Mój stary to fanatyk kina. Pół mieszkania za*ebane taśmami, najgorzej. Średnio raz w miesiącu ktoś wdepnie w leżącą na ziemi kasetę albo płytę i trzeba wyciągać w szpitalu, bo mają zadziory na końcu...
Niby zajawka przeszła z ojca na syna, ale jakby spytać małoletniego Romaina Gavrasa o to, czy podoba mu się dzieciństwo, w którym tata puszcza mu klasykę kina, zaprzeczyłby. Oglądałem te klasyki za wcześnie. Tarkowski, Bergman – to nie jest kino dla siedmiolatka, a właśnie wtedy ojciec zaczął mi je puszczać. Miałem tego tak dosyć, że w wieku 12 lat powiedziałem mu: nienawidzę klasyki, kocham „Szklaną pułapkę” – opowiadał magazynowi The Guardian.
Tata, czyli Costa-Gavras. Absolutna legenda francuskiej kinematografii, człowiek z Oscarem, Złotym Globem, Złotą Palmą i Złotym Niedźwiedziem w dorobku. Jeden z najważniejszych autorów thrillerów politycznych lat 60. i 70., a trzeba pamiętać, że to były lata świetności tego gatunku. Silnie lewicujący uciekinier z rządzonej przez wojskową juntę Grecji, wykształcony w USA, a osiadły w Paryżu, gdzie wychowały się jego dzieci. Urodzony w roku 1981 Romain był najmłodszy z trójki rodzeństwa. Jego brat, Alexandre, został aktorem i producentem. Siostra, Julie – reżyserką i scenarzystką. Najwyraźniej katowanie dzieci Bergmanem popłaciło.

Aczkolwiek Romaina Gavrasa nie ciągnęły intelektualne salony Paryża, na których brylował jego ojciec. Bliżej było mu do kultury, która w latach 90. i 00. kwitła na paryskich ulicach. W 1995 roku do kin trafiła Nienawiść, wybitny debiut Matthieu Kassovitza, opisujący brutalną codzienność na multikulturowych, francuskich blokowiskach. I również w połowie lat 90. nastoletni wówczas Gavras, wraz z Kimem Champironem, współzałożył multimedialny kolektyw Kourtrajmé. Wszystkie krótkie metraże, klipy i filmy fabularne, w których maczali palce przedstawiciele Kourtrajmé, kipią wręcz osiedlowym sznytem, wykuwaną w getcie agresją i najlepiej pasującą do betonu, rapową ścieżką dźwiękową. A co miało decydujący wpływ na te właśnie środki wyrazu? „Nienawiść”. Z charakterystycznym dla nich przymrużeniem oka, wyczuciem multikulturowego fermentu i słabością do prostych acz nośnych zabiegów dziękują Kassovitzowi za inspiracje i zaznaczają od razu, że w swojej twórczości będą jeszcze bardziej radykalni, ekspresyjni i jeszcze mocniej skupieni na obrazku – tak w tekście o Kourtrajmé pisał na naszych łamach Filip Kalinowski.
Skład zebrał wokół siebie grono ludzi, którzy chwilę później mieli trząść francuską kulturą popularną; byli wśród nich m.in. raper Oxmo Puccino czy JR, autor wielkoformatowych prac streetartowych. Ale, co ważniejsze, ludzie z Kourtrajmé nie byli mentalnie hermetyczni. Choć przełom lat 90. i 00. nie był jeszcze czasem, w którym kooperacje międzygatunkowe były na takim porządku dziennym, jak dekadę później, zakochany w ostrym rapie i kinie komercyjnym Romain Gavras potrafił dogadać się także z ludźmi, którzy wyrośli w innych środowiskach i na innych gatunkach muzycznych. Może i jego wieloletni przyjaciel, nieżyjący już DJ Mehdi, łączył muzykę house z hip-hopowymi korzeniami, ale już angielski duet Simian Mobile Disco to zupełnie inna bajka. Traf chciał, że Brytyjczycy w połowie lat zerowych spiknęli się z paryskim składem Justice, którzy w 2003 roku zrobili im głośny remiks utworu Never Be Alone. Pewnie pamiętacie słynne We Are Your Friends? To właśnie efekt kooperacji dwóch dwuosobowych składów. A że Justice byli podpisani z supermodnym wówczas labelem z Paryża, firmą Ed Banger Records, wokół której kręcił się 25-letni wówczas Romain Gavras, autor kilku filmów krótkometrażowych i rapowych teledysków, to praca dla uzdolnionego newcomera znalazła się sama. I Believe Simian Mobile Disco był pierwszym ważnym wideoklipem Gavrasa. Może i nam ta karykaturalna estetyzacja klimatu Europy Wschodniej kojarzy się z szyderą a la Borat, ale teledysk spodobał się światu na tyle, że Justice pozazdrościli kolegom z drugiej strony kanału La Manche i też zapragnęli współpracować z Romainem Gavrasem. Co doprowadziło do realizacji koncertowego Across The Universe, dokumentującego efektowny live duetu.
I tak Romain Gavras stał się rozchwytywanym twórcą teledysków. Rozchwytywanym, ale wybrednym; po I Believe zrealizował tylko... dziewięć wideoklipów. Ale za to niemal każdy z nich wszedł do kanonu. Duże kontrowersje wzbudził pełen przemocy, społeczny obrazek do Stress Justice, ukazujące czarne, terroryzujące miasto gangi...
...a niewiele mniejsze – alegoryczny, antysystemowy Born Free M.I.A., opisujący wojnę amerykańskiej armii z... rudymi. Brzmi zabawnie, ale jakby przyjrzeć się bliżej temu, co Gavras miał w nim do powiedzenia – a mówił o segregacji na tle rasowym i etnicznym – to humor gdzieś znika.
Pozostając przy M.I.A. – najważniejszym wideo Romaina Gavrasa jest teledysk do jej singla Bad Girls. Podobnie jak dwa poprzednie, nakręcony w charakterystycznym dlań, paradokumentalnym stylu, gdzie najbardziej w pamięć zapadają samochodowe ewolucje, wykonywane przez arabskich drifterów. Aczkolwiek pojawiały się głosy, że ten feministyczny hymn jest w gruncie rzeczy zestawem stereotypów dotyczących Bliskiego Wschodu, jakimi posługuje się Zachód. I że to tylko atrakcyjny sztafaż – nic więcej. Sami oceńcie; fakty są jednak takie, że Romain Gavras dostał za to wideo szereg nagród, w tym trzy canneńskie Lwy.
Niewiele mniej nagród otrzymał teledysk do Gosh Jamiego XX. Totalitaryzm, unifikacja, a gdzieś w tym wszystkim coming-of-age o ludzkiej odmienności. Co ciekawe, przy realizacji tego klipu, w chińskim Tianducheng, nie użyto żadnych efektów specjalnych. To podróż w okresie dojrzewania przez świat, w którym kulturowe zawłaszczenie stało się tak szalone, że potrzebujesz duchowości, aby wznieść się ponad to wszystko – opowiadał reżyser w rozmowie z Dazed.
I romans Gavrasa z mainstreamowym rapem, czyli klip do No Church In The Wild Jaya-Z i Kanye'ego Westa. Znów paradokument, zamieszki, opozycja władza kontra obywatel, a wszystko to z perspektywy uczestnika wydarzeń. To w 2012 roku robiło wrażenie. Teraz zresztą też robi.
Ciekawe, że tak uznany autor teledysków i reklam (Romain Gavras kręcił m.in. dla adidasa, Samsunga, Louis Vuitton i Dior Homme) miał mniej szczęścia w kinie. Zarówno jego debiutancki, mocno tripowy obraz Our Day Will Come (znów rudzi! Tym razem jako nieudacznicy, którzy, szykanowani przez rówieśników, kupują drogie ubrania i samochody, a następnie wyruszają do Irlandii, krainy rudych, gdzie jednak wpadają w spiralę przemocy), jak i zrealizowany w roku 2018 psychodeliczny thriller The World Is Yours nie odniosły sukcesu komercyjnego i artystycznego. Problem z nimi jest taki, że Gavrasowi, mistrzowi opowiadania obrazem w krótkiej formie, niezbyt starcza mocy na pełny metraż. Historie się rozłażą, a zamiast porządnego plotu mamy efektowną wizualnie, ale jednak zawiesinę, jaką reżyser próbuje maskować fabularne niedociągnięcia.
Czy tak będzie w przypadku jego najnowszego filmu Athena, który możemy już oglądać na Netfliksie? I to bardzo szybko, bo obraz miał światową premierę na zakończonym niedawno festiwalu filmowym w Wenecji. Znów walka klas, znów biedne francuskie przedmieścia i blokowisko, na którym ginie mały chłopiec, co powoduje szereg zamieszek. Kolejny hołd złożony opowiadającej o podobnych sprawach Nienawiści? Też, zwłaszcza, że Gavras zrealizował ten film ze swoim wieloletnim przyjacielem, jakim jest Ladj Ly, jego kumpel z czasów Kourtrajmé, syn biednych imigrantów z Mali, który w 2019 roku został nominowany do Oscara za znakomitych Nędzników. Ale Athena, jak sugeruje nazwa, ma być czymś więcej – nawiązaniem do mitologicznych wojen. Co widać na ekranie, gdzie policjanci unoszą tarcze niczym starożytni wojownicy, a oddziały prewencji wspinają się po drabinach jak ci, którzy w mitologii zdobywali miasta. Nie chodzi tu o to, że Gavras i Ly chwalą się znajomością historii. Athena pokazuje, że te konflikty sięgają głębiej niż kilkudziesięciu ostatnich lat nad Loarą i Sekwaną. A władza, jakiegokolwiek kraju, zawsze najbardziej ciemięży najsłabszych. Z czym ten duet, syn bogatego lewicującego reżysera i syn ubogiego śmieciarza-imigranta nie mogą się zgodzić.
Pytanie o to, jak ten sam człowiek jednego dnia potrafi być sumieniem Francji, stając po stronie jej najbiedniejszych mieszkańców, drugiego – kręcić reklamówkę Diora, cały czas posiadając przy tym street cred, pozostaje otwarte. W końcu Peja też reprezentował biedę na TVN-owskich salonach.

Komentarze 0