Rok problemów Borussii Dortmund. Lucien Favre i ewolucja genialnego dziwaka

Zobacz również:Piłkarz z własną podobizną na plecach. Leroy Sane — nowa ekstrawagancja Bayernu
favreglowne.jpg
TF-Images/ Getty Images

Dieter Hoeness nazywał go jedynym człowiekiem, który w supermarkecie umarłby z głodu, nie mogąc się zdecydować między kiełbasą a serem. Ten sam Hoeness widział go na jednej półce z Pepem Guardiolą. Lucien Favre przetrwał kryzysowy rok w Dortmundzie. Niemal równo rok od szalonego meczu 1/8 finału Pucharu Niemiec Borussii Dortmund z Werderem Brema, który Borussia przegrała i wpadła w kryzys, z którego nie wygrzebała się na dobrą sprawę do dziś, obie drużyny znów spotykają się na tym etapie. Już samo to, że Lucien Favre wciąż prowadzi Borussię, pokazuje, jak bardzo zmienił się jako trener. Jego drużynę nadal gonią demony, które towarzyszyły mu przez całą karierę. Ale w Dortmundzie po raz pierwszy tak mocno stara się je odganiać. I ma za sobą wsparcie drużyny, która miała przez dwanaście miesięcy kilka idealnych okazji, by przypieczętować jego zwolnienie. Z żadnej nie skorzystała, ciągle walcząc na trzech frontach. Jedna półka z Guardiolą Jest wiele powodów, by zastanawiać się, jak to możliwe, że Szwajcar objął klub z ambicjami mistrzowskimi, dopiero mając sześćdziesiąt lat. To niemożliwe, by skauci i dyrektorzy sportowi przez tyle lat przegapiali człowieka, o którym Marco Reus mówił, że jeśli chodzi o fachowość, jest najlepszym trenerem, który go prowadził (a prowadzili go jeszcze choćby Juergen Klopp i Thomas Tuchel). To niemożliwe, by na rynku pełnym skautów nikt nie dostrzegł trenera, o którym Dieter Hoeness mówił, że gdy jest na boisku treningowym, znajduje się na jednej półce z Pepem Guardiolą: Każdej drużynie daje strukturę, dobry pomysł na grę, sprawia, że piłkarze są lepsi taktycznie - mówił. To niemożliwe, że nie zatrudnił go nikt wielki, patrząc na to, że z FC Zuerich zdobył mistrzostwo po ćwierćwiecznej przerwie, z Herthą Berlin bił się o tytuł, mając trzynasty budżet w lidze, Borussię Moenchengladbach wprowadził do Ligi Mistrzów, choć przejmował na ostatnim miejscu, a z Niceą długo dotrzymywał kroku Paris Saint-Germain i Monaco. Nikt wielki nie zatrudnił go, bo Favre ma też mroczną stronę. Oczywistą dla wszystkich, którzy go spotkali. Sąsiad Wawrinki Wydana po niemiecku biografia szwajcarskiego trenera Lucien Favre. Der Bessermacher zaczyna się słowem wstępnym samego bohatera. W jednym z pierwszych zdań pada wspomnienie oferty z Herthy Berlin. Nie mogłem uwierzyć, że klub z niemieckiej stolicy interesuje się szwajcarskim trenerem. W tym zdaniu zawierają się wszystkie problemy Favre'a. Notorycznie targanego wątpliwościami. Notorycznie zarażającego niepewnością otoczenie. Notorycznie uważającego się za niewystarczająco dobrego. Wychował się w tej samej ośmiusetosobowej wiosce, co Stanislas Wawrinka. Tenisisty prowincjonalne pochodzenie nie zatrzymało w drodze na światowy szczyt. Trenera chyba tak. Nigdy z niej na stałe nie wyjechał. Żonę Chantal poznał w wieku piętnastu lat w pobliskim wesołym miasteczku. Zamieszkał z nią tuż obok rodzinnego domu. I na zawsze pozostał zdziwiony, że ktoś z wielkiego świata chce go zatrudnić. Śmierć w supermarkecie Najbardziej dosadnie charakter Favre'a opisał Dieter Hoeness, były dyrektor sportowy Herthy Berlin. Jest jedynym znanym mi człowiekiem, który mógłby umrzeć z głodu w supermarkecie, nie mogąc się zdecydować pomiędzy kiełbasą a serem – stwierdził kiedyś zrezygnowany. Już sam proces zatrudnienia trenera w Hercie nie był łatwy: Ciągle się zastanawiał, czy powinien zdecydować się na ten krok. Długo się to ciągnęło. A gdy w końcu się zdecydował i zadebiutował w wygranym meczu Pucharu Niemiec, po tym, co zobaczył, zastanawiał się, czy nie zrezygnować. Na tydzień przed startem Bundesligi. Zadzwonił nawet do Ottmara Hitzfelda, by spytać o radę. Wątpliwości trenera dotarły do Hoenessa, który obiecał mu transfery i w ten sposób go udobruchał.

