Przeceniana walka o mistrzostwo. Rachunek dla Bundesligi za rewolucję lipcową

Zobacz również:Piłkarz z własną podobizną na plecach. Leroy Sane — nowa ekstrawagancja Bayernu
Bundesliga
Sebastian Widmann/Bundesliga/Bundesliga Collection via Getty Images

Bayern Monachium na górze i Greuther Fuerth na dole grały w swoich ligach. Pomiędzy drugim a siedemnastym miejscem wszystko było już możliwe. To niekoniecznie dobrze świadczyło o jesiennym poziomie, ale było ekstremalnie emocjonujące. Bezprecedensowej wymiany na szczytach nie udało się oszukać.

To, co zdarzyło się w Lipsku w ostatniej kolejce rundy, dobrze symbolizuje wszystko, co działo się w Niemczech przez ostatnie pół roku. Przedostatnia Arminia Bielefeld pojechała na boisko wicemistrza, wygrawszy zaledwie dwa z ostatnich szesnastu ligowych spotkań. W kadrze meczowej zabrakło miejsca dla wykluczonych przez COVID czołowego bramkarza ligi oraz kapitana drużyny, którzy nie opuścili dotąd ani minuty w sezonie. Dwadzieścia minut przed końcem czerwoną kartkę otrzymał kolejny z liderów zespołu ze strefy spadkowej. Jedna z najsłabszych drużyn ligi w osłabieniu nie tylko utrzymała prowadzenie, ale jeszcze je powiększyła. Budowany za setki milionów euro skład miał problemy, by w ogóle zmusić do wysiłku rezerwowego bramkarza rywali. Arminia wygrała 2:0.

Przykładów absolutnie szalonych wyników było więcej. Borussia Moenchengladbach, która w Pucharze Niemiec upokorzyła Bayern bardziej niż ktokolwiek w historii, strzelając mu pięć goli i nie tracąc żadnego, a na rozkładzie miała też wicemistrza jesieni z Dortmundu, kilka tygodni później przegrała u siebie z SC Freiburg sześcioma bramkami. Wszystkie padły w pierwszych 37 minutach meczu. Ekipa z Fryburga wcześniejsze trzy mecze przegrała, a w kolejnych dwóch zdobyła tylko punkt. W strefie pucharowej zimuje Eintracht Frankfurt, który na pierwsze zwycięstwo czekał siedem kolejek, przełamując się akurat na boisku niepokonanego dotąd Bayernu. Eintracht Olivera Glasnera, któremu gol w ostatniej minucie, dający niezasłużone zwycięstwo z Fuerth, kilka tygodni wcześniej najprawdopodobniej uratował posadę. A bijący rekordy kolejnych porażek z rzędu beniaminek z Fuerth, kompromitującą serię przerwał, akurat wygrywając z nad wyraz solidnym i stabilnym Unionem Berlin. Wygrywając do zera, choć we wcześniejszych trzech meczach stracił siedemnaście goli. Sen wariata.

Bayern, który punktowo rozegrał najlepszą rundę od czasów Pepa Guardioli oraz Greuther, który zakończył jesień z pięcioma punktami, można jednak z tej wyliczanki wykluczyć. Oba grają w swoich ligach – Bayern w lepszej, a Greuther w gorszej niż Bundesliga. Nawet jeśli zaliczyli zaskakujące rezultaty, były to tylko wypadki przy pracy, które każdemu mogą się zdarzyć. Niemniej we wszystkim, co dzieje się pomiędzy tymi biegunami tabeli, wypadki przy pracy to w tym sezonie stan permanentny. Z totalnego szaleństwa wyłamywała się długo Borussia Dortmund, lecz na koniec rundy dopasowała się jednak do trendów, remisując z sąsiadami z Bochum, grającymi składem, którym pogardziliby co ambitniejsi drugoligowcy, a potem przegrywając z będącą w wiecznym kryzysie Herthą, trzy dni wcześniej rozbitą w Moguncji czterema bramkami. Tak, Borussia też jest w bębnie maszyny losującej.

