Nadchodzi nowy album Bisza, a my sprawdzamy, gdzie podział się jego potencjał

Zobacz również:Musical sci-fi. Kulisy trasy „Psycho Relations” Quebonafide (ROZMOWY)
Bisz
fot. Marl Wasilewska

Bycie rapowym poetą to niełatwe zadanie. Nie ma na to lepszego przykładu, niż solowa kariera Bisza.

Pozycja Bisza na rodzimej scenie jest dość ciekawa. Ma za pasem kultowy album - Wilk chodnikowy za rok skończy dekadę - a w sobie spory zapas potencjału, umiejętności i talentu. Jednak można odnieść wrażenie, że nie do końca potrafi spełnić ten potencjał, a talent i umiejętności wprzęga w brzmienie, które nie zawsze mu służy. Nie ma się co też przesadnie pastwić nad pretensjonalnością pewnych tekstów, ale… Chociaż trochę wypadałoby to zrobić, bo w postaci Bisza ogniskuje się kilka niepokojących tendencji, jakim poddają się tzw. ambitni raperzy i raperki. Niedługo ukazuje się nowy album artysty - Blady król - wydawany w duecie z Kosą. To dobra okazja, żeby przyjrzeć się solowej karierze Bisza, naświetlić jasne strony i zajrzeć w te odrobinę ciemniejsze zakątki.

Zacznijmy od Wilka chodnikowego. To mocna pozycja i uderzenie w scenę z obnażonymi, piekielnie ostrymi kłami. Bisz jest głodny i wściekły, z braggą na podorędziu - braggą w pełni uprawnioną, bo ilość sprytnych flow i ciekawych linijek jest tu naprawdę duża. Komentarz społeczny, jak np. w Trainspotting, może nie należy do najbardziej subtelnych, ale przekaz jest klarowny. Jest tylko w jedną stronę pociąg, innych stron nie ma/Chcesz być biedakiem, nikim, to od razu skocz w przepaść - pociąg materialnych i fizycznych żądz jest nie dla każdego, wielu pozostaje tylko trainspotting. Przejrzyste i robiące wrażenie swoją bezpośredniością. Metaforyka Wilka chodnikowego, choć miejscami ciężkawa, jest bardzo czytelna i skuteczna. Jestem bestią to brawurowy pokaz skilla o natężeniu, które sprawia, że zaczynamy się obawiać o to, czy raper nie przewróci się o własne konstrukcje.

Ale nie, Bisz leci dalej, mistrzowsko balansując na cienkiej linie przerzuconej nad przepaścią zbyt ambitnych pomysłów. Wilk chodnikowy trafił w idealny dla siebie czas i kontekst. W tekstach proponuje model racjonalnej, czy nawet oświeconej indywidualności, w opozycji do płytkiego materializmu. Zuchwałe metafory, często inspirowane horrorami (co się chwali), tylko pogłębiają wrażenie, że mamy do czynienia z artystą pewnym, który konsekwentnie realizuje jasno określoną wizję. Produkcja jest odważna i różnorodna, choć miejscami naznaczona największym grzechem późniejszej twórczości Bisza - pretensjonalnością. Tu i ówdzie przebijają się skrzypki i smutne pianino, szczęśliwie kontrowane rytmiczną inwencją producentów. Niemniej jednak, Wilk chodnikowy to pełen pakiet, a fama otaczająca ten krążek jest jak najbardziej zasłużona.

Dwie płyty wydane z Radexem, Wilczy Humor z 2016 i Duch oporu z 2019, prezentują już trochę inny wizerunek Bisza. Agresja chodnikowego wilka zostaje stępiona, co nie jest aberracją, a raczej naturalnym procesem. Można z nim walczyć, jasne, ale Biszowi chodzi o coś innego. Szczególnie na Duchu oporu widać, że raper chce zaproponować publice wizję hip-hopu dla dojrzałych ludzi, z - przynajmniej pozornie - pogłębionym komentarzem. Niestety, ze stratą dla samej muzyki. Nie zrozumcie mnie źle, takie wydawnictwa mają swoje miejsce, a w krajobrazie zdominowanym przez trapowy hedonizm lub bardzo ekspresyjną emocjonalność, twórczość o innym charakterze potrafi się miło odróżnić i odnieść się do rzeczywistości z innej perspektywy. Wystarczy popatrzeć na Łonę, który od lat udanie działa w swojej niszy, a dzięki Webberowi dostaje interesujące muzyczne nośniki dla swoich treści.