favre.jpg

Zbyt długa trawa Później Favre omal nie doprowadził Herthy do mistrzostwa Niemiec. W dwóch ostatnich kolejkach drużyna jednak zawiodła i obsunęła się na czwarte miejsce. Niby osiągnęła wynik znacznie ponad stan, ale wszyscy w klubie mieli poczucie niewykorzystanej szansy. To będzie się powtarzać niemal we wszystkich jego miejscach pracy. Opis decyzji z ostatnich tygodni tamtego sezonu jako żywo przypomina bieżące wydarzenia z Dortmundu. Czy Favre był zbyt ostrożny? Przeciwko Schalke i Karlsruhe nie wystawił kapitana Arnego Friedricha, który był po kontuzji, mimo że on sam chciał grać. Andrej Woronin w obu meczach wszedł z ławki. Nikt tego nie rozumiał – mówił Hoeness. Favre nie rozumiał z kolei pretensji innych. Sam uważa, że w Berlinie poszedł na zbyt dużo kompromisów. A kompromisy to błędy – stwierdził. Pewnie dlatego, gdy na obozie już w Gladbach zastał na boisku trawę długą na 29 milimetrów, kazał skrócić ją o cztery, by była równa tej z Borussia-Park. Koszmar planowania kadry Ancillo Canepa, były prezydent FC Zuerich, dobrze rozumiał, co miał na myśli Hoeness. Jeśli chodzi o planowanie kadry i transfery, był skomplikowany. Przedstawiał swoje zdanie w sposób bardzo kompetentny, ale proces decyzyjny był niezwykle mozolny. Jednego dnia chciał danego zawodnika, kolejnego nie chciał, a jeszcze następnego mówił, że może. Planowanie kadry z Favrem zawsze było nerwowe – wspominał. To pewnie w dużej mierze wyjaśnia, dlaczego Borussia nie kupiła w lecie napastnika. I dlaczego w zimie, gdy działacze przestali pytać trenera o zdanie, kupili Erlinga Haalanda. Trzeba było działać szybko i nie zdradzać żadnych wątpliwości, by nie zniechęcić rozrywanego piłkarza. Problemy w relacjach Ludzka strona Favre'a zawsze była jego największym problemem. Nie da się spotkać nikogo, kto nazwałby go słabym trenerem, ani nikogo, kto wątpiłby w jego fachowość. Da się jednak spotkać wielu, którzy mówili o trudnych relacjach międzyludzkich. Christoph Biermann, niemiecki pisarz i dziennikarz sportowy, napisał kiedyś, że rozmawiając z Favrem zawsze ma się wrażenie, iż po drugiej stronie stołu siedzi ktoś żyjący w innym świecie. Indywidualne rozmowy zdarzały się raczej rzadko. Swoje zdanie przekazywał zawodnikom niekoniecznie w twarz – wspominał Thorben Marx, były piłkarz Borussii Moenchengladbach. Thomas Niggl pisał w Basler Zeitung: Jest nieprzewidywalny i trudny w prowadzeniu. Kilkakrotnie proponował w Gladbach ustąpienie ze stanowiska, gdy niekoniecznie się z czymś zgadzał. Podobnie twierdzi Daniel Jeandupeux, były szwajcarski piłkarz: Potrafi być bardzo twardy, gdy chce udowodnić swoje racje. Proces o kontuzję Gdy Hertha Berlin zwolniła go po siedmiu porażkach z rzędu, zwołał konferencję prasową, w której trakcie przekazywał zacierającym ręce dziennikarzom oburzenie decyzją. Do dziś uważa, że Hertha, która na koniec sezonu spadła z ligi, popełniła wtedy błąd. Favre potrafi być nieprzejednany. Od Pierre'a-Alberta Chapuisata, ojca Stephane'a, późniejszej gwiazdy szwajcarskiej piłki, nie przyjął przeprosin po brutalnym faulu, który znacznie skrócił karierę piłkarską Favre'a. Nie chciał, by sprawca odwiedził go w szpitalu. A gdy wyszedł, pozwał go do sądu cywilnego o umyślne spowodowanie uszczerbku na zdrowiu. Wygrał, otrzymując pięć tysięcy franków szwajcarskich zadośćuczynienia. Tamten faul został później przykładem na kursach sędziowskich. Jeśli dziś zarzuca mu się, że nie daje sobie rady z relacjami w drużynie, jaki musiał być w szwajcarskich czasach, skoro Alexander Frei, z którym pracował w Servette Genewa, mówi: Stał się bardziej otwarty. Wcześniej był bardziej nieśmiały i introwertyczny.

