Przyszli i obecni reprezentanci Anglii oraz innych krajów w składzie, duże oczekiwania i niezłe wyniki we wcześniejszych latach, a mimo to skończyło się spadkiem. West Ham z sezonu 2002/03 to drużyna, która przeszła do historii ligi angielskiej.
„Są za mocni, żeby spaść”. Jak często słyszeliście takie zdanie o drużynach, którym w trakcie sezonu idzie źle i nagle zaczynają się plątać w okolicy strefy spadkowej? Takie powtarzano też o West Hamie z sezonu 2002/03. A mimo wszystko drużyna z kilkoma naprawdę poważnymi piłkarzami w składzie pożegnała się z Premier League. To najsilniejszy zespół, który to spotkało.
42 TO ZA MAŁO
Do takiego miana ówczesny zespół Młotów może się poczuwać z kilku powodów.
Pierwszym jest dorobek punktowy. W Anglii jak mantrę powtarza się, że magiczną granicą potrzebną do utrzymania jest 40 punktów. Nawet menedżer rewelacji tego sezonu, czyli Chris Wilder z Sheffield United, odnotował to niedawno, choć jego drużyna nie ma się o co martwić. – Na to w tym sezonie liczyliśmy. Osiągnięcie 40 punktów jest świetne, ale chcemy więcej – mówił.
– Gdybyśmy dobili do 40 punktów, miałbym powód do świętowania. Wypiłbym z tej okazji kieliszek dobrego wina – żartował z kolei Alan Pardew, gdy prowadził West Brom. Spoiler: może i wypił, ale raczej dlatego, że zwolniono go przed końcem sezonu. Poza tym The Baggies i tak wtedy spadli.
W ostatnich latach bezpieczeństwo w Premier League dawała nawet niższa liczba punktów, niemniej magiczna 40-tka tak mocno wryła się w pamięć, że przed każdym sezonem beniaminek czy drużyna typowana do walki o utrzymanie stawia ją sobie za cel. West Ham w rozgrywkach 2002/03 mierzył wyżej, jednak po nieudanym starcie i on liczył na dobicie do tej bariery.
Piłkarze dali radę w kwestii matematyki, ale mimo tego skończyło się spadkiem. Młoty w tamtych rozgrywkach zgromadziły aż 42 punkty, jednak i tak skończyły na 18. pozycji. Dla porównania w sezonie 2017/18 taki sam dorobek dał im 13. miejsce. To niechlubny rekord dla spadkowicza w Premier League. Mówimy więc o sytuacji zupełnie bez precedensu.
SILNA DRUŻYNA NIE POMOGŁA
Drugim powodem była kadra. W bramce stał David James. W obronie grali doświadczony Nigel Winterburn, mający w dorobku ponad 400 występów dla Arsenalu, Gary Breen, który w karierze uzbierał ponad 500 występów ligowych oraz podstawowy stoper reprezentacji Czech Tomáš Řepka. W pomocy Lee Bowyer, który dopiero co grał z Leeds United w półfinale Pucharu UEFA i Ligi Mistrzów oraz John Moncur i Trevor Sinclair. Atak straszył siłą ognia w postaci Paolo Di Canio, 20-letniego Jermaina Defoe, Frederica Kanoute i Lesa Ferdinanda, a do tego wszystkiego doszli jeszcze utalentowani Michael Carrick i kapitan drużyny Joe Cole, którzy już wtedy mieli za sobą debiuty w reprezentacji Anglii oraz Glen Johnson, który w kadrze zagrał po raz pierwszy niedługo później.
A mimo to skończyło się 18. miejscem w lidze. Jakim cudem?

– Fakt, że zlecieliśmy do Championship mnie przerasta. Ta drużyna powinna walczyć o miejsce w top six albo seven. Do dziś to dla mnie zagadka, jak to się stało – mówił pomocnik tamtej ekipy Don Hutchinson.
W takich momentach winy należałoby szukać u menedżera. Tym był wówczas Glenn Roeder, ale do niego jeszcze wrócimy.
GONITWA NA DARMO
Dorobek 42 punktów to i tak z perspektywy przebiegu tamtego sezonu spore zaskoczenie. West Ham przez pierwsze 27 kolejek wygrał zaledwie cztery spotkania i był długo na ostatnim miejscu. Zryw nastąpił dopiero, gdy większość postawiła już na drużynie krzyżyk. 23 lutego Młoty pokonały West Brom 2:1, a tydzień później wygrały u siebie 2:0 z Tottenhamem i wiara wróciła. Później był remis z Evertonem i zwycięstwo z Sunderlandem. Po nim na moment zespół wydostał się ze strefy spadkowej, ale dwa remisy – z Southamptonem i Aston Villą – znów wrzuciły go pod kreskę.
