To mógłby być całkiem dobry odcinek serialu „Black Mirror”. Był sobie futbol gigantycznych kontraktów, meczów bez końca i nagle go nie ma. Jest żonglerka papierem toaletowym w domu, unikatowe mecze ligi australijskiej o 7:30 rano i cały wachlarz spotkań retro, do których co wieczór siadamy jakby historia miała wydarzyć się na nowo.
To jest krajobraz księżycowy. Wyobraźmy sobie scenariusz, że piłka już nigdy nie wraca, ludzie przenoszą się do e-sportu, a mecze Manchesteru United, albo Liverpoolu można oglądać na już tylko na YouTube Historia. To oczywiście nigdy się nie wydarzy, ale ostatni tydzień dobitnie pokazał, że „czarny łabędź” nie jest wymysłem finansistów. Że zjawiska nieoczekiwane zdarzają się od wieków i że zawsze trzeba zakładać najgorszy scenariusz.
Na razie od tygodnia bawimy się we wspominki. Nie wiem ile jeszcze dziennikarstwo sportowe może na tym jechać, ale podejrzewam, że długo. Ludzie nie odpłyną w inne rejony, bo niby w jakie, skoro i tak wszyscy mamy siedzieć w domach? Poza tym nostalgia od zawsze dobrze się sprzedaje, tak już jesteśmy zaprogramowani. Dziwnie czuję się, gdy na Twitterze ludzie dyskutują o bombie Denisa Irwina w meczu sprzed 25 lat, ale z drugiej strony cieszę się, że na ten wehikuł czasu w końcu ktoś znalazł… czas.
Uwielbiam piłkę z przeszłości. W domu rodzinnym mam kilka pudeł z wypalonymi płytami magazynów „Match of the Day” i „Liga+”. W liceum namiętnie ściągałem je z Internetu i łudziłem się, że kiedyś do tego wrócę. Budowałem ogromne archiwum, chociaż ostatecznie wróciłem raz – podczas ostatnich Świąt Bożego Narodzenia, gdy w piwnicy znalazłem rzeczone pudło, a czasu nagle zrobiło się więcej niż zazwyczaj.
W normalnym życiu szkoda na to dnia. System lepi nas tak, by konsumować to co teraz. Nie musimy nawet pamiętać, jaki mecz oglądaliśmy wczoraj. W kolejce jest przecież pięć nowych. Jutro znowu pięć i tak w kółko. Jak na taśmie, bo przecież im więcej wyprodukujesz, tym więcej sprzedasz.
I nagle ktoś wcisnął „STOP”.
Piłka pokryła się kurzem. Mole wypadły z szafy. Jak w opowiadaniu Jorge Luisa Borgesa, gdy główny bohater odkrywa, że Estadio Monumental w Buenos Aires rozsypał się w proch i nikt już w Argentynie nie gra w piłkę. Zamiast tego ludzie siedzą przed telewizorami i co wieczór słuchają opowieści człowieka w kabinie.
Dzisiaj taką „kabiną” są mecze retro. Różni je tylko to, że wydarzyły się naprawdę. I że dla wielu z nas są wspaniałą podróżą do czasów dzieciństwa, albo młodości. Od poniedziałku oglądam każde wieczorne pasmo w Canal+. Wyłapuję i chłonę każdy detal – np. to, że na Stamford Bridge za jedną z bramek stał kiedyś absurdalny parking samochodowy, piłkarze Chelsea grali w koszulkach z reklamą „Amiga”, a na bandach widniały dziwne loterie losowe, które po latach zastąpili globalni bukmacherzy.
Zachwycam się młodym Ryanem Giggsem, dryblującym jak opętany. Podziwiam grację, z jaką poruszał się Steve McManaman. Mamy pstrokate bluzy Petera Schmeichela i Pavla Srnicka, rąbankę defensywnych pomocników (wślizg obiema nogami uchodził za czysty, ha!) i tylko trzech piłkarzy na ławce rezerwowych!
To jest fantastyczna opowieść o tamtych czasach i o tym jaką drogę przebyła piłka. Najlepiej widać to na polskim podwórku, oglądając archiwalny magazyn Liga+. W kraju, gdzie nie ma kultury robienia filmów dokumentalnych o sporcie, jest to paradoksalnie najlepszy dokument, jaki powstał. To się ogląda jak dobry serial: są dawni bohaterowie, czarne charaktery i duża dawka humoru, gdy ś.p. Paweł Zarzeczny wbija szpilki w Groclin i ich magiczne utrzymanie w sezonie 99/00. Nie ma rzeczy, która lepiej dokumentuje tamtą słodko-gorzką epokę.
Czasem aż chciałoby się usłyszeć dzisiejszy komentarz do tamtych wydarzeń: kto wziął w kopercie i ile. Że skazany został X, Y i Dariusz Wdowczyk. Taka była liga, nawet Dariusz Fornalak po spudłowanym karnym wykrzykiwał „Nie wziąłem żadnych pieniędzy, sumienie mam czyste!”. Nie było pięknych ścianek z reklamami, był folklor, kiełbaski w Wodzisławiu i „Desperados” w Radzionkowie. W tle przemykał Adam Topolski, wyglądający jak boss neapolitańskiej mafii. Albo Marek Pogorzelczyk, z telefonem przy uchu! Uśmiechał się Albin Mikulski, Wojciech Wąsikiewicz, Mieczysław „Kaszana” Broniszewski i Zbigniew Franiak (!), tymczasowy trener Lecha.
Uwielbiam te retrospekcje, bo nagle z kapelusza wypadają ludzie, o których ostatni raz słyszałem dwie dekady temu, gdy jako dzieciak dawkowałem sobie magazyn „Piłka Nożna” na trzy dni, bo kiedy łykałem w jeden, to w sześciu pozostałych pozostawała już tylko Telegazeta. Od poniedziałku znowu słyszę nazwiska Kaondera, Mizia, Paluch, Myszor albo Janoszka, który akurat w ostatnich odcinkach nie grał z powodu kontuzji, za to wcinał na ławce rezerwowych słonecznik.
Wiele rzeczy z tamtych lat jest dzisiaj nie do powtórzenia. Biją po oczach „celtyki” na płotach, albo telewizyjne obrazki otwartych ran i lejącej się krwi. Infrastruktura wyraźnie poszła do przodu, choć w wielu miejscach jak Płock, albo Chorzów nic się od tamtych czasów nie zmieniło. Tak jak dziś były narzekania, że za mało gra młodzieży. I tak jak dziś nie wszystkie newsy transferowe okazywały się prawdą, bo przecież Pogoń Szczecin ostatecznie nie wykupiła połowy Legii.
Czy piłkarze grali lepiej niż dziś? Nie wiem. Daleki jestem od mówienia, że „kiedyś to było”. Inaczej wyglądała piłka. Dzisiaj zawodnicy są lepiej przygotowani motorycznie, mają na boisku mniej miejsca – nie dziwne, że wtedy oglądaliśmy piękne strzały z dystansu, a dzisiaj narzekamy, że ich nie ma. Na pewno było więcej indywidualności. Każda drużyna miała swojego bohatera, albo nawet trzech. Wystarczy spojrzeć na jakość podań Mirka Szymkowiaka, wrzutki Michała Probierza (trzy asysty w meczu z Lechem!), albo to, co robił Sylwek Czereszewski. To nie byli piłkarze z łapanki.
Oczywiście przyjdzie moment, gdy zacznie mnie to nudzić. To może być już zaraz, za tydzień, albo dwa. Futbol to emocje, a tych nie znajdziesz na starych taśmach. Dziennikarstwo sportowe ma problem: nie da się przecież przez kilka miesięcy dyskutować, kiedy wrócimy do gry i próbować tym zainteresować widza. I nie da się każdego dnia udawać, że oglądanie ustawionych meczów to rzeczywistość, która nam pasuje. To będzie uwierać coraz mocniej. Nawet, jeśli Radek Kałużny potrafił przyfanzolić.