TOTALNA ANARCHIA

Totalna anarchia, która zapanowała w niemieckiej piłce, nie pozwalając rozróżnić, kto jest kim i nie znając świętości, to w znacznej mierze efekt bezprecedensowej wymiany na szczytach władzy, do jakiej doszło w lecie w niemieckiej piłce. W tym samym czasie zatrudnienie nowych trenerów ogłosiło siedem z czołowych ośmiu klubów poprzedniego sezonu. Trener Bayernu zbiegł do reprezentacji Niemiec, przez co monachijczycy wyjęli opiekuna wicemistrza z Lipska. Zdobywca Pucharu Niemiec z Dortmundu zgarnął trenera imienniczce z Gladbach. Która z kolei pozbawiła szefa piłkarzy Eintrachtu Frankfurt, dokąd zbiegł ustępujący szkoleniowiec Wolfsburga. Bayer Leverkusen nie wziął udziału w dominie, lecz podobnie jak Wolfsburg i Lipsk nowego trenera znalazł w kraju ościennym. Do czołowych niemieckich klubów przybyli szkoleniowcy odnoszący sukcesy w Austrii, Szwajcarii i Holandii. Tylko Urs Fischer z Unionu Berlin, który zajął sensacyjne siódme miejsce, ostał się z czołówki na stanowisku. Ale on też nie mógł sobie spokojnie budować, bo musiał się szykować do pierwszego od dwudziestu lat sezonu jego klubu w europejskich pucharach. A granie na trzech frontach sprawiło już problemy nie jednemu niemieckiemu klubowi, by wspomnieć tylko przykłady z ostatnich lat z Fryburga, Kolonii, Augsburga czy Moguncji.

OAZA STABILNOŚCI

Jakby tego było mało, większej stabilizacji próżno też było szukać u całej reszty. Kolonia, utrzymawszy się po barażach, także zatrudniła nowego trenera. Hertha, Moguncja, Arminia i Augsburg nie zmieniły wprawdzie szefów w lecie, ale zrobiły to w pierwszej połowie 2021 roku. Sebastian Hoeness, który jakoś przetrwał debiutancki sezon w Hoffenheim, był jednym z najczęściej wymienianych kandydatów do pierwszego trenerskiego zwolnienia nowych rozgrywek. Nagle ci, którzy pracowali w tym samym miejscu jeszcze za czasów pierwszego lockdownu, czyli niespełna dwa lata temu, zaczęli być policzalni tylko na palcach jednej ręki. I też nie mieli łatwego zadania. Bo Pellegrino Matarazzo wkraczał ze Stuttgartem w drugi sezon po awansie, który dla wielu jest newralgicznym momentem, a nie tak dawno zmiótł VfB z mapy Bundesligi. Thomas Reis z Bochum i Stefan Leitl z Fuerth debiutowali w elicie, prowadząc kluby o najskromniejszych możliwościach finansowych i niewidziane w lidze od niemal albo ponad dekady. Na dobrą sprawę tylko Christianowi Streichowi trwający sezon nie przynosił wyzwań, z którymi nie mierzyłby się już rok, dwa, pięć czy siedem lat temu. Naprawdę, nie ma przypadku w tym, że w tym totalnym chaosie akurat jedyna oaza stabilizacji zakończyła rok na podium, rozgrywając drugą wśród najlepszych rund w historii klubu. Choć we Fryburgu też przecież będą wspominać jesień 2021 jako rewolucję, bo to właśnie wtedy pożegnali swój kultowy stadion, od dekad będący ich wielkim atutem w walce o przetrwanie wśród większych, przeprowadzając się na nowoczesną, ale na razie wciąż trochę bardziej obcą niż swojską arenę.

TRUDNE LATO

Gdyby utrudnień było mało, wszystko to działo się akurat w roku, w którym odbywały się wielkie imprezy piłkarskie. Zawodnicy rozjechali się w lecie na Euro, Copa America, Złoty Puchar CONCACAF, a niektórzy jeszcze na Igrzyska Olimpijskie, nie mając szans w pełni zregenerować się po dwóch praktycznie sklejonych ze sobą pandemicznych sezonach. Nowi trenerzy nie mieli jak przeprowadzić okresów przygotowawczych z drużynami, piłkarze wracali z turniejów i z marszu wskakiwali do gry, a na treningi praktycznie nie mieli czasu. Kto grał w pucharach, czyli prawie połowa ligi, ten od września miał mecz co trzy dni.

