Procesor Chelsea jednak działa. Thomas Tuchel zrestartował system na Stamford Bridge

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
chelsea. jpg
fot. Chris Lee - Chelsea FC/Chelsea FC via Getty Images

Kilka dni temu Thomas Tuchel świętował rok pracy w Londynie. To był dobry tydzień dla Niemca, przecież FIFA uznała go za najlepszego trenera 2021 roku. Kolejny rok zaczął się nienajgorzej – od zwycięstwa w derbach stolicy nad Tottenhamem. W ciągu 90 minut na Stamford Bridge zobaczyliśmy najlepszą wersję Chelsea – zwartą w tyłach i chętną do strzelania goli. W drużynie Tuchela każdy trybik funkcjonował jak należy, od asekuracji kolegów począwszy, na stałych fragmentach skończywszy. Na przestrzeni kilku dni oglądaliśmy The Blues męczących się w starciu z Brighton i zupełnie odmienionych w konfrontacji ze Spurs. Jeśli jesteśmy świadkami pobudki zdobywców Pucharu Europy, to nastąpiła w idealnym momencie.

Kiedy Thiago Silva zdobył bramkę na 2:0, zostając najstarszym strzelcem gola w Premier League od blisko dekady, a konkretnie od czasu 39-letniego Ryana Giggsa trafiającego z QPR, jasne stało się, że Tottenham ma poważny problem. Po pierwszej, bardzo szarpanej połowie, w której na pierwszym planie postanowił umiejscowić się sędzia Paul Tierney, w drugiej odsłonie gospodarze bardzo szybko ustawili rywala w narożniku i zaczęli go okładać.

PAJĘCZYNA ZIYECHA

Debaty nad nieuznaną, raczej bez powodu, bramką Harry’ego Kane’a i czerwoną kartką, jakiej, raczej niesłusznie, nie obejrzał Matt Doherty za faul na Malangu Sarrze, ustały gdy Hakim Ziyech postanowił ściągnąć pajęczynę z okienka bramki Hugo Llorisa. To był cudowny strzał zawodnika Chelsea, ale jakże inna reakcja drużyny na gola, niż ta, jakiej świadkami byliśmy w Brighton. Tam urodzony w Holandii marokański pomocnik nawet się nie uśmiechnął, tutaj utonął w ramionach kolegów, a wśród nich był Romelu Lukaku, z którym Ziyech toczył zażarte dyskusje podczas meczu na The Amex.

Chelsea szybko poszła za ciosem i po trafieniu Thiago Silvy pół drużyny ruszyło w kierunku kibiców, którzy ściskali mocno swoich idoli. Gospodarze byli naładowani, energetyczni, udzielali Tottenhamowi bolesnej lekcji gry w piłkę, po raz kolejny w tym sezonie, bo przecież razem z pucharami było to już czwarte starcie obu ekip. Bilans? Cztery zwycięstwa CFC i bramki 8:0.

Tottenham był bezradny. Z historycznego punktu widzenia Koguty nie lubią grać przeciwko Chelsea. The Blues nikogo nie pokonali tyle razy, nikomu nie wpakowali tylu goli i z nikim tak dobrze nie punktowali w erze Premier League. I choć w obecnym sezonie Spurs słyną, szczególnie od momentu zatrudnienia Conte, z pięknych comebacków, czego dowodem był mecz przeciwko Leicester City i cuda Bergwijna, tym razem nie dali rady.

MORDERCZY KALENDARZ

Tuchel od chwili przyjścia na Stamford Bridge zdobył ze swoim zespołem 85 punktów. To rewelacyjny wynik, gorszy jedynie od Manchesteru City Pepa Guardioli (105 w tym okresie). Jeśli dorzucimy do tego kilka liczb – zaledwie sześć porażek i 30 straconych bramek, widać gołym okiem, że – mimo małego kryzysu w ostatnich kilku spotkaniach – na dłuższym dystansie warto wierzyć w pracę Niemca.

Dla Tuchela to było siódme zwycięstwo w karierze trenerskiej nad Tottenhamem – dwa z nich jeszcze w czasach pracy w Borussii Dortmund. A zarazem trzecia wygrana z Conte, czego przed nim dokonali tylko dwaj szkoleniowcy: Ernesto Valverde i Arsene Wenger. Pokonanie Tottenhamu po raz czwarty w tym sezonie było nawiązaniem do osiągnięcia Chelsea sprzed dwóch dekad. W kampanii 2001-02 The Blues byli lepsi od sąsiadów z Londynu w dwóch starciach ligowych i dwóch pucharowych.

