Obejrzeliśmy „Ligę Sprawiedliwości Zacka Snydera” i przestrzegamy przed tym nudnym egotripem

liga.png

Cztery godziny z nową wersją Ligi Sprawiedliwości Zacka Snydera to nawet nie wyzwanie, a po prostu masochizm. Reżyser twierdzi, że film można obejrzeć jak serial, czyli w częściach - sprzyja temu nawet podział na rozdziały. Ale nie dajcie się zwieść - nawet zaprawieni w binge watchu weterani i weteranki dość szybko stracą morale pod naporem sztucznego dramatyzmu i wizualnej kakofonii.

Z drugiej strony ten film to mocno autorski głos, co jest bardzo rzadkie w superbohaterskim gatunku. Reżyser pokazuje tu swoje najlepsze i te najgorsze strony, z których znamy go aż za dobrze przez jego ostatnie, nieudane wycieczki do komiksowego świata DC.

Istnienie tego filmu to fenomen sam w sobie, kolejny dowód na to, że studia filmowe żyją dzisiaj pod pistoletem przyłożonym do skroni przez rozochocone i roszczeniowe internetowe hordy. Oryginał Ligi Sprawiedliwości był kompletnym niewypałem, zszytym z niedokończonej wizji Snydera i nieudanych prób wykrzesania iskry radości przez Jossa Whedona. Bezustanne salwy komentarzy i sieciowych petycji domagały się wypuszczenia tzw. Snyder cutu, czyli wersji, którą pierwotnie zamierzył sobie autor Batman v Superman. Studio ostatecznie się ugięło, reżyser dostał 70 milionów dolarów (!) na doprowadzenie projektu do końca i nie były to dobrze wydane pieniądze.

Ale zacznijmy od tego, co rzeczywiście się udało. Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera jest o wiele bardziej spójna niż oryginał. Zarówno wizualnie, jak i pod względem tonu. Zniknęły whedonowskie dowcipy, próby uczłowieczenia bohaterów i bohaterek - zabiegi znane z blockbusterów Marvela, które nijak pasowały do ponurego uniwersum, ustabilizowanego w poprzednich filmach naznaczonych palcem autora 300. Całość wygląda lepiej, chociaż kiedy na długie minuty zmienia się w shitfest komputerowej animacji, to nie tylko chce się wydłubać oczy, ale czujemy się zwyczajnie przebodźcowani. Snyder ma rodzaj scen, w których odnajduje się najlepiej: to pełne patosu, dramatyczne konstrukcje i złożone sceny akcji, ale koniecznie bez broni palnej - tych jakoś nie umie za dobrze kręcić. W Lidze Sprawiedliwości jest cała sekwencja z Cyborgiem, która sygnalizuje dobry film, z obowiązkowo podniosłą sceną na meczu futbolu. Podobnie ucieczka Amazonek przed Steppenwolfem, pełna dynamiki i efektownych ruchów kamery. Niestety z tak małej skrzynki z narzędziami nie da się skręcić całego filmu, a już tym bardziej takiego, który trwa cztery godziny.

Chyba nigdy nie brałem udziału w bardziej kuriozalnym seansie, a jestem koneserem popkulturowych odpadków, filmów tak złych, że aż dobrych, efektownych katastrof kinowych. Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera złamała mnie psychicznie. W trakcie seansu czułem się, jakbym oglądał serial, ale tylko losowe odcinki z różnych sezonów. Zresztą najlepsze momenty filmu przypominały wysokobudżetową wersję seriali DC z telewizji CW, jak Flash czy Legends of Tomorrow. I oglądało się to dobrze, bo największym problemem tamtych produkcji było aktorstwo, które u Snydera jest porządne (poza Gal Gadot - jest imponująco nieistniejąca).

Z Ligi Sprawiedliwości dałoby radę zrobić solidny, półtoragodzinny film o Cyborgu, bo jego wątek jest najsolidniej zbudowany, a motywacje najbardziej czytelne. Cyborg i Flash mają zresztą fajną dynamikę, którą chciałoby się oglądać częściej - niestety, Ray Fisher grający Cyborga poskarżył się na rasizm i agresję Whedona na planie pierwotnego filmu i za karę został usunięty z nadchodzącego Flasha. Poza tym trudno znaleźć w Lidze Sprawiedliwości ciekawe wątki czy interesujące postacie. Batman jest najmniej charyzmatycznym zbieraczem drużyny w historii wszystkich drużyn. Aquamanowi nie dano do roboty nic - poza zatrzymaniem wody pod koniec filmu. Superman pojawia się na parę momentów i znowu jest tym samym ponurym psychopatą, co w Batman v Superman i Man Of Steel. Z jakiegoś powodu na 15 sekund wbija Martian Manhunter, co nie ma żadnego sensu. Ludzie wokół tych superbohaterów to po prostu dekoracje albo funkcjonalne pionki, jak Alfred czy Lois Lane.

