To nie jest hip-hop: 10 albumów z początku roku, które sprawiają, że nawet w domu bywa funky

Floating Points & Pharoah Sanders_2.jpg

Niedawno minął rok, odkąd zapanowała wielka smuta, a codzienność zamieniła się w areszt domowy. Toniemy, ale muzyka gra nadal jak na pokładzie Titanica. I gra stylowo, choć nie zawsze w rytm rymów i beatów.

Końca dobiegł dopiero pierwszy kwartał, a już pojawił się mocny kandydat do tytułu Album of The Year. Nie ma także powodów do narzekań, jeśli - korzystając ze sportowej nomenklatury - przyjmiemy, że o sile zespołu decyduje ławka rezerwowych.

1
Yu Su - Yellow River Blue (22 stycznia)

W kategoriach cudu należy rozpatrywać, że Yu Su po raz pierwszy usłyszała muzykę elektroniczną dopiero po tym, jak zaczęła studia w Vancouver i wybrała się na koncert Floating Points. Nie przeszkodziło jej to wiele lat później zarejestrować tych dzienników z podróży, obejmującej Kaifeng czy Szanghaj. Yellow River Blue to filizofia orientu, ale też ambienty, 80sowe syntezatory i fantastyczny zmysł piosenkowy; metylofenidat pod postacią fal dźwiękowych.

2
Arlo Parks - Collapsed In Sunbeams (29 stycznia)

Georgia Evans z NME - przyznając Collapsed In Sunbeams maksymalną ocenę - zwracała uwagę na przewrotność tego materiału, który może być popowy i kojący, ale równocześnie redefiniuje staroszkolne spojrzenie na seksualność i zdrowie psychiczne. W kategorii muzyka ogólnych ludzi nie wydarzyło się w tym roku nic ważniejszego. Świadczą o tym - bliskie ideału - noty za styl od m.in. Consequence of Sound czy Under The Radar.

3
Black Country, New Road - For The First Time (5 lutego)

Jedni z bohaterów naszego przeglądu artystów, którzy decydują obecnie o sile postpunkowej sceny Londynu. Dwa lata wcześniej debiutowali ich kumple z black midi, ale Black Country, New Road mogą być jeszcze bardziej intryguący z charakterystycznymi, klezmerskimi wtrętami i znacznie lepszym wyczuciem melodii. Jeżeli pod koniec marca minęło trzydzieści lat od premiery Spiderland, to kto wie, czy właśnie nie jesteśmy świadkami narodzin godnych następców Slint.

4
The Weather Station - Ignorance (5 lutego)

Tamarze Lindeman, która stoi za projektem The Weather Station zajęło piętnaście lat i pięć wydawnictw, żeby zapracować na status pieszczoszka muzycznej krytyki. Ostatecznie stało się to faktem wraz z premierą Ignorance, które uzyskało maksymalną notę w The Observer i najwyższą tegoroczną ocenę od Pitchforka (9.0). The Weather Station są rzeczywiście efektowni w konstruowaniu bogato inkrustowanych, avant-folkowych utworów. Nie bez wpływu na atencję pozostaje także tematyka. Jak to ktoś napisał: from climate change to love...

5
Cassandra Jenkins - An Overview On Phenomenal Nature (19 lutego)

Miłosną odą do otaczającego świata, o którą każdy prosił i której każdy potrzebował jest An Overview On Phenomenal Nature. Choć to przecież piosenki, które powstały w wyniku refleksji po samobójczej śmierci Davida Bermana. Cassandra Jenkins miała mu towarzyszyć na trasie koncertowej Purple Mountains. Drugi album reprezentantki Brooklyn pełny jest poezji codzienności i opowieści podanych w anturażu pięknie zaaranżowanych kompozycji; z misternie przekminionymi planami dźwiękowymi, fortepianem, smyczkami i saksofonem, który od lat przeżywa swój renesans. An Overview On Phenomenal Nature to lek na całe zło i nadzieja na przyszły rok.

6
Danny L Harle - Harlecore (26 lutego)

Harlecore - debiutancki album Danny’ego L Harle’a - to wyjątkowa chwila dla tego brytyjskiego artysty; pożegnanie z PC Music i transfer do wytwórni Mad Decent. Prosto pod skrzydła EDM-owego giganta Diplo. Londyński producent, który słynie z odświeżania przypałkowych brzmień - kojarzonych głównie z polskim Ekwadorem, post-ironią i memami - popełnił tu dzieło życia. Wcielił się w cztery postaci (DJ Danny, MC Boing, DJ Ocean i DJ Mayhem), z których każda reprezentuje inny styl i dostarcza odmienne dozniania. Udało mu się w ten sposób połączyć eurotrance, gabber, new age, hyperpop i estetykę Crazy Froga. Euforyczne hymny, wrażliwość Cocteau Twins, wypolerowana do granic możliwości produkcja i karykatura brosowego EDM-u... Harlecore to zwyczajnie najlepszy joint album Groove Coverage, Gigiego D’Agostino i Scootera.

7
Smerz – Believer (26 lutego)

Norwerski duet, który rezyduje w Kopenhadze już w 2017 roku podpisał kontrakt z XL Recordings. Od tamtego czasu nieustannie trwało budowanie napięcia przed pełnoprawnym debiutem, który okazał się ostatecznie spektakularnym patchworkowiem, podporządkowanym dekonstrukcji R&B i romansom z transem. Smerz łączą na Believer wodę z ogniem; to, co futurystyczne - z tym, co klasyczne; to, co cyfrowe - z tym, co analogowe. Tutaj śpiewy operowe sąsiadują z ciężkimi basami, a sample z żywymi partiami smyczków. - Wielkim marzeniem o tym, co powinna potrafić muzyka, jest zapewnienie ludziom poczucia odłączenia od miejsca, w którym się znajdują w czasie i przestrzeni. A może coś poczują? Oczywiście nie będzie się to zdarzało przez cały czas, ale może ktoś tego doświadczy? - zastanawiała się Catharina Stoltenberg i chyba może zameldować wykonanie zadania.

8
Floating Points, Pharoah Sanders & The London Symphony Orchestra - Promises (26 marca)

Osiemdziesięcioletni heros spiritual jazzu i współpracownik Coltrane'a - Pharoah Sanders wpadł na pomysł zainicjowania tego przedsięwzięcia po usłyszeniu w 2015 roku Elaenii od Sama Shepherda, który nie miał wówczas jeszcze trzydziestu lat. W końcu udało im się znaleźć kilka dni w Sargent Studios w Los Angeles, skąd Floating Points ruszył do Londynu, gdzie sfinalizował materiał z udziałem tamtejszej orkiestry symfonicznej. Normalnie udział symfoników mógłby odstraszać, ale to nie jest S&M, tylko pokaz pokory i wysublimowania; świadectwo tego, że mniej znaczy więcej. Jazz fajny jest, a Promises to arcydzieło gatunku.

9
serpentwithfeet - DEACON (26 marca)

serpentwithfeeta to artysta z innej planety, którego możecie poznać, sięgając do artykułu Gospel, queer i afirmacja życia Lecha Podhalicza. Zdaniem naszego recenzenta: DEACON to kolejny świetny materiał w dyskografii muzyka, który potwierdza, że czego się nie tknie, zamienia w szczerze złoto. Wyprodukowany w większości przez Wise’a oraz Batu - brytyjskiego mistrza eksperymentalnej, bassowej muzyki klubowej - to promyk nadziei rzucony na jego autorską wersję r’n’b. Względem poprzedników, na DEACON artysta dostarczył jeszcze więcej przebojowości, umiejętnie przeskakując pomiędzy gatunkami. Oprócz rhythm and blues, którego brzmienie nawiązuje tu do złotej ery lat 90./00., znajdziecie tu kojący neo-soul, subtelną elektronikę i awangardowy pop, co zwiastowała już ubiegłoroczna EP-ka Apparition.

10
Godspeed You! Black Emperor - G_d's Pee AT STATE'S END! (2 kwietnia)

Kanadyjski kolektyw w ciągu ostatnich trzydziestu lat zapracował na miano ikon post-rocka, łącząc gitarową alternatywę z muzyką ilustracyjną i neoromantyczną klasyką. Znakiem rozpoznawczym tych antyestablishmentowy i antykapitalistycznych muzyków są apokaliptyczne wizje, roztaczane przez nich niezmiennie od 1997 roku i legendarnego krążka F♯ A♯ ∞. Na G_d's Pee AT STATE'S END! zaskakuje, że GY!BE udało się wychwycić tak wiele światła z pandemicznej rzeczywistości. Nigdy też nie brzmieli aż tak dobrze i nie byli aż tak dobrze zgrani jako instrumentaliści. W pewnym stopniu zachodzi tu powrót do czasów Lift Your Skinny Fists Like Antennas to Heaven; wydanictwa z okładką, która bywa tatuowana niemal równie często, co Unknown Pleasures Joy Division.

Podziel się lub zapisz
Senior editor w newonce.net. Jest związany z redakcją od 2015 roku i będzie stał na jej straży bezapelacyjnie do samego końca; swojego lub jej. Co czwartek o 18:00 prowadzi także autorską audycję The Fall na antenie newonce.radio. Ma na koncie publikacje m.in. w Machinie, Dzienniku, K Magu, Exklusivie i na Onecie.