Po gospodarzach zupełnie nie było widać zmęczenia, a przecież to spotkanie numer 37 od startu rozgrywek 2021-22. Nikt z czołowych lig w Europie nie rozegrał tylu spotkań razem z pucharami. Nawet kalendarz na najbliższe tygodnie pokazuje, na jak wielu frontach są zaangażowani piłkarze Tuchela. Do końca następnego miesiąca zagrają w Klubowych Mistrzostwach Świata, Pucharze Anglii, Premier League, Lidze Mistrzów i finale Pucharu Ligi z Liverpoolem.

Jeśli po spotkaniu na Stamford Bridge Conte mógł odczuwać jakikolwiek pierwiastek satysfakcji, to w kwestii umiejętności wykorzystania potencjału Romelu Lukaku. Sam miał okazję prowadzić obecnego napastnika Chelsea i częstotliwość zdobywania bramek przez Belga była na najwyższym poziomie w jego karierze. Tymczasem u Tuchela Big Rom cierpi – znów nie trafił, a to oznacza, że ostatni raz kibice widzieli jego gola ligowego w grudniu 2021 roku. Na 20 poprzednich meczów, wliczając niedzielne starcie, zdobył zaledwie 4 bramki. Kiepsko to wygląda i na jego szczęście w spotkaniu z Tottenhamem (miał jedną świetną okazję) koledzy umiejętnie go wyręczyli. Oczywiście Lukaku walczył, szukał sobie pozycji, pomagał kolegom i angażował mocno defensorów Spurs, ale to z pewnością za mało, by mógł schodzić do szatni usatysfakcjonowany.

BIEGANIE NIC NIE DAŁO

Conte pozostaje jedynym menedżerem Chelsea od ponad trzydziestu lat, który przegrał u siebie z Tottenhamem. Stało się tak właśnie, gdy prowadził The Blues w latach 2016-18, z sukcesami, o czym warto wciąż pamiętać. Tuchel chciał w tym sezonie dokonać tego, co przed laty Włoch, czyli dać Chelsea mistrzostwo, ale ta misja wydaje się już mało realna. Ważne jest jednak coś innego. Jeśli to nie był po prostu słaby dzień gości, można zakładać, że restart systemu wypalił i procesor znów działa. Pamiętajmy, że oglądaliśmy The Blues w meczu przeciwko drużynie, która mocno poprawiła swoje parametry, szczególnie wybieganie. 115 kilometrów przebiegniętych średnio w trakcie meczu, od kiedy menedżerem jest Conte, robi wrażenie, sęk w tym, że w niedzielnych derbach na nic się nie przełożyło.

Szkoda, dla samego widowiska, że nie mógł zagrać Son. Koreańczyk to najlepszy zawodnik Tottenhamu w obecnym sezonie, kiedy sprawy mają się na styku, tak jak w pierwszej połowie, bywa tym, który przesądza o wydarzeniach na boisku i przechyla szalę na korzyść Spurs. Widać, jak Kane cierpi bez niego, a puentą tych rozczarowań Anglika jest kolejny derbowy mecz skończony bez gola.

NADZIEJE WOLVERHAMPTON

Oczywiście na Tottenham Hotspur Stadium nie ma powodów do paniki – jeśli spojrzymy realnie na to co dzieje się na półmetku sezonu ligowego, to tylko trzy razy drużyna z północnego Londynu punktowała w Premier League lepiej. Do tego wciąż mają do rozegrania zaległości. Warto jednak posłuchać Conte, mówiącego o tym, że nie każdy z tych meczów skończy się trzema punktami. Wciąż wiele wskazuje na to, że walka o czwarte miejsce będzie dużo bardziej pasjonująca niż o mistrzostwo, ale ten weekend przywrócił nadzieję Chelsea i Liverpoolowi, po potknięciu Man City w Southampton i jeszcze bardziej skomplikował sytuację za plecami tej trójki. Wygląda bowiem na to, że oprócz czwartego obecnie Manchesteru United, a także West Hamu, Arsenalu i Tottenhamu o Top 4 zaczęli po cichu myśleć piłkarze Wolverhampton. To byłby dopiero numer, gdyby ekipa z Molineux pogodziła całą resztę.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz Canal+. Miłośnik ligi angielskiej, która jest najlepsza na świecie. Amen.
Komentarze 0