Najwyższa porażka w historii Niemiec. Takiej Hiszpanii po prostu trzeba się bać

Zobacz również:Piękne kulisy kadry Manciniego. 12 rzeczy, których dowiedzieliśmy się po serialu „Sogno Azzurro”
HiszpaniaGettyImages-1286211734-1.jpg
Fot. Fran Santiago/Getty Images

Jeszcze nigdy reprezentacja Niemiec nie dostała takiego lania (0:6) w oficjalnym meczu o punkty. Sześć bramek Hiszpanów pokazuje, jakie męki będą czekały piłkarzy Brzęczka podczas mistrzostw Europy. Skoro nasi zachodni sąsiedzi mieli 31 procent posiadania piłki, skoro nie potrafili oddać celnego strzału, to powody do strachu istnieją. To najlepszy mecz za kadencji Luisa Enrique, chociaż selekcjoner Hiszpanów jeszcze przed momentem wysłuchiwał krytyki za zbyt dużą liczbę eksperymentów.

Futbol wcale nie musi być logiczny. Ale skoro widzimy męczarnie Polaków z Włochami czy Holandią, a później obserwujemy, co Hiszpania wyprawia z Niemcami (6:0), nietrudno dodać dwa do dwóch. Nasz grupowy rywal na Euro 2020 kilka dni wcześniej mierzył się z krytyką, ale okazały się to głosy bardzo powierzchowne, o czym sami obszernie napisaliśmy. Tej grupie piłkarzy wyselekcjonowanych przez Luisa Enrique brakuje jedynie wielkiego, międzynarodowego sukcesu. Bo talent jest na swoim miejscu, a La Furia Roja aż nim ocieka.

Byliśmy naocznymi świadkami najwyższej porażki w historii reprezentacji Niemiec w meczu o punkty. 24 maja 1931 roku, czyli w okresie międzywojennym, Austria także wygrała 6:0, ale wtedy mówiliśmy jedynie o sparingu. Tym razem stawką było wejście do finałów Ligi Narodów. A zawodnicy Joachima Löwa nie tylko stracili sześć bramek. Oddali rywalowi 69 procent posiadania piłki, nie oddali ani jednego celnego strzału na bramkę Unaia Simona, nawet różnica w liczbie podań jest zatrważająca (349 do 812).

A przecież mogło być jeszcze wyżej. Alvaro Moracie skradziono bramkę przez niesłusznie odgwizdanego spalonego, do tego jeszcze przed przerwą arbiter nie widział jedenastki. Hiszpanie w Sewilli byli jak walec, niejako rewanżując się za klęskę z mundialu Brazylijczyków. Wymowny jest fakt, że Manuel Neuer w całej karierze nie stracił sześciu goli w jednym spotkaniu.

To był recital drużyny Luisa Enrique, a na boisku miał od początku po jednym zawodniku Realu (Sergio Ramos) oraz Barcelony (Sergi Roberto). Postawił na rozwarstwienie i odważnie oddał głos następnemu pokoleniu. Pewnie nie każdy byłby taki pewien, że 20-letni Ferran Torres skończy ten mecz z hat trickiem. Atakujący Manchesteru City – kupiony latem za promocyjne 23 miliony euro – staje się wysokiej klasy nowoczesnym napastnikiem, który atakuje wolną przestrzeń z głębi pola. Zdobył trzy bramki, mógł jeszcze więcej. Ale to pod niego była ustawiona gra. Nawet Alvaro Morata częściej brał się za rozgrywanie, by obsługiwać podaniami połączenia Alta Velocidad Española, czyli Ferrana. Zawsze miał dynamit w nogach, niesamowitą szybkość oraz siłę mięśni, ale teraz u Pepa Guardioli przechodzi metamorfozę w zawrotnym tempie. Dojrzał o kilka wiosen w zaledwie kilka tygodni.

Jednego bohatera tego meczu nie znajdziemy. Moglibyśmy tak mnożyć w kółko. Koke miał dwuletnią przerwę od reprezentacji, a z Niemcami w Sewilli rozegrał zawody, jakie wręcz gwarantują mu miejsce w jedenastce. Był mózgiem środka pola jak Xavi za najlepszych czasów. Z 5 kluczowymi podaniami, 95 procentami celnych zagrań i perfekcyjnymi przerzutami. Prawie się nie mylił, wysyłał przeciwników w pole, kroił kolejne kółeczka, aż znalazł rozwiązanie. Podobnie Rodri – we dwójkę zdominowali grę tak mocno, że w zasadzie Sergio Busquets w aktualnej formie mógłby jedynie się uczyć.