favrearchiwum.jpg

Wygrana z Loewem Max Eberl, dyrektor sportowy Borussii Moenchengladbach, wszystkie te cienie Favre'a poznał. Na sam koniec, gdy nikt nie chciał przyjąć dymisji trenera, szkoleniowiec sam wysłał do Niemieckiej Agencji Prasowej notkę, w której poinformował o rezygnacji. A jednak po latach mówi: Gratuluję każdej drużynie, która potrafi przekonać Luciena, by ją objął. Wady Favre'a są dla wszystkich oczywiste. Nie mogą jednak przyćmiewać zalet, które najlepiej oddaje anegdota z czasów rekrutacji trenera w Zurychu. - Najpierw do gabinetu wszedł Joachim Loew. Mówił bardzo ciekawie o ogólnych tendencjach rozwoju futbolu na świecie. Następnie do pokoju wszedł Favre. Poprosił o flipchart i zaczął niezwykle szczegółowo opisywać naszą drużynę. Znał silne i słabe strony pięćdziesięciu graczy naszego klubu – z pierwszej i drugiej drużyny, a także z akademii. Zaznaczał, którego z młodych widziałby w przyszłości w pierwszej drużynie – opowiadał Urs Scherrer, były wiceprezes FC Zuerich. Pracę dostał Favre. Pochwała Schloendorffa Szedł coraz wyżej w krajowej hierarchii. W Zurychu zaczął koszmarnie. Po szesnastu meczach miał jedenaście porażek i zajmował ostatnie miejsce w tabeli. W pucharowych derbach z Grasshoppersem wygrywał 5:2 w 83. minucie, by po dogrywce przegrać 5:6. A jednak odchodził z tego klubu, mając w dorobku mistrzostwo i puchar kraju. Dotarł do Berlina, gdzie tak poruszył wyobraźnię, że reżyser Volker Schloendorff mówił o nim: Lucien Favre to niewidzialna ręka. Jak reżyser, który znajduje się z tyłu, ale sprawia, że aktorzy błyszczą. Jego Gladbach nazywano czasem Borussia Barcelona. Jego Dortmund rozegrał punktowo trzeci co do najlepszych sezonów w historii klubu, choć gdy go przejmował, wydawało się, że musi minąć dużo czasu, by drużyna znów była godnym rywalem dla Bayernu Monachium. Początek kryzysu Do lutego zeszłego roku i do przegranego meczu z Werderem, wszystko szło zgodnie ze znanym u Favre'a schematem. Geniusz i dziwak. W dobrej fazie wszystko idealnie. W złej wszystko beznadziejnie. Co charakterystyczne, gdy go w karierze zwalniano, niemal zawsze działo się to po seriach porażek. Nigdy po serii przeciętnych wyników. U Favre'a zawsze było albo genialnie, albo beznadziejnie. Do tamtego meczu z Werderem Dortmund był genialny. Demolował Bundesligę i jesienią 2018 wyglądał na jedną z najlepszych drużyn w Europie. Od tamtego meczu zaczął notorycznie rozdawać punkty i trwonić przewagi. Kilka dni później wypuścił z rąk trzybramkowe prowadzenie z Hoffenheim. Przeciwko Bayernowi nawet nie stawiał oporu. Gdy nie mógł stracić punktów, tracił je. Mistrzostwo podał wiosną monachijczykom na tacy. Przeciętność zamiast beznadziei Już wtedy było jednak widać symptomy zmiany. Kiedy robota zaczęła się Favre'owi palić w rękach, ogień nie zaczął się wkrótce panoszyć po całym klubie. Borussia nie wpadła w spiralę nieszczęść. Zdarzały jej się zbyt regularnie, ale potrafiła je przeplatać podnoszeniem głowy. To nie był już Favre'owy kryzys, jaki znamy, lecz sprzeciętnienie. Rzecz, której wcześniej w jego słowniku nie było. To była wcześniej kariera dwóch skrajności.