Erling Haaland
Abdulhamid Hosbas/Anadolu Agency via Getty Images

PLAGI KONTUZJI

Trzy jesienne przerwy na mecze reprezentacji, w których trakcie piłkarze rozgrywali często kolejne trzy spotkania, nierzadko latając na inne kontynenty i spóźniając się na kolejki ligowe swoich drużyn, sprawiły, że trenerzy mogli wpływać na zespoły głównie odprawami taktycznymi i rozmowami indywidualnymi, ale nie pracą treningową. Florian Kohfeldt po siedmiu porażkach z rzędu pewnie byłby na wylocie z VfL Wolfsburg, gdyby okoliczności łagodzącej nie stanowiło to, że od października, gdy go zatrudniono, częściej widział drużynę na meczach niż na treningach. Brak czasu i tak był mniejszym problemem niż plagi kontuzji. W Stuttgarcie lista nieobecnych ani razu w tej rundzie nie była krótsza niż pięć nazwisk i to w dużej mierze gwiazd poprzedniego sezonu. W Borussii Dortmund Marco Rose ani razu nie miał możliwości wystawić w dwóch kolejkach z rzędu tego samego składu. Problemy nie omijały nawet największych maszyn. Erling Haaland stracił przez kontuzję sporą część jesieni. Joshua Kimmich ostatni raz dla Bayernu zagrał początkiem listopada.

KIEPSKI CZAS WIELKICH

Wszystkich tych okoliczności nie sposób nie brać pod uwagę, oceniając pierwszą część sezonu w Niemczech, bo miały one gigantyczny wpływ na to, jak wyglądała forma zespołów. Bundesliga zapłaciła za nie rachunek w europejskich pucharach, bo Wolfsburg, Borussia Dortmund, Lipsk i Union nie zdołały pozostać w rozgrywkach, do których przystępowały. Ale najlepsze kluby zapłaciły też rachunek w lidze. Lipsk nigdy od awansu do Bundesligi nie rozegrał tak słabej rundy, Gladbach, rok temu o tej porze eliminujące z Ligi Mistrzów Inter Mediolan, tkwi w walce o utrzymanie, mając za sąsiada Wolfsburg.

WIELKI CZAS MAŁYCH

Wielkie chwile przeżywają natomiast mniejsi. Solidny i stabilny Freiburg, Hoffenheim, które jednak nie zwolniło trenera i kręci się w okolicach czołowej czwórki, Moguncja, która rok temu o tej porze żegnała się mentalnie z ligą, mając tyle punktów, ile dziś Greuther, a dziś będąca w górnej połowie tabeli, czy Kolonia, w maju tkwiąca jedną nogą w drugiej lidze po przegranej na własnym boisku w barażu z Holsteinem Kilonia, a dziś snująca marzenia o podboju Europy w kaszkietach Steffena Baumgarta, w którym zakochało się całe miasto. Nie dziwi, że gdy Marco Rosemu wytyka się, że Borussia traci do Bayernu dziewięć punktów i już na tym etapie sezonu wiadomo, że z walki o mistrzostwo nici, on przypomina, że Dortmund jest drugi. Nie dziesiąty albo trzynasty, jak ci, z którymi w pierwszej połowie roku bił się o udział w Lidze Mistrzów. Nawet nie czwarty jak w dwóch poprzednich latach na półmetku sezonu. Drugie miejsce to jednak utrzymanie jakiegoś poziomu w świecie, w którym każdy ma problem z trzymaniem pionu.

