W szalejącej pandemii koronawirusa żal mi ludzi, którzy ze względu na obniżoną odporność boją się o życie, szkoda mi osób, które stracą pracę i być może jej już nie odzyskają, ale ostatnią rzeczą, o jakiej myślę jest futbol. Chwilowo mam go, zupełnie szczerze, gdzieś. Mało tego, gdyby ktoś powiedział dziś, że wirus zniknie raz na zawsze, jeśli piłka nożna nie pojawi się już nigdy w naszym życiu, to bym na takie ultimatum poszedł bez mrugnięcia okiem.
Oczywiście, że takich wyborów nikt nam nie każe podejmować, jednak w stanie wyjątkowym, w jakim znalazł się dzisiaj cały świat, coraz dobitniej dociera do mnie to, co w sumie wiedziałem od dawna, ale dla własnego komfortu rzadko głośno artykułowałem. Że jesteśmy kompletnie nieistotni. My, jako cała branża sportowa, dziś już nawet bardziej rozrywkowa, bo tego oczekują ludzie, nieustannych igrzysk: meczów, programów, które te mecze omówią, live'ów na Facebooku, Instagramie czy YouTube. Pora to głośno powiedzieć: nie znaczymy kompletnie nic. Tak jak cały sport zresztą – najważniejsza z rzeczy najmniej ważnych.
Sport może oczywiście stanowić wentyl bezpieczeństwa dla ludzkiego umysłu, po to zresztą został wymyślony, by być odskocznią od problemów – wojen, chorób, politycznych kryzysów. Dlatego właśnie klasa robotnicza od Anglii po Polskę chodziła przez lata na mecze piłkarskie, by móc w nich znaleźć ukojenie po ciężkim tygodniu pracy, często za kiepską stawkę. Futbol dawał im możliwość wyżycia się – świętowania z ukochaną drużyną, zwyzywania przeciwników czy sędziego, wypicia paru kufli piwa z kumplami w pobliskim pubie. Po takiej sobocie można było wracać do ciężkiej harówki.
Z biegiem lat zamiast kibica pojawił się klient, który, jak u Banksy'ego, wychodził przez sklep z pamiątkami. Piłka nożna stała się ekskluzywnym produktem, z drogimi prawami do transmisji, coraz droższymi biletami na stadiony, a piłkarze – półbogami. I nagle, w obliczu pandemii, okazuje się, że wszyscy są tacy sami, że nie ma podziału – ktoś tam, na górze i plebs, na dole. Że tak samo może zachorować Mikel Arteta i Tom Hanks, jak i mieszkaniec Łodzi czy Poznania. Każdy musi się bać. Oczywiście – bogaty wciąż będzie miał przewagę, szybszą reakcję lekarza, łatwiejszy dostęp do wszystkiego, ale narażony jest dokładnie tak samo, jak maszynista czy listonosz. Koronawirus sprawił, że z godziny na godzinę padały kolejne przyczółki sportu. Wyścigi Formuły 1, turnieje tenisowe, rozgrywki piłkarskie i uwierzcie mi, że żadne nie padały ot tak, wymagały debaty, tej samej, która trwa na temat dalszego grania w Polsce czy w Premier League. Debaty niepotrzebnej i bezsensownej, jeśli ktoś patrzy z boku, ze zdrowym rozsądkiem, ale debaty popartej jednym – ciągiem człowieka do pieniędzy. Zachłannością.
