O Ekstraklasie pisałem i mówiłem tak długo, że w końcu staliśmy się starym, nieco zgnuśniałym związkiem, który już niczego sobie nie oferował i niczego nie oczekiwał. Przeżywaliśmy uniesienia i frustracje, dywagacje nad sensem egzystencji, wreszcie – bolesne dość rozstanie. Ja zdradziłem ją ostatecznym związkiem, który ciągnąłem przez lata równolegle, ona sobie jednak poradziła, kradnąc inne serca. Dziś miło widzieć, że wraca do zdrowia.
Zanim na dobre pochłonął mnie smak meczów Bournemouth – Brighton, zdecydowanie byłem ekstraklasowy. Na tym się wychowałem – najpierw jako kibic, potem jako początkujący dziennikarz i uważam, że odebrane wówczas lekcje bywały bardzo cenne. Wszystkie podróże samochodem czy pociągiem w zakątki Polski, do których nigdy bym pewnie nie dotarł: na przykład Wronki. Mecze skomentowane w legendarnym Klubie Kibica, do tzw. „puszki”. Dziesiątki relacji napisanych ze spotkań ligowych we Wrocławiu, Gdyni czy Katowicach. Galeria absurdalnych działaczy spotkanych po drodze. Setki godzin przegadanych z towarzyszami tamtych wojaży. „To siedzi w nas jak szósty zmysł, nic z tym nie zrobisz” – cytując Pezeta.
Jak moja pierwsza delegacja krajowa. Do Wodzisławia Śląskiego. Dostałem służbowego laptopa i telefon, a także legitymację prasową. Legia grała z Odrą, a ja miałem napisać relację na warszawskie strony „Przeglądu Sportowego”. Gimby nie znają, ale było kiedyś coś takliego jak port IR – za pomocą podczerwieni (chyba) łączyłeś się z komputerem. Ten „strumień” z telefonu musiał być przyłożony do odpowiedniego miejsca w laptopie. Przetestowałem diabelskie urządzenie chyba ze sto razy, jeszcze w Warszawie – wszystko działało. Powtórzyłem już na miejscu, na stadionie. Działało. W przerwie: działało. Po meczu oczywiście nie.
Po licznych perturbacjach tekst oddałem tak późno, że w zasadzie jechałem do stolicy z przekonaniem, iż nie wszedł do gazety, a ja z niej wyszedłem. Jakimś cudem mnie zwolniono. Dostałem żółtą kartkę, choć przysięgam – mojej winy w tym nie było. Złośliwość przedmiotów, której tak się bałem w pracy na deadline. Nauczka na kolejne lata, by jeszcze mocniej wszystko sprawdzać.
Ekstraklasa miała konkretny zapach. Kiełbasek w Wodzisławiu, palonego słonecznika na Śląsku, morza, gdy przysiadłem na plazy na kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem, skoszonej i polanej murawy, maści rozgrzewających w korytarzach klubowych. Często bywałem w centrum akcji, np. wtedy, kiedy pisałem reportaż z meczu Wisła Krakow – Legia, stojąc pomiędzy dwiema ławkami i opisując reakcje trenerów: Henryka Kasperczaka i Jacka Zielińskiego. Po tamtym spotkaniu na Reymonta doszło do zabawnej sytuacji (mnie akurat nie bawiła). Poprosiłem Tomasza Kłosa, by udzielił mi szybkiego wywiadu, ale on rzucił tylko, że pędzi na czat do Interii i zniknął. Złapałem więc Marcina Baszczyńskiego, pogadaliśmy i podyktowałem to telefonistce w Warszawie.
Wcześniej dałem redakcji znać, że będę łapał Kłosa, jednak do sympatycznej pani Grażynki powiedziałem wyraźnie, że moim rozmówcą był Baszczu. Ona to wysłała do redaktorów, bez tytułu i bez nazwiska, koledzy „wlali” tekst pod makietę Kłosa i możecie się domyślić, co było dalej. Rano stanąłem pod ostrzałem oskarżeń. Krakowscy dziennikarze ganili mnie, że zmyśliłem wywiad z Kłosem, który przecież popędził na czat! Naczelny robił śledztwo: jakim cudem dzwoni do niego Kłos i mówi, że nie udzielił mi żadnego wywiadu, a tu stoi jak byk!? Wreszcie Baszczu rzucił mi do telefonu: – Spoko, ja wiem, że wy mnie w tej Warszawie nie lubicie!
Oto folklor ekstraklasy w pełnej krasie, zaklęty w tej komedii pomyłek. Znów wracałem do stolicy z duszą na ramieniu, nie było mediów społecznościowych i nie miałem gdzie tego nawet wyjaśnić. W końcu wszyscy machnęli ręką, a ja przecież nie mogłem wymagać od postronnych ludzi, by rozumieli mechanizmy rządzące pracą redakcyjną.
