"My, dzieci z dworca Zoo" to zbyt przyjemny seans. A przecież nie powinien taki być

Zobacz również:Androidy wychowujące dzieci, Rambo i dystans społeczny w wersji komediowej. Oto wrześniowe premiery na HBO GO
my-dzieci-z-dworca-zoo-.jpg

Są takie historie, z których nie powinno się robić teen dramy. Jedną z nich jest ta opisana w książce My, dzieci z dworca Zoo.

Szóstka nastolatków z Berlina Zachodniego, połączonych wspólnym uzależnieniem od heroiny. Choć każde z nich pochodzi z innego środowiska, to dla wszystkich narkotyki są odskocznią od mniej lub bardziej skomplikowanej życiowej sytuacji.

Z całej listy obowiązkowych lektur książka My, dzieci z dworca Zoo była jedną z niewielu, która szczególnie zapada w pamięć, kiedy ma się te naście lat. Historia młodziutkiej Christiane F. po prostu musiała być wstrząsem dla rówieśników, którzy czytali o jej doświadczeniach: życiu na ulicy, prostytucji i uzależnieniu, którego część ze znajomych autorki nie przeżyła. Serial inspirowany wydarzeniami z książki nie robi już żadnego wrażenia, choć na pewno nie pozostawia widza obojętnym na wszystkie błędy popełnione przez jego twórców.

Najlepszym podsumowaniem 8-odcinkowej produkcji będzie jej zakończenie, kiedy główna bohaterka dosiada konia, szepcze mu do ucha: Spokojnie, damy radę i wykonuje efektowny przeskok przez przeszkodę, a w tle słychać Dog Days Are Over Florence and the Machine. Tym właśnie jest jej uzależnienie od heroiny - drobną barierą, z którą samodzielnie upora się, jeśli tylko będzie tego chciała. Popis jeździeckich zdolności obserwują postaci wcielające się w Kaia Hermanna i Horsta Riecka. Następnie spędzą z Christiane Felscherinow miesiące, podczas których nastolatka opowie o swoim życiu. Na podstawie przeprowadzonych z nią rozmów, dziennikarze napiszą bestsellerową książkę My, dzieci z dworca Zoo. Co stanie się z bohaterką później, widzowie wiedzą już od pierwszego odcinka, kiedy Christiane leci pierwszą klasą z Davidem Bowiem i podczas turbulencji zapewnia go, że samolot nie rozbije się, bo jest nieśmiertelna. Czy musimy dodawać, dlaczego to tak nieudany serial?

W rzeczywistości Christiane wcale tak dobrze sobie nie poradziła. W 2013 roku ukazała się jej książka Życie mimo wszystko, w której wyznała, że po kilku odwykach nie mogła zrezygnować z zażywania narkotyków, a następnie - jakby tego było mało - zmagała się z uzależnieniem od alkoholu.

Bohaterowie opisani w książce mieli około 13-15 lat, w filmie z 1981 roku w reżyserii Uliego Edela grają ich nastolatki, ale w serialu są już licealistami, w których wcielają się dwudziestoparolatkowie. Nie mielibyśmy nic przeciwko takiemu uwspółcześnieniu historii, gdyby jej kluczowym elementem nie było właśnie to zderzenie dziecięcego świata z brudem, narkomanią i prostytucją. W wersji zaproponowanej przez Philippa Kadelbacha jest to pozbawiony społecznego kontekstu obraz imprezujących prawie dorosłych. W dodatku imprezujących nie w odpychającym, obskurnym barze, w którym spotykają się uzależnieni, zarabiający ciałem na kolejną działkę, a w eleganckim klubie dla cool dzieciaków. Ci, którzy nie dotrwali do końca serialu i zrezygnowali w połowie, właściwie nie zobaczyli ani jednej sceny, która przedstawiałaby destrukcyjne skutki heroinizmu. Owszem, to droga zabawa, ale przecież zawsze można coś ukraść rodzicom. A oddawanie się dużo starszym mężczyznom nie jest ładnym widokiem, więc najlepiej w ogóle go nie pokazywać, przedstawiając jedynie roześmiane bohaterki, paradujące pomiędzy samochodami w mocnych ciuchach.

my-dzieci-z-dworca-zoo_r.jpg

Podobnie jest ze scenami śmierci. Babsi, czyli pochodząca z bogatego domu Babette D. była najmłodszą opisaną ofiarą heroiny z Dworca ZOO - przedawkowała w wieku 14 lat, ale twórcy serialu postanowili zmienić jej historię na jeszcze bardziej dramatyczną (tak, jakby przedawkowanie nastolatki było niewystarczająco smutne). Twórcy serialu niejednokrotnie stawiali na metaforyczne rozwiązania, które - znowu - cieszą oko, ale pozbawiają tę historię ładunku emocjonalnego. Zarówno odlatując w dworcowej toalecie, zasypiając w swoich wymiocinach czy żebrząc na ulicy - w każdej odsłonie bohaterowie pozostają wyjątkowo schludnymi i pełnymi życia heroin chic, a narkotyk daje im poczucie okrycia się ciepłym kocem po staniu na zimnie.

my-dzieci-z-dworca-zoo-5jpg.jpg

Historia przedstawiona w serialu w kilku momentach różni się od książkowego oryginału. Współautorka produkcji, Anette Hess, podkreślała, że chciała opowiedzieć uniwersalną historię o trudach dorastania, a produkcja jest jedynie inspirowana Dziećmi z dworca Zoo. Informacja o tym pojawia się zresztą przed każdym odcinkiem. Zabrakło jednak choć jednego zdania wyjaśnienia na temat skutków uzależnienia od heroiny, podobnie jak pominięto wzmiankę na temat dalszych losów bohaterów książki.

Po zakończeniu seansu dopieszczonego pod względem wizualnym okazuje się, że fabuła zaproponowana przez Philippa Kadelbacha tak naprawdę jest dla nikogo. Na pewno nie dla nastolatków, którzy po ośmiu godzinach przyglądania się wyidealizowanemu obrazowi narkomanii i prostytucji mogą mieć poczucie, że sięganie po strzykawkę wcale nie jest takie złe. A tym bardziej dla rodziców, którzy - oglądając rozpaczliwe próby wyciągnięcia dzieci z nałogu - mogą z kolei pomyśleć, że ta zepsuta, dzisiejsza młodzież naprawdę myśli tylko o seksie, ćpaniu i imprezach.

Podziel się lub zapisz
Najmłodsza z niuansowej ekipy. Związana z redakcją newonce.net od 2019 roku. W przerwach od scrollowania TikToka i binge-watchingu najnowszych premier serialowych pisze o zagranicznym i polskim rapie, zjawiskach internetowych oraz modzie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.