Po nagraniach z Brockhampton, Kennym Beatsem i Slowthaiem nadchodzi czas Deb Never

Zobacz również:News dnia? Denzel Curry, slowthai, JPEGMAFIA i ZillaKami zakładają zespół!
Deb Never.jpg
fot. Scott Dudelson/Getty Images

Północno-zachodnia części Stanów Zjednoczonych, Pacific Northwest, to rejon surowy i zróżnicowany pod względem natury. Upodobały go sobie przedsiębiorstwa technologiczne. Wyróżnia się ekstremalną intensywnością opadów i sceną alternatywną, która dała światu Jimiego Hendrixa, Nirvanę, klasyków indie spod znaku Built To Spill i Modest Mouse czy falę awangardowych zespołów metalowych. Stamtąd pochodzi Deb Never; globtroterka, która wypływa na szerokie wody z dwustutysięcznego miasteczka Spokane.

Nie mówi szeptem, gdy mówi, skąd jest. Regionalny patriotyzm znajduje odbicie w jej twórczości, a emo-grunge’owa tożsamość jest wyciągana przez światową prasę przy każdej możliwej okazji. Deb Never nie wypiera się tych inspiracji. Przyznaje, że wypracowała zdolności kompozycyjne i ucho do melodii, słuchając Kurta Cobaina i Brand New. Chociaż ci drudzy to akurat Long Island. W archiwalnych relacjach z Seattle i okolic powraca motyw chu*owej pogody jako motoru napędowego dla wielu składów. Kolejne generacje dzieciaków uciekały przed ulewami do zastawionych sprzętem garaży. Czy z nią było tak samo? Jako wskazówkę można traktować chałupniczy, szkicowy charakter pierwszych demówek, które lądowały na SoundCloudzie, ale to wciąż nic ponad spekulacje.

Bo Deb nie daje się łatwo zaszufladkować. Zarówno w kwestii pochodzenia, jak i stylu. Jeszcze dorastając w stanie Waszyngton, podróżowała do Korei i Malezji. Progresje akordowe rzeźbiła już jako jedenastolatka w rodzinnym domu, ale kluczowa okazała się dla niej przeprowadzka do Los Angeles i – przypadkowa – znajomość z gośćmi, reprezentującymi kolektyw WEDIDIT. Po tym, jak kilka miesięcy kumplowałam się z Henrym, powiedział mi na kolacji, że rusza w trasę. Nie miałam pojęcia, że w ogóle robi muzykę, więc zapytałam go o pseudonim artystyczny. Usłyszałam: Shlomo i zupełnie zwariowałam. Spędziłam masę czasu z facetem, którego kawałki kochałam od dawna, a nie wiedziałam, że to on. Jeszcze tej samej nocy byłam w studio WEDIDIT i wkrótce zaczęłam nagrywać z D33J. W ten sposób dziewczyna wychowana na Elliocie Smithu, wyznająca estetykę lo-fi, zapracowała na status istotnej postaci kalifornijskiej sceny beatowej. Tak przynajmniej postrzegał ją dziennikarz Complex. Osobną kwestią pozostaje, że – jak sama twierdzi – jej metoda twórcza, warsztat wokalny czy patent songwriterski niespecjalnie zmieniły się na przestrzeni lat. Progres ma dotyczyć głównie warstwy produkcyjnej.

Przełomowy okazał się dla niej 2019 rok, gdy - właściwie w tym samym czasie - światło dzienne urzała pięcioutworowa EP-ka House On Wheels oraz teledysk do singla No Halo z Ginger Brockhampton. Timing idealny jak na progu u Małysza w złotej erze. I to stało się tak nagle jakby dziełem przypadku. Zaśpiewała hook u hype'owanej ekipy, ponieważ znała się z jej członkami, Mattem Championem i Ciaránem McDonaldem. Podczas domówki została poproszona o zajęcie się wokalami do nowej piosenki i dalej poszło. Błyskawicznie wskoczyła na wyższy poziom rozpoznawalności, do czego przyczynili się fanatyczni szalikowcy hip-hopowej grupy. Deb Never znalazła się na fali wznoszącej i posurfowała wprost do studia Kenny'ego Beatsa. Rozchwytywany producent miał już wtedy na koncie muzyczny wkład w takie płyty, jak Freddie Freddiego Gibbsa, FM! Vince'a Staplesa czy Magdalene FKA twigs. Razem z Deb przygotował numer Stone Cold z okresu, gdy na całym świecie rozpoczynał się lockdown.

Artystka nie próżnowała w pierwszej fazie pandemii. Kwarantanna dała jej przestrzeń do pracy nad kompozycjami, które zebrała w maju i opublikowała jako Intermission. Cały zysk ze sprzedaży materiału został przekazany na rzecz pracowników służby zdrowia, walczących z koronawirusem.

Jeden z jej ostatnich wywiadów ukazał się pod tytułem Keep it real, keep it moving. W zgodzie z tą dewizą - dwudziestosześciolatka zamieniła Los Angeles na Londyn. Szukała odmiennej scenerii, wyzwań i brzmień. Pierwsza piosenka, która napłynęła od niej z Wysp świadczy o tym, że udało jej się to znaleźć. Someone Else zostało wyprodukowane przez Jacka Lathama (Jam City), który w drugiej części czerpie z brytyjskiego dziedzictwa drumnbassowego.

- Z mojej perspektywy kluczowy dla procesu twórczego jest dyskomfort, który dopada cię, kiedy znajdujesz się w innym miejscu niż to, gdzie normalnie żyjesz; do którego jesteś przyzwyczajony. Taki niepokój przekłada się u mnie na rozwój i nowe pomysły. Naprawdę wierzę w to, że każde miasto - poza charakterystyczną architekturą czy pogodą - ma też unikalną energię. Ta w Londynie jest superinspirująca - mówiła Deb przed miesiącem dziennikarce Teeth Magazine.

Obecność w angielskim uniwersum zaznaczyła efektownie, nawiązując współpracę z tutejszym bohaterem klasy robotniczej; najbardziej angielskim z angielskich raperów.

Dywagowanie, ile będzie w stanie wysiedzieć na miejscu, przypomina wróżenie z fusów. Someone Else można jednak odczytywać jako statement, że znalazła się we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Z jej medialnych wystąpień da się wyczytać, że rozwinęła się jako człowiek - skoro kiedyś bała się zamówić szamę w McDonald's, a obecnie pytana o to, co właściwie gra, odpowiada: mój gatunek to Deb Never. Ale trzeba to jeszcze podkreślić pełnoprawnym wydawnictwem. Jak nie teraz, to kiedy niby?

Podziel się lub zapisz
Senior editor w newonce.net. Jest związany z redakcją od 2015 roku i będzie stał na jej straży bezapelacyjnie do samego końca; swojego lub jej. Co czwartek o 18:00 prowadzi także autorską audycję The Fall na antenie newonce.radio. Ma na koncie publikacje m.in. w Machinie, Dzienniku, K Magu, Exklusivie i na Onecie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.