Ekstraklasa to dla mnie mnóstwo weekendowych podróży, głównie za Legią, którą zajmowałem się w „PS”. Spóźniliśmy się kiedyś do Łęcznej, stoimy przed bramą, a tu ryk z sektora gości, 1:0 po bramce Piotrka Włodarczyka. Obserwowałem z bliska bardzo ciekawą batalię tamtej Legii z tamtą Wisłą. Dwóch drużyn o bardzo wysokiej jakości, z mnóstwem indywidualności. Znałem na pamięć terminarze, wszystkie składy, rzecz jasna, numery na koszulkach, żyłem tym na maksa. Było łatwiej niż dziś. Wyobraźcie sobie, że jeśli chciałem mieć pogłębiony tekst na drugie wydanie, dzwoniłem do jednego piłkarza, np. Radka Wróblewskiego, on mi opowiadał swoje wrażenia prosto z autokaru, ja pytałem kto siedzi obok i po kolei dawał mi tych gości do telefonu. Dziś nierealne.
Liga była bardziej swojska, nie mówię, że lepsza, ale cieszę się, że zajmowałem się nią tak intensywnie akurat wtedy. Były to długie zgrupowania w Turcji czy Austrii, rozmowy z piłkarzami do późna, które pozwalały lepiej zrozumieć rodzimy futbol. Wyjazdy na europejskie puchary. Wiedziałem, kto się musi napić, żeby móc lecieć i nie pędziłem od razu tego opisać. Podobnie jak faktu, że jakiś piłkarz miał na obozie przygotowawczym urodziny i poprosił mnie o przemycenie skrzynki piwka (albo czterech). Byłem w słynnym Tupolewie wracającym z Tbilisi, gdy Piotr Włodarczyk szalał na pokładzie w mundurze pilota. Jeździłem zimą po Turcji – do piłkarzy GKS Bełchatów, Odry, Wisły, Groclinu, czasem zapisując po kilka stron w gazecie, padając ze zmęczenia. I ani przez moment nie zastanawiałem się, czy to kogokolwiek obchodzi. Byłem bowiem przekonany, że cała Polska czeka na te gorące teksty! Uwielbiałem wizyty w Poznaniu, na meczach Legii z Lechem, często oglądałem je z perspektywy murawy, to inna percepcja, wiedzą o tym doskonale reporterzy Canal+. Czujesz wręcz zapach rywalizacji, wszystko ma dwa razy wyższe tempo. Moc ryku trybun potęguje doznania. Wczuwasz się w taki mecz.
Jestem Ekstraklasie dozgonnie wdzięczny za takie właśnie odczucia. Przez dekadę rozmawialiśmy o niej z Andrzejem Twarowskim i Tomkiem Smokowskim w Lidze+, potem w Lidze+ Extra i te wszystkie wizyty w studiu pozwoliły mi nabrać spokoju w telewizji, nauczyć się od dziennikarzy i ekspertów wielu cennych rzeczy. Po jakimś czasie jednak zaczęło mi się wydawać, że enty raz mówię to samo o Ruchu, o Górniku czy o Legii. Tak jakby bateria bezpowrotnie się wyczerpała. Tych dziesięć lat okazało się idealnym odcinkiem. Oglądałem wszystkie mecze ekstraklasy – od deski do deski. Robiłem sobie notatki, dzwoniłem do korespondentów „PS” po zakulisowe newsy. Potem zacząłem selekcję, wybierałem te lepsze dania, ale też z przyczyn zawodowych – komentując 3-4 mecze ligi angielskiej w weekend, nie byłem w stanie oglądać jednocześnie ekstraklasy. Poświęciłem jej jednak tak dużo swojego życia, że z pewnością w tamtych latach była ona w czołówce. Szkoda, że nie miałem dostępnych raportów, jak dziś z iPhone'a: „Czas spędzony w minionym tygodniu z ekstraklasą był u ciebie dłuższy o 34 procent”.
Łatwo się oczywiście z naszej ligi pośmiać. Popaść w populizm na zasadzie: przepłaceni kopacze, oklep w europejskich pucharach, itd. Natomiast – o czym niewiele osób wie – ta liga generuje największe oglądalności w telewizji, 2-3 razy wyższe niż np. moja ukochana Premier League. Zawsze tak było i będzie, ponieważ ludzie po prostu kochają ekstraklasę, nawet jeśli na nią czasem ponarzekają. Związki te bywają bardzo mocne, mam wielu znajomych, którzy daliby się pokroić za Lecha, Legię czy Wisłę. Dla nich powrót ligi jest czymś fantastycznym. Ja też się cieszę, bardzo chętnie zerknę dziś, co słychać u mojej dawnej wielkiej miłości. Z poziomu kanapy, wszystko na tacy. Na szczęście nie muszę się łączyć z laptopem w Wodzisławiu.