Bundesliga
Stuart Franklin/Getty Images

WSZYSCY MOGĄ MARZYĆ

Nie jest powiedziane, że za chwilę wszystko wróci do normy. Lipsk, zatrudniwszy Domenico Tedesco w miejsce Jessego Marscha, wziął trenera, który na pierwszy rzut oka do niego nie pasuje. Z Schalke 04 zdobył wicemistrzostwo, grając ultradefensywnie, podczas gdy RB w każdej konfiguracji personalnej próbowało dawać spektakl. Jest więc dalekie od pewnego, że nowy trener błyskawicznie zdoła nadrobić dystans do czołówki i odskoczyć zawsze groźnemu Bochum na więcej niż dwa punkty. Wielkich widoków na to, że Wolfsburg będzie najlepszym VfL w lidze, też nie ma. Następcą Marka Van Bommela został w połowie jesieni trener uznawany za utalentowanego, ale mający jednak w CV spadek z Werderem Brema, który kładzie się wielkim cieniem na obiecującym początku jego kariery. W Gladbach na trenera Huettera raczej się nie narzeka. Problemem jest jednak kadra, wymagająca konkretnej przebudowy, na którą ani nie ma w zimie czasu, ani pieniędzy. Całkiem niewykluczone więc, że żaden z tych trzech uczestników dwóch ostatnich edycji Ligi Mistrzów, tak szybko się nie podniesie. Wydawało się, że w związku z tym miejsce top 4 zarezerwuje sobie Bayer Leverkusen, jednak to, że w ostatnich trzech kolejkach zdobył tylko jeden punkt, dwa razy trwoniąc dwubramkowe prowadzenie, każe jednak patrzeć na ekipę Gerardo Seoane równie podejrzliwym okiem. Bardzo możliwe, że poza Bayernem i Dortmundem, do pucharów wtoczy się za kilka miesięcy zupełnie niespodziewany zestaw. W końcu, jeśli strefę barażową od pucharowej dzieli dziesięć punktów, czyli tylko jeden więcej niż lidera od wicelidera, nie można przed wiosną wykluczyć żadnego scenariusza.

BEZ WIDOKÓW NA NORMALNOŚĆ

Widoków na większą stabilizację nie daje też specjalnie kalendarz. Niemieccy piłkarze wrócą na boiska już 7 stycznia, czyli praktycznie nie mają przerwy zimowej. Dwutygodniową przerwę zaplanowała liga również pod koniec stycznia, ale to wszystko też raczej możliwość wylizania ran, niż spokojnego potrenowania i przygotowania się. Część piłkarzy wyjedzie wtedy na Puchar Narodów Afryki, a od lutego ruszą już z kolei europejskie puchary, w które wciąż jest zaangażowana niemal 1/3 ligi. A to, że Dortmund, Lipsk, Eintracht i Bayer grają w Lidze Europy, sprawia, że mają znacznie większą szansę na długą grę na trzech frontach, niż gdyby wyszły z grupy Ligi Mistrzów. Długa gra na trzech frontach będzie zaś pewnie odbijać się na ich ligowej formie. Zwłaszcza że Pucharu Niemiec w roku, w którym nie ma w nim już Bayernu i szansa na zdobycie trofeum drastycznie przez to rośnie, też nikt przecież nie odpuści. Do tego dojdzie jeszcze marcowa przerwa na kadrę, po której sezon będzie już właściwie na ostatniej prostej. Całkiem możliwe, że normalniejszą i bardziej przewidywalną Bundesligę zobaczymy dopiero w sezonie 2022/2023.

TRADYCYJNE PRZEBIEGUNOWANIE

Często podkreśla się, że niemieckiej lidze nie udało się nigdy wykreować odpowiednika angielskiej big 6, czy włoskich siedmiu sióstr. Wielkich firm, które rok w rok nadawałyby ton lidze, zbierając pucharowe doświadczenia i budując międzynarodową markę. Powtarzalność w tym zakresie na przestrzeni dekad ma tylko Bayern Monachium, w ostatnich dziesięciu latach udało się to jeszcze Borussii Dortmund, która od czasów Kloppa w pucharach gra co sezon. Pozostali się jednak tasują. Kluby, które w pierwszej dekadzie XXI wieku były najgroźniejszymi konkurentami Bayernu (Werder, Schalke, HSV), grają w drugiej lidze. Stuttgart, czyli jeden z ostatnich mistrzów spoza Monachium, od czasu zdobycia szali spadał już dwa razy. Hannover 96, jeden z nielicznych niemieckich klubów, który po przemianowaniu Pucharu UEFA na Ligę Europy, odegrał w niej jakąś rolę, walczy o utrzymanie na drugim poziomie. W miarę powtarzalne w ostatnich latach Gladbach czy Eintracht też przecież całkiem niedawno balansowały na skraju spadku albo nawet były degradowane. W niemieckim futbolu raz na kilka lat następuje przebiegunowanie. I kolejną jego odsłonę przyniosła miniona jesień. Kto mówi, że to liga jednej drużyny, ten w dużej mierze ma rację. Kto mówi, że Bundesliga jest nudna, ten nie wie, na co patrzeć. Bundesliga jest arcyciekawa. Trzeba tylko wiedzieć, że walka o mistrzostwo jest przereklamowana.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi.