Sezon Premier League, jakiego nie było. Triumf ofensywnego futbolu

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
futbolowa-goraczka-WWW-28.png

Miniony sezon Premier League był najdziwniejszym w historii. Płynie z niego jednak pozytywne przesłanie – menedżerowie, którzy chcą stawiać na widowiskowość i potrafią nauczyć piękna gry swoich piłkarzy, dostają nagrody. Następna kampania zapowiada się ekscytująco.

Ten serial nigdy nam się nie znudzi. Ze sceny schodzą jedni bohaterowie, by natychmiast zastąpili ich nowi. Podoba mi się ta angielska karuzela, która jest w ciągłym ruchu. Premier League stanowi dziś ciekawy miks – w tym kotle mieszają się różne myśli trenerskie, kultury futbolowe, każdy znajdzie coś dla siebie. Hipsterzy docenią Seana Dyche’a i jego Burnley, wielbiciele wyrafinowanych brzmień zatopią się w melodii, jaką serwują nam Pep Guardiola i Jurgen Klopp, optymiści uwierzą w wizję Ralpha Hasenhuettla.

Niezwykle ciekawe rzeczy dzieją się w czerwonej części Manchesteru, Chelsea i Arsenalu – w światła jupiterów wchodzą coraz śmielej menedżerowie młodzi, ale już pewni siebie, sterujący potężnymi okrętami, znający doskonale kluby, w których się znaleźli, uczący się na trudnych organizmach, ale robiący to z dużą odwagą. Ole Gunnar Solskjaer, Frank Lampard i Mikel Arteta mogą napisać podobną historię do tej, którą przez lata tworzyli Alex Ferguson, Jose Mourinho czy Arsene Wenger. Zmieniła się narracja tej opowieści, ale tylko trochę – ci z pozoru grzeczni, inteligentni ludzie, też potrafią dodać trochę pikanterii do rywalizacji, czego najlepszym dowodem jest niedawne starcie Lamparda z Kloppem.

Najwięksi wygrani tego sezonu, poza Liverpoolem oczywiście – The Reds mieli tyle szpalerów, ilu jeszcze nikt nie doświadczył w erze Premier League – to Manchester United i Chelsea. Solskjaer w rozmowie z Marcinem Rosłoniem na antenie Canal+, tuż po ostatnim akordzie sezonu w Leicester, z satysfakcją użył sformułowania „tak zwani eksperci”, odnosząc się do komentarzy tych, którzy nie wierzyli w powodzenie jego misji.

Z Norwegiem mam problem, odnoszę wrażenie, że siedzę na tym rollercoasterze razem z nim. Kiedy przychodził na Old Trafford, chciałem, żeby mu się powiodło, uważam, że to uczciwy, fajny facet z sercem na dłoni. Nikogo nie udaje, a jeśli czerpie wzorce z Fergusona, to ma do tego pełne prawo, nie wolno tego wyśmiewać, co niektórym się zdarzało. I początek miał świetny. Nawet jednak gdy United wygrywali mecz za meczem, wielu ekspertów w Anglii twierdziło, że „odkwasił” drużynę. Wpuścił świeże powietrze. Pozwolił piłkarzom po prostu się realizować. Brzmiało to wszystko niefajnie, nieuczciwie, bo podważało jakiekolwiek znamiona warsztatu byłego napastnika MUTD. Brzmiało to, brutalnie rzecz ujmując, jak klasyczny opis jazdy na farcie. Tu uśmiech, tam komplement, tu poklepanie po plecach i jedziemy.

A Solskjaer wykonał gigantyczną pracę i stał się już innym menedżerem i człowiekiem niż tym, którym był przed laty – pogubionym trenerem Cardiff City. Cicha charyzma, którą pokazał, z pewnością zaimponowała piłkarzom i myślę, że pomogła również przetrwać trudniejszy okres. Tabela po restarcie ligi nie kłamie – United są w niej na drugim miejscu. Zadanie domowe – przygotowanie się do trudnego egzaminu podczas lockdownu wykonali niemal perfekcyjnie. Ktoś powie – to nie Solskjaer, to Bruno Fernandes, ale świat tak nie działa. Idąc takim tropem ktoś mógłby powiedzieć, że Zinedine Zidane to żaden trener, a wygrywał wszystko tylko dlatego, że Real ma zawsze wielkich piłkarzy.