favrestrach.jpg

Trzeci wariant Podobnie wyglądała runda jesienna bieżącego sezonu. Kiedy w październiku, listopadzie i grudniu, Borussię czekała seria arcytrudnych meczów na trzech frontach, istniały tylko dwa typowe dla Favre'a scenariusze. Albo Dortmund wszystkie mecze koncertowo wygra, a potknie się dopiero wtedy, gdy nikt się tego nie będzie spodziewał. Albo wszystkie w beznadziejnym stylu przegra, nie dając szefom innej możliwości, niż zwolnić go. W Borussii powstał jednak trzeci wariant Favre'a. Wariant, który pozwala mu przetrwać.

Poszukiwanie rozwiązań

Zdarzały się mecze beznadziejne jak z Interem w Mediolanie, Barceloną na wyjeździe, czy Bayernem Monachium. Wtedy wydawało się, że Szwajcara nic już nie jest w stanie obronić. Zdarzały się jednak pomiędzy nimi fenomenalna druga połowa z Interem u siebie, dwa zwycięstwa z liderującą Borussią Moenchengladbach, czy zmiażdżenie niepokonanego do tamtego momentu Wolfsburga. Gdy posada wisiała już naprawdę na włosku, drużyna potrafiła odrobić trzybramkową stratę do Paderborn, choć gdyby przegrała tamten mecz, trenera by już nie było, albo obronić w dziesiątkę nieznaczne prowadzenie w Berlinie, walcząc, jakby miało nie być jutra. Favre pokazał jesienią twarz, jakiej wcześniej nie ujawniał. Człowieka, który nie godzi się z niepowodzeniami, tylko z nimi walczy. Nawet jeśli skacząc przy linii z zaciśniętymi piąstkami wyglądał groteskowo. Najważniejsze, że szukał rozwiązań. Kryzysu pewnie by nie przetrwał, gdyby przed meczem o posadę nie wpadł na grę z trójką stoperów, która pomogła mu wygrać siedem z ostatnich dziewięciu meczów.

favredruzyna.jpg

Sygnały zmian Są też sygnały, że Favre zmienił się i w innych sferach. Kiedyś nie dałoby się z jego ust usłyszeć zdania: Trenerzy są jak sprzedawcy – muszą sprzedawać swoje pomysły. Albo: Trzeba się znacznie więcej komunikować – z prezydentem, dyrektorem sportowym, rzecznikiem, sędziami, związkiem, zawodnikami. Z biegiem czasu, rozwinąłem się w tym aspekcie. Kiedyś żaden piłkarz nie powiedziałby o nim, jak Axel Witsel: Jest bardzo blisko zawodników. Nigdy się nie obraża. Jeśli chce coś komuś powiedzieć albo go skrytykować, po prostu to mówi, ale w pozytywny sposób. Nie wiadomo, jak ta historia się skończy. Pewnie typowo po Favre'owemu – nieszczęściem. Ale jeśli skończy się sukcesem, nie będzie to już triumf genialnego dziwaka ze Szwajcarii, tylko trenera, który pokazuje, że zawsze można się rozwinąć. Nawet gdy jest się już dziadkiem dwojga wnucząt.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi.