Momentami w środowy wieczór na Stadio Giuseppe Meazza miał Liverpool problemy i wydawało się, że będzie chciał tylko ten mecz przetrwać, a mimo tego dzięki dwóm bramkom w ostatnim kwadransie jest jedną nogą w kolejnej rundzie Lidze Mistrzów. Ale Jürgen Klopp ma więcej powodów do zadowolenia.
Gdyby prześledzić historię Liverpoolu pod wodzą niemieckiego menedżera, to mniej więcej na tym etapie sezonu najczęściej nadchodził moment lizania ran. Styczeń jest z reguły najsłabszym miesiącem drużyny za kadencji Kloppa, wystarczy przypomnieć chociażby zeszły rok i fatalną wówczas serię na Anfield, więc w tym sezonie też były obawy o powtórkę. Przecież Sadio Mane i Mohamed Salah wyjeżdżali na Puchar Narodów Afryki, a terminarz był w tym czasie naładowany.
Mimo tego Liverpool przeszedł przez wszystkie rozgrywki bez Senegalczyka i Egipcjanina suchą stopą. Obaj wrócili z turnieju późno, ale przynajmniej bez problemów zdrowotnych i można było odetchnąć z ulgą. Ale tylko na chwilę. Seria, która miała nastąpić tuż po powrocie Mane i Salaha zapowiadała się na jeszcze bardziej wymagającą. Tym bardziej, że już w tym czasie miało się okazać, ile Liverpool wyciągnie z tego sezonu i na jakiej pozycji ustawi się przed ostatnią prostą ligową.
Mecz z Interem był dla piłkarzy Kloppa czwartym z serii dwunastu, jakie rozegrają w ciągu 42 dni. W tym czasie uczestniczyć będą w rozgrywkach na czterech frontach (Premier League, Liga Mistrzów, Puchar Ligi, FA Cup) i gdyby w FA Cup udało im się przejść Norwich City w 1/8 finału, to liczba spotkań wzrosłaby do trzynastu. Nic dziwnego, że menedżer The Reds przed wyjazdem do Mediolanu cieszył się, że po raz pierwszy w tym sezonie miał do dyspozycji wszystkich piłkarzy. Każdy, kto miał wrócić z Pucharu Narodów Afryki już w klubie jest, kontuzje wyleczyło kilku ważnych zawodników, a przy okazji do gry z marszu gotowy jest nowy zimowy nabytek Luis Diaz.
Na tej podstawie można było twierdzić, że skład, jaki Klopp wystawi w Mediolanie, powie nam, jak dziś Niemiec postrzega swój zespół i jaka jest według niego najsilniejsza jedenastka. Nie mogło więc dziwić, że od pierwszej minuty na Stadio Giuseppe Meazza w ataku obok Mane i Salaha zagrał Diogo Jota, którego gole dały drużynie potrzebny oddech bez dwóch pozostałych strzelb i czynią Portugalczyka drugim najlepszym strzelcem Liverpoolu. Zaskoczeniem nie powinien być też duet Fabinho i Thiago w środku pola, przez który Jordan Henderson wylądował na ławce rezerwowych.
Uwagę zwracał przede wszystkim trzeci gracz tej formacji, czyli Harvey Elliott. 18-latek niedawno wyleczył się ze złamanej kostki i na początku lutego dostał pierwsze przetarcie w FA Cup z Cardiff City, gdzie nawet zdobył bramkę. Z Interem Klopp postanowił wrzucić go jednak na głęboką wodę. Elliott w Mediolanie zadebiutował w europejskich pucharach i był to jego pierwszy mecz w wyjściowej jedenastce po 158 dniach przerwy. Wybór Kloppa był więc odważny, ale młody Anglik miał mieć wsparcie osi Fabinho i Thiago, dzięki czemu sam otrzymał więcej swobody. Przecież w dziewięciu meczach tym sezonie, gdy Brazylijczyk i Hiszpan grali razem w środku pola, Liverpool wygrywał za każdym razem i stracił tylko jedną bramkę.
Pod nieobecność Nicolo Barelli po drugiej stronie wydawało się, że tak skonstruowany środek pola Liverpoolu powinen przejąć kontrolę nad tym meczem. Tak się jednak nie stało. Początek był bardzo wyrównany i Inter szukał sobie okazji za ustawioną wysoko linią obrony The Reds. Mistrzowie Włoch narzucili dobre tempo i wysoką intensywność, zmuszając rywali do błędów, a potem zdominowali początek drugiej połowy.
Plan Kloppa musiał ulec zmianom. Hakan Calhanoglu znajdował sobie przestrzeń w środku pola i w pierwszej połowie mógł zdobyć bramkę, ale trafił w poprzeczkę. Zastępujący Barellę Arturo Vidal w swoim stylu nie odstawiał nogi i świetnie spisywał się w asekuracji, czego dowodem jest najwyższa w meczu liczba siedmiu odbiorów. Ustawienie Interu w formacji 3-5-2 sprawiało Liverpoolowi pewne kłopoty, dlatego już w przerwie Jotę zamienił Roberto Firmino, który miał podchodzić niżej do pomocników LFC i rozbijać strefę, w której Inter osiągnął wyraźną przewagę.