Można tak w nieskończoność: Alvaro Morata stał się innym piłkarzem, jakby w Turynie totalnie nabrał luzu, bo urósł prawie w każdym aspekcie rzemiosła napastnika; tyłem do bramki to inny zawodnik, przodem tym bardziej; Jose Luis Gaya to na ten moment topowa piątka lewych obrońców świata, ale nie przemawia za nim klub Valencia, w której pozostał jako kapitan, wychowanek i chłopak zakochany w tych barwach od dzieciństwa; Pau Torres coraz wyraźniej zgłasza się, aby zostać partnerem Sergio Ramosa na środku obrony podczas mistrzostw Europy, a Fabián Ruiz i Dani Olmo udowodnili, że za chwilę każdy największy klub może ruszać do bójki o nich.

Indywidualnie Hiszpanie zmiażdżyli Niemców, którzy od kilku miesięcy zmagają się z podobnymi problemami. Też stali się „Niekochani”, a rodacy ponownie odwrócili się od drużyny narodowej. Szczegółowo ten przypadek tłumaczy Michał Trela, a Joachim Löw też zdaje sobie sprawę, że mistrzostwa Europy mogą być jego ostatecznym pożegnaniem. Jeszcze przed chwilą to Hiszpanie byli obiektem żartów, ale teraz nie można ich nie traktować poważnie.

Luis Enrique nieustannie robi swoje, czyli buduje jedną z najbardziej uniwersalnych taktycznie drużyn na świecie. Hiszpanie mówią, że on wygrywa rywalizację „przy tablicy”, czyli że odrabia pracę domową perfekcyjnie. Jako jeden z największych specjalistów na świecie potrafi rozczytywać przeciwnika i budować na tym przewagę. Starannie selekcjonuje 20 nazwisk z pola, aby zabrać na Euro 2020 piłkarzy o jak najróżniejszych profilach. Mięśnie, szybkość, technikę, przyspieszenie, strzał z dystansu, każde możliwe rzemiosło. Z Niemcami postawił na to, aby wielką ruchliwością wyciągać obrońców ze swoich stref i rozbijać formacje przeciwnika. Efektem było mnóstwo wolnej przestrzeni dla Ferrana Torresa – i wtedy można było posłać mu piłkę na dobieg albo zagrać futbolówkę do nogi, doprowadzając do gry 1 na 1 z Philippem Maxem. W nim Enrique upatrzył sobie słaby punkt. I dlatego kropla drążyła skałę, aż się wylało.

Nie musimy być jasnowidzami, aby domyślać się, jak może wyglądać mecz Polaków z Hiszpanami na mistrzostwach Europy. Istotnie identycznie jak w przypadku młodzieżówki Czesława Michniewicza. Kwestią pozostanie, na ile uda się szczelnie bronić, na ile przetrzymywać piłkę oraz jak skutecznie wyprowadzać kontrataki. Może jeszcze potencjalne stałe fragmenty gry powinny grać rolę dodatkowego atutu. Finalnie jednak jesteśmy skazani na bieganie z wywieszonym językiem i utrudnianie życia Hiszpanom. Tym, którzy wymieniają piłkę niezwykle mądrze i dość szybko jak na światowe warunki. Nie zawsze to pokazują, ale jak mało kto czują moment przyspieszenia gry. Jeden ruch Alvaro Moraty, a środkowy obrońca wybiegł ze swojej strefy. Tam już pędzi rozpędzony Olmo, Ferran albo Jose Gaya.

Napoli, Valencia, Real Sociedad, RB Leipzig, Atletico Madryt, Villarreal, Athletic – zawodnicy hiszpańskiej reprezentacji wcale nie grają w najsilniejszych klubach świata ani nie straszą nazwiskami. Ale każdy z nich mógłby tam trafić i spokojnie dałby sobie radę. Dlatego Pep Guardiola kolejno wyciąga takie talenty jak Rodri czy Ferran Torres, dwie najbardziej zjawiskowe postaci w Sewilli. Podczas Euro 2020 mogą nas czekać naprawdę trudne chwile. Hiszpanie nigdy nie przestali należeć do czołówki, po prostu dali sobie czas, aby przetasować prawie wszystkie nazwiska, jakie mieli w talii. I teraz nie jako faworyt, ale mocny gracz znów ruszą na podbój mistrzostw. Najmocniejszego gracza mają na szczęście na ławce rezerwowych – Luis Enrique rozbija bank niektórymi meczami. Przypomnijmy, że sześć bramek wbił już Niemcom oraz Argentynie. Kiedy trafią z dniem i taktyką, nie biorą jeńców.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.