To zdecydowanie najbardziej sensacyjna zmiana na stanowisku selekcjonera reprezentacji Polski w XXI wieku. Jerzy Brzęczek ma prawo być rozżalony. Ale trudno pozbyć się wrażenia, że i tak przetrwał w tej roli znacznie dłużej niż powinien.
Dotychczasowy cykl życia polskich selekcjonerów był jasny: albo rozstanie po nieudanych eliminacjach – ewentualnie w ich trakcie — albo po zawalonym turnieju. W XXI wieku wyłamał się z niego jedynie Adam Nawałka, nie zawalając turnieju mistrzowskiego. Teraz dołączył do niego Jerzy Brzęczek. Moment jego zwolnienia bardzo dobrze pasuje do tej bardzo dziwacznej i niejednoznacznej kadencji, która i tak potrwała pół roku dłużej, niż miała. Niewiele wróżyło, by Brzęczek osiągnął na Euro 2020 wynik, który pozwoliłby mu rozpocząć kolejny cykl. Pandemia, która przełożyła turniej o rok, dała mu dodatkowy czas na stanowisku. Czas, z którego nie do końca skorzystał.
POCZUCIE NIEUCHRONNEJ KLĘSKI
Będzie się oczywiście zadawać pytania, dlaczego akurat teraz? Dlaczego nie latem zeszłego roku, gdy rozmawiano o przedłużeniu kontraktu Brzęczka? Dlaczego nie w listopadzie, po rozczarowujących meczach Ligi Narodów? Dlaczego w ogóle go zwolniono, skoro na turniej awansował, a w Lidze Narodów osiągnął postawiony przed nim cel, czyli się utrzymał. To wszystko oczywiście ważne i słuszne pytania, na które będzie się odpowiadać przez lata. Ważniejsze jednak, że chyba mało kto miał poczucie, że zmierza to w inną stronę niż w kierunku niepowodzenia na Euro. A jeśli jest możliwość choć spróbować uniknąć klęski, warto to zrobić. Nawet w ostatnim możliwym momencie.
WYNIKI BEZ ZNACZENIA
Jerzy Brzęczek jako selekcjoner był karkołomnym wyborem od samego początku. Ani w 2018 roku nie wydawał się naturalnym kandydatem do tej funkcji, ani nie wydaje się nim dwa i pół roku później. Awans na turniej nie może być dla niego ratunkiem, bo przyszło mu pracować z kadrą w czasach, w których na Euro wchodzi pół kontynentu, a on dodatkowo wylosował najłatwiejszą grupę w historii. To, że nie spadł do drugiej dywizji Ligi Narodów, też jest kiepską okolicznością łagodzącą, skoro za pierwszym razem zawdzięczał to wyłącznie zmianie formuły, a za drugim temu, że w grupie była także Bośnia i Hercegowina. Trudno więc uznać, że wynikami Brzęczek zasłużył, by dać mu szansę.
KIEPSKIE WRAŻENIE
Siłą rzeczy oprócz wyników, ważne było też więc ogólne wrażenie. Nie to, że kadra awansowała, lecz to, w jaki sposób to zrobiła. Nie to, że ogrywa słabszych od siebie rywali, tylko jak ich ogrywa. Odpowiedzi na te pytania raczej nie broniły selekcjonera. W większości meczów bazował na tym, że miał lepsze indywidualności od rywali. Gdy to rywal miał lepsze, zwykle nie miał pomysłu, by je zneutralizować, co w końcu jesienią przestało się podobać liderom kadry, czego „niemą artykulacją” było osiem sekund milczenia Roberta Lewandowskiego. Drużyna narodowa przestała oferować kibicom uniesienia, których gwarancją była w poprzednich latach. A momentami absurdalne wypowiedzi medialne, niefortunne sformułowania i wreszcie słynna książka, największy środowiskowy samobój ostatnich lat, wystawiały selekcjonera na pośmiewisko.
GÓRSKI BEZ MUNDIALU
Brzęczek nie był tak słaby, jak przedstawiają to twórcy internetowych memów. Całkiem nieźle poukładał obronę, wpuścił do kadry kilka nowych i młodych postaci. Ostatecznie jednak nie dorósł do jej poziomu. Nigdy nie przestał być byłym trenerem Wisły Płock i GKS-u Katowice, który z nie do końca zrozumiałych przyczyn dostał szansę życia. Adamowi Nawałce udało się w kadrze wyrosnąć ponad jego trenerską przeszłość, Brzęczek nigdy tego nie zrobił. Nie ma oczywiście gwarancji, że na pewno za pół roku nie wyszłoby, że to on miał rację. W futbolu różne dziwne rzeczy się już działy. On będzie już do końca życia mógł przekonywać, że gdyby dano mu poprowadzić drużynę na Euro, historia polskiej piłki potoczyłaby się inaczej. Lepiej. Będzie mógł przekonywać, że jest Kazimierzem Górskim, tylko że takim, którego zwolniono po Wembley, nie pozwalając pojechać na mundial do Niemiec. Kto chce, może w to wierzyć. Jemu ten brak splamienia porażką, może nawet posłużyć w dalszej karierze. Zwłaszcza że jeśli jego następca poniesie na turnieju klęskę, zwolenników takiej teorii będzie pewnie więcej niż dzisiaj.
MINIMALIZOWANIE RYZYKA
Jednak zwykle bezpieczniejszym wyborem jest po prostu zwiększanie prawdopodobieństwa sukcesu, a minimalizowanie ryzyka porażki. Pozostawianie Brzęczka na stanowisku w obliczu marcowych ważnych i trudnych meczów eliminacji mundialu oraz czerwcowego Euro, rodziło dość spore ryzyko, że w imię przyzwoitości wobec trenera, skończy się zawaleniem dwóch turniejów jednocześnie. Trudno więc uderzać w tę decyzję, skoro bardziej na klawiaturę ciśnie się: dlaczego dopiero teraz? Kadra straciła z Jerzym Brzęczkiem dwa i pół roku. Ale zawsze lepiej stracić dwa i pół niż trzy.