Tego samego nie można powiedzieć o Radexie, znanym np. z zespołu Pustki. Jego produkcje, choć wycyzelowane i dobrze brzmiące, często krzywdzą mikrofonową aktywność Bisza. Nie jest tak, że Radex nie potrafi zaserwować bitu, który jest nie tylko dobry, ale też doskonale dopełnia rapera. Tytułowy utwór z Duchu oporu to ekscytująca produkcja, hulająca w symbiotycznym tandemie z Biszem. Ale Białe batuty, czy Tafla wody brzmią jak nieudane odrzuty z solowych płyt Rojka (a i temu w bardziej udany sposób ostatnio wychodzi łączenie niezalowej gitarkowatości z hip-hopem). W tym muzycznym kontekście Bisz musi próbować tkać swój hip-hop, zbliżając się coraz bardziej do Męskiego Grania.

Niestety, także pod względem tekstów. Na etapie Wilka chodnikowego ten racjonalny indywidualizm, czyli prezentowanie się jako jednostki świadomej, wyrastającej ponad społeczeństwo nie z pogardą, a samoświadomością, działało doskonale. Dzisiaj model indywidualizmu proponowanego przez rap jest kompletnie inny. Materialistyczny, hedonistyczny, bardzo emocjonalny i przerysowany. Bisz na tym tle brzmi archaicznie, jak człowiek, który utracił słuch społeczny. Nie ma na to boleśniejszego dowodu, niż Oflajn - boomerski koszmarek, który winę na wszystkie bolączki tego świata zrzuca na smartfony i telewizję. Wydawać by się mogło, że Bisz jest idealnym kandydatem do walki z powierzchownością współczesnego materializmu, ale sam zabiera się do tego dość powierzchownie.

A skoro już przy płytkości jesteśmy, to warto zwrócić uwagę na kolejną tendencję, która nie ogranicza się tylko do Bisza, a którą można rozciągnąć także na wielu innych ambitnych raperów i raperki. Namechecking literacki i filozoficzny. Naprawdę, wrzucenie od czapy Seneki czy Bukowskiego do tekstu wcale go nie pogłębia. Często słychać narzekania na wymienianie luksusowych marek w rapowych tekstach, ale wrzucanie sobie a muzom filozofów i wielkich postaci literatury działa w ten sam sposób. Czyli w ogóle, jest po prostu niepotrzebnym ozdobnikiem, tyle, że z Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, a nie Vitkaca. Co innego kiedy w teksty wszywa się konkretne myśli filozoficzne, pogłębiające przekaz, czy wspomagające, intelektualne metafory. Niestety tego jest u Bisza zdecydowanie mniej.

Źle się czuję, oceniając czyjąś wrażliwość poetycką, bo to dość indywidualna sprawa. Ale słuchając Bisza często czuję, że ktoś próbuje mi wmówić, że kałuża, którą widzę to tak naprawdę ocean. Wilk chodnikowy, mimo wielu poetyckich aspektów i metaforycznych wycieczek, balansował cięższe środki stylistyczne agresją i energią. Na płytach z Radexem tego brakuje. Nie znaczy to, że są to albumy od początku do końca nieudane. Ponownie - Bisz ma w rękach sporo talentu i cały czas potrafi przywalić celnymi wersami, albo wymalować wyjątkowo barwny krajobraz literacki. Ale oprócz tego za bardzo polega na bezsensownych odniesieniach (z powodzeniem można nazwać je intelektualnym fleksem), lub wpada w pułapki roli barda czy autorytetu. Kiedy odpuszcza - sobie i innym - dostajemy Wilka chodnikowego, tytułowy utwór z Duchu oporu, czy Pogoń (Jest coś do – ot tak – zrobienia/Zrobiłby to nawet Gang Olsena/Jeśli się nie uda trzeba będzie grać od zera/Skończymy na bruku jak... fortepian Chopina? - jest i literackie odniesienie, odpowiednio subtelne!).

Bisz oczywiście nie jest stracony - single z nowej płyty są całkiem porządne, echa gitarowej alternatywy zamieniają na nowoczesną elektronikę i współczesny hip-hop, co raperowi służy zdecydowanie lepiej. Wilk chodnikowy to nie szczęśliwy traf nie do powtórzenia, fuks pogubionego amatora. Ale czuć, że raper się miota, z jednej strony próbując swoich sił w dojrzałej muzyce we współpracy z Radexem, z drugiej pokazując się z najkorzystniejszej strony na featuringach (Lodu pan Sariusa!). Czy Blady król będzie artystycznym wzlotem, na który czekamy już kilka dobrych lat? Trzymamy kciuki, bo Bisz to silny, oryginalny głos na rodzimej scenie. A takim warto kibicować.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz, muzyk, producent, DJ. Od lat pisze o muzyce i kulturze, tworzy barwne brzmienia o elektronicznym rodowodzie i sieje opinie niewyparzonym jęzorem. Prowadzi podcast „Draka Klimczaka”. Bezwstydny nerd, w toksycznym związku z miastem Wrocławiem.