To, co stało się później, pokazało jednak, dlaczego Klopp tak bardzo zacierał ręcę na możliwość skorzystania z całej szerokości składu. Jeszcze samo wejście Firmino nie zmieniło za wiele i pierwszy kwadrans drugiej połowy to był okres, w którym wydawało się, że bramka dla Interu jest kwestią czasu, dlatego menedżer gości w 59. minucie przeprowadził aż potrójną zmianę, która całkowicie wywróciła mecz.
Klopp często podnosi w Premier League kwestię liczby dopuszczalnych zmian i wraz z chociażby Thomasem Tuchelem jest zwolennikiem pięciu, a wydarzenia z Mediolanu pokazują, dlaczego tak jest. Liverpool wprawdzie nie ma aż tak szerokiej ławki rezerwowych jak Chelsea czy Manchester City, ale i tak w środę wieczorem miał na niej kilku bardzo dobrych piłkarzy. We wspomnianej 59. minucie weszli Diaz, Henderson i Naby Keita, którzy zastąpili Elliotta, Fabinho i Mane, co w połączeniu z wprowadzonym wcześniej Firmino zaczęło przynosić efekty.
Simone Inazghi zareagował, zdejmując Lautaro Martineza i wprowadzając Alexisa Sancheza, ale mecz wymknął się Interowi spod kontroli. Do 60. minuty to Inter miał przewagę w posiadaniu piłki i wygrywał większą liczbę pojedynków. Ostatnie pół godziny to jednak popis dojrzałości Liverpoolu. Nowi zawodnicy z ławki wnieśli świeżą energię, co widać było chociażby po Diazie, który szybko zaczął dochodzić do głosu. W tym okresie spotkania role się odwróciły i to goście z Anglii byli przy piłce niemal przez 67% czasu oraz oddali większą liczbę strzałów. Dwa z nich wpadły do siatki Samira Handanovicia i zapewniły zwycięstwo 2:0, które znacząco wygasza emocje przed marcowym rewanżem.
Bramki padały w idealnym momencie. Przed meczem, na co zwracał m.in. uwagę Michał Zachodny w swojej analizie w newonce.sport, podkreślano, że siłą obu ekip mogą być stałe fragmenty gry i tak właśnie Liverpool strzelił pierwszego gola. Andy Robertson dośrodkował z rzutu rożnego, a do piłki pięknie ustawił się Firmino, skontrował głową jej lot i trafił przy słupku. Z Interu zeszło powietrze, a The Reds wyczuli szansę i osiem minut później Salah zabił mecz golem na 2:0.
Dla Interu to był frustrujący wieczór. Liverpool długo wydawał się w zasięgu i plan Inzaghiego na ten mecz się sprawdzał, jednak gdy przyszło co do czego, Klopp miał zapasy jakości na ławce rezerwowych. Dla Niemca taka sytuacja jest o tyle komfortowa, że zwykle mógł narzekać na głębię kadry i teraz, mimo że nadal nie jest jeszcze tak, by na każdej pozycji miał klasowego zmiennika, sytuacja się poprawiła. A przed walką na wszystkich frontach to istotne.
Najbliższe tygodnie pokażą zdefiniują ten sezon Liverpoolu. Trent Alexander-Arnold przed spotkaniem z Interem powiedział, że przy takim potencjale ich celem powinno być co najmniej jedno trofeum co roku. Na razie wciąż mają szanse na cztery, a pierwszą już niebawem w finale Pucharu Ligi z Chelsea. W FA Cup będą z kolei faworytem z Norwich City i jeśli przejdą, znajdą się w ćwierćfinale i też będą jednym z czołowych kandydatów do triumfu. W Lidze Mistrzów mają zadanie do połowy wykonane z Interem i zostaje jeszcze Premier League.
Na razie Klopp twierdzi, że jego zespół nie zaczął nawet wywierać presji na Manchesterze City, choć obaj menedżerowie wciskają sobie tego gorącego kartofla. Pep Guardiola przecież dopiero co powiedział, że nadal ogląda się za siebie na Liverpool, bo to rywal, którego określił mianem „pain in the ass”, czego nie trzeba zbytnio tłumaczyć.
Strata Liverpoolu do City w lidze wynosi dziewięć punktów, ale ma on jeden mecz rozegrany mniej, a jeszcze obie drużyny zetrą się na Etihad. Sprawa nie jest więc całkowicie przesądzona i Klopp będzie wierzył. Tym bardziej, że mecz z Interem pokazał po raz kolejny, że ma drużynę odporną na wszelkie trudności, bardzo dojrzałą i gotową na duże wyzwania. Takie spotkania, gdy gra się nie układa, a mimo tego udaje się wygrywać, mówią o zespole najwięcej. Alexander-Arnold ma więc rację. Z taką grą i zaprawieniem w bojach przydałoby się tym razem włożyć coś do klubowej gabloty.