Kibice United mówią dzisiaj, że zawsze wierzyli w OGS, ale dobrze wiedzą, że tak nie jest. Bo kiedy zespół wpadł w dołek, wszyscy zastanawiali się, czy to nie są jednak za duże buty dla Norwega. W mediach pojawiały się nazwiska większe, należące do bardziej doświadczonych trenerów i nie ma w tym nic dziwnego, to stały mechanizm. Na Old Trafford marzono o drugim Fergusonie, a może on był pod ręką? W piłce nic nie jest bardziej oczywiste, niż szukanie dziury w całym przy słabszych wynikach, a trener idzie zawsze w pierwszej linii frontu, jest łatwym celem, co udowadnia nam skutecznie co kilka miesięcy rodzina Pozzo. Historia Watfordu pokazuje jednak, że nie jest to dobry kierunek.

Solskjaer utrudnił sobie misję, bo dziś wielu fanów United oczekuje, że oto już nadszedł ten moment, w którym na serio można rywalizować o tytuł z Liverpoolem i Manchesterem City. Od teraz będą jednak szli krętymi ścieżkami nad przepaścią. Bo moim zdaniem wciąż nie wiadomo tak naprawdę, na co stać United. Futbol w czasach pandemii jest czystą abstrakcją. W tych okolicznościach piłkarze MU odnaleźli się doskonale, mogą na tym zbudować pewność siebie, ale powiedzieć dziś, że drużyna Solskjaera to solidny kandydat do mistrzostwa byłoby jednak określeniem na wyrost. Do jakości City i Liverpoolu wciąż sporo im brakuje. Ale OGS o tym wie i latem stanie na głowie, by zespół przystąpił we wrześniu do rozgrywek jeszcze mocniejszy. Powiedziałbym zatem, że United jest dziś drużyną, która położyła w ostatnich miesiącach solidny fundament psychologiczny, drużyną, z którą znów trzeba się liczyć, a to już dużo. Drużyną gotową rzucać wyzwania poważnym przeciwnikom.

Myślę, że zarówno Manchesterowi United, jak i Chelsea, sprzyjały sploty okoliczności. W zatrudnianiu trenerów oczywiście. Ani OGS, ani Lampard nie byli naturalnymi pierwszymi wyborami, i na Old Trafford, i na Stamford Bridge właściciele chętnie zatrudniliby kogoś bardziej doświadczonego, z wynikami, nazwiskiem, ale nie poszły ostatecznie w innym kierunku, bo albo się z kimś nie umieli dogadać w tym konkretnym momencie, albo ktoś za dużo chciał, albo odzywały się traumy z przeszłości. Chelsea się miotała – Antonio Conte był super, by szybko okazać się be, podobnie jak Maurizio Sarri. Lampard miał zadziałać jak katalizator. Udało się to zrobić. Nadał The Blues pewien kształt, co prawda to czasem jeszcze kształt drużyny nieobliczalnej, nie do końca wiedzącej, co potrafi, nieposkładanej w tyłach, ale na pewno groźnej, ciekawej. Chelsea, jak United, ma dziś swój styl – ofensywny, nastawiony na łowy. W obu przypadkach ściągnięcie klasowego bramkarza i jednego rasowego środkowego obrońcy mogłoby natychmiast uczynić z tych ekip zbilansowane (po)twory.

Co zapamiętam z tego sezonu, który już za nami? Setki migawek. Stałe fragmenty Burnley, torpedy Masona Greenwoda, piłkę w bramce Aston Villi, na co nie reagowała goal-line technology, radość Watfordu po pokonaniu Liverpoolu. Od momentu restartu mecze zaczęły mi się zlewać, jak krajobraz podziwiany przez okno pędzącego 200 km/h samochodu. Nie wiedziałem już jaki jest dzień tygodnia, która to kolejka i kto strzelił gole w poprzednim spotkaniu. Nigdy nie zderzyłem się z taką intensywnością komentatorskiej pracy, ale wychodzę z założenia, że każda nowa sytuacja czegoś nas uczy. Tęsknię za normalnym, naturalnym rytmem, biegiem zdarzeń, nad którym w jakiś sposób da się zapanować. Najbardziej jednak brakowało mi kibiców. Z każdym kolejnym meczem coraz bardziej. Bez nich żaden sport nie ma sensu. Uważam, że brak owacji na stojąco na pożegnanie Davidy Silvy z Etihad Stadium, czy też niemożność świętowania przez graczy Liverpoolu tytułu razem z The Kop, to są rzeczy, które trudno zaakceptować mając do futbolu stosunek głęboko emocjonalny. Dzień, w którym piłka nożna zostanie nam zwrócona w takim wymiarze, w jakim wszyscy ją kochamy, będzie zapewne dniem rozprawienia się z pandemią. Na razie za cud musimy uznać fakt, iż w obecnej rzeczywistości sezon w ogóle udało się dokończyć. W marcu nie mieliśmy prawa wierzyć w taki scenariusz.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz Canal+. Miłośnik ligi angielskiej, która jest najlepsza na świecie. Amen.