Pop Smoke, Huey, King Von... Wszyscy mówią o zabójstwach czarnoskórych raperów w Ameryce

King Von fot. Paras Griffin Getty Images
fot. Paras Griffin Getty Images

Tylko na przestrzeni ostatniego roku Stanami Zjednoczonymi wstrząsnęły zabójstwa trójki raperów. To część dramatycznego zjawiska, o którym w książce Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce pisze Jill Leovy.

Śmierć podopiecznego Lil Durka ponownie wzbudziła dyskusję o - jakkolwiek głupio to zabrzmi, biorąc pod uwagę okoliczności - statystycznej nadreprezentacji wykonawców hip hopu wśród ofiar morderstw dokonywanych przy użyciu broni palnej.

Odbicie znajduje tutaj fakt, że - jak wynika z danych organizacji Violence Policy Center - Afroamerykanie stanowią 13% populacji USA, a równocześnie - aż 50% wszystkich ofiar zabójstw dokonywanych za oceanem. Trudno nie dostrzec w tym kontekście niepokojącej, systemowej prawidłowości, związanej także ze śmiercią takich postaci, jak XXXTentacion, Nipsey Hussle czy właśnie King Von.

Dziennikarka śledcza Los Angeles Timesa, Jill Leovy odnosi się do tego we wstępie swojego reportażu, nominowanego do National Book Critics Circle Award: Tam, gdzie wymiar sprawiedliwości nie reaguje z całą stanowczością na przemoc i śmierć, morderstwa przybierają rozmiary zarazy. Afroamerykanie stali się ofiarą takiego właśnie zaniedbania, które w stopniu większym niż jakikolwiek inny czynnik przyczyniło się do rozwoju plagi zabójstw wśród czarnoskórych mężczyzn. Czarna Ameryka nie odczuła dotąd dobroczynnych skutków tego, co Max Webber nazywał monopolem państwa na przemoc - wyłącznym prawem rządu do uzasadnionego stosowania siły. Ten monopol zapewnia obywatelom niezależność, daje im pewność, że rząd będzie ścigał każdego, kto naruszy ich osobiste poczucie bezpieczeństwa. Jednak niewolnictwo, prawa Jima Crowa oraz uwarunkowania dotyczące czarnoskórych mieszkańców Ameryki przez wiele pokoleń nie pozwalały na wprowadzenie tego monopolu wśród czarnych. Ponieważ przemoc wobec jednostek w sposó nieunikniony przybiera na sile wszędzie tam, gdzie brak interwencji państwa, w konsekwencji co roku giną tysiące Amerykanów.

U podstaw gatunku raperzy stanowili dla swojej społeczności uwspółcześnioną wersję working class heroes. A mówimy tu o społeczności, o której Krytyka Polityczna pisała niedawno na podstawie analiz Pew Research Center: w kwietniu tego roku 73% czarnych zadeklarowało, że nie dysponuje środkami pozwalającymi na zaspokojenie trzymiesięcznych potrzeb [...]. 48% czarnych Amerykanów przyznało również, że w kwietniu nie będzie w stanie opłacić wszystkich rachunków.

Relacja biedy i przestępczości to klasyczny case, który w hip hopie znajdował ujście zawsze, a pewnej intensyfikacji można się tu doszukiwać szczególnie w ostatnim czasie, kiedy bardowie od rymów i beatów znaleźli się w samym centrum konfliktów zbrojnych, rozgrywających się w szemranych dzielnicach Chiraq czy Hotlanty. Może funkcjonować więc sobie stereotypowa figura rapera uosabiającego Sknerusa McKwacza, ale na każdego miliardera Shawna Cartera przypada jeden Tay-K.

Nie ma zresztą przypadku w tym, że ten wspomniany Jay-Z - w ramach staroszkolnej spłaty długu - angażuje się w reformę polityki penitencjarnej i wymairu sprawiedliwości. I w tym miejscu musi wjechać kulturalna rekomendacja na najbliższy dzień wolny w postaci - nominowanej do Oscara - XIII poprawki:

Podziel się lub zapisz
Redakcja newonce
Różne pokolenia, ta sama zajawka. Piszemy dla was o wszystkich odcieniach popkultury. Robimy to dobrze.