Biznes. To słowo pojawia się dzisiaj tak samo często, jak koronawirus. Co na to biznes, jak zareaguje, komuś pada biznes, czy biznes się podniesie. Szczerze? W kontekście piłki i sportu nie ma to teraz znaczenia. Mamy idealny moment, by UEFA i inne duże organizacje pokazały choć odrobinę ludzkiej twarzy. Trzeba to sobie głośno powiedzieć: EURO 2020 nie ma żadnego sensu, niepotrzebne są walne zgromadzenia, by to wiedzieć. Nawet jeśli chwilowo odeprzemy epidemię, ona może wrócić i trzeba być na gotowym, mówią tak wszyscy mądrzy lekarze. Jeśli z tego co się dziś dzieje nie wyciągniemy dla siebie wniosków, nie będziemy zasługiwać na egzystencję w tym świecie, który i tak już doprowadziliśmy na skraj. Łatwo wklejało się w mediach społecznościowych posty i obrazki ze wsparciem dla płonącej Australii, ale to nas nie dotyczyło, prawda? Gdzieś tam się pali, no trudno. Gorzej, gdy „płonie” już cały świat i nie ma się gdzie schować.
Trzeba odwołać wszystkie rozgrywki piłkarskie, anulować igrzyska, wszak to ma być święto, raz na cztery lata, nie zaś fundament do obaw. Kto normalny zechciałby wcisnąć się w tłum ludzi i oglądać rzut oszczepem. Czy trzeba mieć dyplomy i IQ 170, żeby wiedzieć, jak bardzo bezsensowna jest taka debata? Czy trzeba spełniać powyższe kryteria, by wiedzieć, że chodzi o kasę, sponsorów, budżety i – o zgrozo – biznes? Chyba nie.
Odpuśćmy, jesteśmy totalnie nieistotni. Nasze relacje meczowe, nasze skomentowane mecze, ten cały felieton. Pogódźmy się z tym, że wszyscy – kibice, dziennikarze, zawodnicy, jesteśmy w obszarze, bez którego świat sobie poradzi. Że wreszcie wyszło na jaw tak dobitnie – potrzebni są lekarze, naukowcy, prawnicy, mądrzy politycy, a nie goście w spodenkach, którzy kopią piłkę, a także ci, których to ekscytuje i ci, którzy to opisują. Usiądźmy grzecznie w dalszym rzędzie i słuchajmy, bo w tej chwili nikogo nie obchodzimy.
UEFA nie zarobi, jeśli nie będzie EURO. Nie obchodzi mnie to kompletnie. Agenci nie zrobią transferów. Trudno. Piłkarze nie znajdą nowego klubu, który da im wyższą pensję. Przeżyjemy to jakoś. Zobaczcie, tak wiele razy zastanawialiśmy się, kiedy ta bańka pęknie, kto przerwie spiralę absurdu i sprawi, że świat przestanie dzielić się na uprzywilejowany i mniej uprzywilejowany. Dla COVID-19 wszyscy jesteśmy tacy sami – bez względu na rasę, wyznanie, majątek i płeć. Wprowadził w kilka tygodni brutalne równouprawnienie.
Boję się, ale nie uważam tego za słabość. Tylko głupi ludzie się nie boją. I widzę, jak wirus, zresztą tak samo jak każda rzecz, która budzi strach czy kontrowersje, dzieli okrutnie ludzi. Na tych, którzy śmieją się z innych, że ci robią zapasy. I na tych, którzy wklejają memy, próbując udawać, że ich to nie dotyczy. Na tych, którzy panikują i rozpowszechniają plotki. A to dopiero początek.
Moja ukochana Premier League, w momencie, w którym pisze ten felieton, czeka. I może za chwilę podejmie radykalne decyzje, ale to nie zmieni mojego postrzegania tych ludzi. Bo taka informacja powinna pojawić się kilka dni temu. Nie wiem za bardzo na co bowiem czekano, ale to działanie, szczególnie teraz po przeczytaniu informacji o Hudsonie-Odoiu, graczu Chelsea, piłkarzach Leicester i Arsenalu odizolowanych od składu, Artecie, wydaje mi się po prostu skur...twem. Sabotażem. Szafowaniem ludzkim życiem. Biznes, a jakże.
Gratulacje panowie, szkoda, że nie można grać, co? Do samego końca, bawilibyście się dalej. Byle zarobić jeszcze parę baniek. Pamiętajcie jednak, że może się okazać, iż w świecie, jaki za chwilę na nas czeka, nie będą do niczego przydatne.