Wtedy nadszedł kluczowy mecz. O takich mówi się, że są o sześć punktów i nie było w tym cienia przesady. Młoty jechały na starcie z Boltonem, który był na 17. pozycji z przewagą trzech oczek. Zespół Sama Allardyce'a wygrał jednak 1:0, powiększył przewagę i wydawało się, że jest po sprawie.

Do końca sezonu pozostawały cztery kolejki. West Ham musiał w tym czasie zdobyć o siedem punktów więcej od Boltonu, bo ten przy równej liczbie punktów miał lepszy bilans bramkowy. W kolejny weekend pierwsza część planu została spełniona – Wanderers zremisowali, a Młoty wygrały 1:0 z Middlesbrough. Strata spadła o dwa oczka. Tydzień później sytuacja była podobna – Bolton podzielił się punktami z Arsenalem, a West Ham wygrał z Manchesterem City po bramce na 10 minut przed końcem. Obie ekipy zrównały się punktami po przedostatniej kolejce. Trzeci remis ekipy Allardyce'a z rzędu przy zwycięstwie West Hamu z walczącą o TOP4 Chelsea oznaczało, że decydowała będzie ostatnia kolejka.
Roedera już wtedy w klubie nie było. Nie chodziło jednak o fatalne wyniki. Menedżer źle się poczuł po meczu z Middlesbrough. Zemdlał i musiał szybko zostać przewieziony do szpitala. U 47-latka podejrzewano udar mózgu, a badania wykazały, że Roeder ma w głowie guza, którego natychmiastowo trzeba wyciąć.
– Pamiętam wszystko z tamtego dnia. Mecz, gola Trevora Sinclaira, rozmowę z telewizją i konferencję prasową. Dopiero idąc do szatni poczułem, że tracę wzrok, przed oczami zrobiło mi się ciemno. Na szczęście w budynku był jeszcze nasz klubowy lekarz i to on mnie uratował. Strach pomyśleć, co by było, gdybym zemdlał pół godziny później, wracając do domu samochodem – mówił później w rozmowie z „Evening Standard”. Roeder musiał przerwać pracę, a klub tymczasowo poprowadził jego dawny legendarny piłkarz sir Trevor Brooking.
To on pociągnął udaną serią na finiszu i w takich okolicznościach w ostatnim meczu West Ham mierzył się z pewnym swego beniaminkiem Birmingham City. Bolton grał o tej samej porze z Middlesbrough. Młoty, aby się utrzymać w Premier League musiały wygrać, a rywale stracić punkty, by nie martwić się o bilans bramkowy.
Londyńczycy długo nie mogli przełamać defensywy Birmingham City. Defoe, Kanoute i Ferdinand zmarnowali sytuacje w pierwszej połowie, ale ten ostatni w końcu trafił na 1:0 w 66. minucie. City jednak odpowiedziało dwiema bramkami i gol Di Canio w 89. minucie dał Młotom remis 2:2, a to oznaczało, że Bolton musiał przegrać. Z Reebok Stadium nadeszły jednak złe wieści – gospodarze wygrali 2:1, co oznaczało, że West Hamowi utrzymanie i tak dałoby jedynie siedmiobramkowe zwycięstwo. Po 10 latach klub spadł więc z Premier League.
– Nie sądzę, że można o nas powiedzieć, że byliśmy niewystarczająco dobrzy. Nie mam pojęcia, jak to się stało – mówił oszołomiony Brooking. Dla kibiców była to wielka tragedia. Nikt nie mógł uwierzyć, że tak utalentowany zespół może pożegnać się z ligą. Spodziewano się wielkiej wyprzedaży i problemów finansowych. BBC pisało o stracie 10 milionów funtów z samych praw telewizyjnych, co było wtedy gigantyczną kwotą. Jak te czasy się zmieniły...
TRAGEDIA POWOLI DOJRZEWAJĄCA
Teoretycznie nic nie zapowiadało takiej katastrofy. West Ham sezon wcześniej zajął siódme miejsce, głównie dzięki bardzo dobrej wiośnie i wygraniu pięciu z ostatnich ośmiu spotkań w sezonie. Z drugiej strony polityka klubu w kilku wcześniejszych latach sugerowała, że może się na nim zemścić.
Wcześniej zespół przez siedem sezonów prowadził Harry Redknapp. I trzeba przyznać, że robił to z sukcesami. W roku 1999 doprowadził Młoty do piątego miejsca w lidze – najwyższego finiszu od połowy lat 80. – oraz triumfu w Pucharze Intertoto.
West Ham Redknappa grał atrakcyjny futbol i przestał odbijać się między pierwszą a drugą ligą. Menedżer przekonał też szefów klubu do tego, by chętniej wydawać pieniądze na transfery. Wcześniej władze Młotów słynęły raczej ze skąpstwa, ale Redknapp naciskał prezesa klubu Terry'ego Browna i twierdził, że w Premier League trzeba iść z duchem czasu. Prezes posłuchał. Menedżer przesadził jednak w drugą stronę.
ROZMACH W OBIE STRONY
Praktycznie co sezon na Upton Park przyjeżdżał jeden wagon nowych piłkarzy, a drugi odjeżdżał. Redknapp polubił sprowadzanie zawodników spoza Wielkiej Brytanii, choć tych rodzimych też oczywiście kupował, a najważniejsze było głośne nazwisko. I o ile transfery takich piłkarzy jak Paolo Di Canio, Stuart Pearce, Slaven Bilić, John Hartson, Eyal Berkovic, Trevor Sinclair czy Ian Wright (na jeden sezon) okazały się sukcesem, to bardziej pamięta się te nieudane.
Florina Răducioiu West Ham sprowadził po tym, jak strzelił jedynego gola dla Rumunii podczas Euro '96 w Anglii. Napastnik spędził na Upton Park tylko rok. Strzelił dwa gole, z czego jednego w meczu z Manchesterem United po tym, jak Redknapp zarzucił mu, że zamiast stawić się na kilkanaście dni wcześniej na pucharowy mecz ze Stockport, ten wybrał zakupy z żoną w centrum handlowym. Rumun zaprzeczał, ale – jak mawiał klasyk – niesmak pozostał. Jego bilans zakończył się na 11 występach i wypożyczeniem do Espanyolu.
Był również Davor Šuker, który przyszedł w 2000 roku po jednym sezonie w Arsenalu i też szału nie było. Redknapp liczył, że Chorwat nawiąże do znakomitej strzeleckiej formy z mundialu '98, gdzie został królem strzelców i dał mu wysoką tygodniówkę. Okazało się, że wyrzucił pieniądze w błoto, bo Šuker rozegrał tylko 13 spotkań, strzelił trzy gole i tyle go widzieli.
Na Upton Park nie sprawdził się też Paulo Futre, który omal nie obraził się na amen, gdy okazało się, że nie może grać z numerem 10 na koszulce – tę nosił John Moncur, ale Portugalczyk zaoferował mu w zamian za oddanie go możliwość spędzenia wakacji w jego ekskluzywnej posiadłości w Algarve i korzystania z jego pola golfowego. Moncur się zgodził, ale szybko mógł odzyskać swój numer, bo Futre po rozegraniu dziewięciu meczów odszedł z Londynu.
Oczekiwań nie spełnili także Titi Camara, Christian Bassila, który kosztował 720 tysięcy funtów i rozegrał dla klubu tylko 86 minut, Gary Charles, na którego pensje wydano przeszło cztery miliony funtów, choć przez trzy lata głównie się leczył i wystąpił tylko osiem razy, Ilie Dumitrescu czy Rigobert Song.
Największym niewypałem był jednak Marco Boogers. Holendra za milion funtów sprowadzono w lecie 1995 roku ze Sparty Rotterdam i już w debiucie wbił się korkami w żebra Gary'emu Neville'owi i został zawieszony na cztery mecze. Później na kilka tygodni przepadł i rzekomo odnaleziono go dopiero... ukrywającego się i mieszkającego w barakowozie na parku dla przyczep kempingowych w Holandii. Później jego przedstawiciele jednak zaprzeczali. Tłumaczono, że Boogers wpadł w potężny dołek po fatalnym debiucie i po prostu uciekł do ojczyzny. Tak czy inaczej wytrzymał rok w Londynie i stał się bohaterem anegdot opowiadanych przy piwie przez fanów WHU.
W klubie panował więc spory chaos. Pearce wspominał w autobiografii, że pierwszego dnia przybył na trening punktualnie, ale okazało się, że oprócz niego w szatni jest tylko bułgarski piłkarz, który przyjechał na testy. Pozostali dotarli tak, jak im się to podobało. Innym razem zobaczył, jak młody Joe Cole zakłada w szatni cudze buty i tłumaczy się, że musi tak zrobić, bo ktoś wcześniej zabrał jego parę. – Prysznice były paskudne i porośnięte grzybem. Nie wiem, co musieli sobie myśleć zagraniczni piłkarze – zastanawiał się Peace. Odpowiedzi udzielił Berkovic, który odchodząc do Celticu nazwał West Ham „drużyną gości z pubu”.