I to wszystko nie byłoby problemem, gdyby nie emocjonalne ambicje Snydera. Nieznośny, pełen patosu podbijanego koszmarnym soundtrackiem (i puszczaniem całych utworów!) dramatyzm pojawia się co chwilę. Patrzymy na papierowe kukiełki w trykotach, a reżyser cały czas wrzeszczy nam do ucha: czuj! Czujesz już emocje?! To jest poważny film, CZUJ EMOCJE! Sorry Zack, to jest film o ludziach w śmiesznych kostiumach, którzy nie mogą dopuścić do tego, żeby magiczne pudełko trafiło w ręce wroga z gry na PS2, nie koreański dramat obyczajowy. Wszyscy są smutni, albo pogniewani. Trudno nawet dociec, dlaczego - bo magiczne kostki się świecą? Bo Superman nie żyje? Bo Aquaman poszedł w morze i śpiewała mu cała wioska, a jedna pani to nawet powąchała jego sweter (tak, to prawdziwa scena w tym filmie)? Uniwersum Snydera jest pozbawione kolorów i życia, krawędziowe do stopnia, w którym od ran kłutych trzeba jechać na SOR. Dominuje w nim patos i potężne EMOCJE, ale brakuje sensu i ludzkich uczuć, którymi można obdarzyć wydarzenia i osoby na ekranie.

ustice.jpg

Zatrzymajmy się na chwilę przy głównym wrogu i osi fabularnej filmu, Steppenwolfie. Powiedziałem głównym? Przepraszam, on jest tylko emisariuszem kogoś większego, bo oczywiście gramy na sequel. Steppenwolf wygląda odrobinę lepiej niż w oryginale - powiedzmy, że to przesiadka z PlayStation 2 na PS3, czyli wciąż dwie generacje do tyłu - ale nie mamy żadnego związku emocjonalnego z tym tworem, nie mówiąc o tym, że jego design przegrywa z każdą generyczną grą wideo, gdzie występuje ziomek z rogami. Historia tego gagatka jest teraz bardziej rozbudowana, ale nie wykracza poza klisze, które widzieliśmy już w dziesiątkach takich filmów. To jest wręcz zabawne, jak bardzo ten schemat fabularny jest powielany: inwazja istot z innego wymiaru (w alternatywnej wersji z innej planety), zebranie magicznych przedmiotów, zły krzyczy nieee i do domu. Koniecznie z obowiązkowym wystrzałem wiązki energii w niebo. Robili to już Avengersi, ba, robił to także Man Of Steel, zróbmy to po raz 67, bo wymyślanie nowych rzeczy jest dla frajerów! Rozumiem, że żyjemy w czasach kompletnego kreatywnego bankructwa jeśli chodzi o blockbustery, ale są pewne granice cierpliwości do powtarzanych w kółko zabiegów fabularnych. Liga Sprawiedliwości te granice nie tylko testuje, ona je po prostu wrzuca do pralki i sprawdza, co się stanie.

Niestety, film Snydera trudno obronić nawet w kategorii efektownego spektaklu. Solidne sceny akcji mieszają się tu z przydługimi wylewami niezbyt udanej komputerowej animacji, a całość ściągają w dół koszmarnie nudne, ponure sekwencje. Miks audio robił ten jeden ziomek, co zawsze wkłada głowę do głośnika na imprezie: Steppenwolf jest o połowę głośniejszy niż reszta dźwięków, a dialogi gubią się w absurdalnie grzmiącej muzyce. Wizualnie czasami trudno odczytać to, co dzieje się na ekranie, nie mówiąc już, że projekty wrażej armii wyglądają jak odrzuty trzecioligowego dewelopera gier na komórki. Nawet nie wchodzę w makabrę politycznej warstwy tego filmu, dość powiedzieć, że następne dzieło Snydera to ekranizacja powieści Ayn Rand, a Batman szpanuje merolem i opowiada z samozadowoleniem, że jego supermocą jest bogactwo. Liga Sprawiedliwości to koszmar, absolutne piekło, które jest momentem granicznym gatunku superbohaterskiego. Egotrip człowieka, który siebie i swoje filmy traktuje śmiertelnie poważnie, choć babra się w najmniej poważnych tematach, jakie można sobie wyobrazić. Lista innych, lepszych rzeczy, które można zrobić w cztery godziny, zajęłaby cały ten tekst. Zróbcie swoją i olejcie ten film!

Podziel się lub zapisz
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.