło się mówić.

2021 Lollapalooza - Day 3
Limp Bizkit, 2021, fot. Kevin Mazur/Getty Images

Podobno przez pandemię muzycy stęsknili się za sobą. Wszystko wraca do normy. Gadamy ze sobą coraz więcej, mamy masę muzycznych planów - ekscytował się Wes Borland w niedawnej rozmowie z basistą Avenged Sevenfold, Johnnym Christem. Krążek Stampede Of The Disco Elephants, o którym członkowie Limp Bizkit mówią już od 2012 roku, ma mieć gotową warstwę instrumentalną, Durst musi tylko dopracować wokale. Chyba wyleczył się z marzenia o podbiciu świata kina, odkąd wyprodukowany i nakręcony przez niego thriller Fanatyk zaliczył jedną z najgłośniejszych wtop w historii; kosztujący 18 milionów dolarów obraz w pierwszy dzień wyświetlania zarobił w Stanach niewiele ponad... 3 tysiące dolarów.

Jeśli mogę pokusić się o prognozę - płyta ukaże się w przyszłym roku. Sprzeda się przeciętnie, ale Limp Bizkit zaliczą w miarę mocną trasę po klubach i festiwalach. A przede wszystkim zyskają dobry feedback od młodej publiki, propsy od rapowego środowiska i uznanie, o które przez ostatnie lata tak mocno walczyli. Wydaje się, że na ten moment to ostatnie jest dla nich najważniejsze. Ludzie, którzy sprzedali na całym świecie ponad 40 milionów płyt naprawdę nie muszą się martwić o kasę.

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, prowadzący audycję Nevermind w newonce.radio. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej ze sprawami społecznymi.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.