GWIAZDY I MŁODZIEŻ
Mimo tego wszystkiego Młoty pod wodzą Redknappa grały niezłą piłkę, a udany rok 1999 był tego najlepszym przykładem. Problemy zaczęły się później.
Kolejny sezon przyniósł dziewiątą pozycję i choć nie była to wielka tragedia, obniżka formy martwiła. Rozgrywki 2000/01 okazały się jednak jeszcze gorsze. West Ham zaczął sezon w strefie spadkowej, by ostatecznie zająć dopiero 15. miejsce. Klub wciąż stawiał na graczy z dużymi nazwiskami, ale sytuację finansową podreperował fakt, że w międzyczasie zaczęli przebijać się utalentowani wychowankowie.
W roku 1999 i 2000 drużyna U-19 West Hamu wygrała Premier Academy League z takimi piłkarzami w składzie jak wspomniany Joe Cole, Michael Carrick, Jermain Defoe, a już wcześniej szansę debiutu w pierwszym zespole dostali od Redknappa Rio Ferdinand oraz Frank Lampard. Ci ludzie kilka lat później spotkali się ponownie w reprezentacji Anglii, a na przełomie wieków byli uzupełnieniem składu obok mniej lub bardziej udanych transferów.
Redknapp miał słabość do graczy z zagranicy, jednak wziął pod skrzydła utalentowaną młodzież. Jest zresztą wujkiem Lamparda, bo matka piłkarza i żona trenera to siostry. Do historii przeszła słynna dyskusja Redknappa z kibicem, który nie był w stanie zrozumieć, dlaczego Młoty pozbyły się Scotta Canhama i zostali z – gorszym jego zdaniem – 18-letnim Lampardem. Menedżer-wujek go bronił, kibic atakował, a obecny menedżer Chelsea, wtedy z fryzurą na Marka Mostowiaka i buzią cherubinka, przyglądał się temu siedząc obok.
Ostatecznie jeden zrobił wielką karierę piłkarską, drugi przeniósł się do Brentford, a już po kilku latach zaczął zwiedzać boiska siódmej i ósmej ligi. Redknapp miał jednak rację i zarzuty o nepotyzm okazały się bezpodstawne.
NADZIEJA W MŁODOŚCI
West Ham nie wyrabiał finansowo z powodu wielu pomyłek na rynku, więc szybko zaczął sprzedawać to, co miał najlepsze. Ferdinand za 18 milionów funtów odszedł w 2000 roku do Leeds United, a rok później Lampard za prawie 15 mln odszedł do Chelsea.
Redknapp zaczął domagać się piłkarzy, którzy ich zastąpią i tłumaczył, że klub ma przecież środki. Brown zaufał mu po raz kolejny, a menedżer po raz kolejny udowodnił, że kompletnie nie miał nosa do transferów. Camara, Song, Ragnvald Soma i Swetosław Todorow kosztowali 8 milionów funtów i klub zrobiłby o wiele lepiej, gdyby te pieniądze rozdał potrzebującym. To jednak nie przeszkodziło menedżerowi w marcu po odpadnięciu z FA Cup stwierdzić: – Wydaliśmy za mało na wzmocnienia. Potrzebuję na nowych piłkarzy 12 milionów.
Dla prezesa Browna to była kropla, która przelała czarę goryczy. Obaj panowie mieli spotkać się pod koniec rozgrywek, by podpisać nową umowę i Redknapp szedł do jego biura w pełni przekonany, że tak właśnie będzie. Jakież było jego zaskoczenie, gdy otrzymał wypowiedzenie. – Budząc się rano, była to chyba ostatnia rzecz, jaka przyszłaby mi do głowy – tłumaczył, a koniec sezonu 2000/01 oznaczał pożegnanie z klubem, w którym spędził siedem wcześniejszych lat. Część obserwatorów była równie zdziwiona, inni jednak dostrzegali sens tego działa. Frank Keogh z BBC nazwał kadencję Redknappa „nieprzewidywalną mieszanką artyzmu, braków i farsy”. Trudno o lepsze podsumowanie. Związek popularnego Arry'ego i Młotów dobiegł naturalnego końca i klub szukał kogoś, kto wyniesie go na wyższy poziom, a przede wszystkim ustabilizuje z powrotem sytuację.
CZŁOWIEK Z CIENIA NA PIERWSZYM PLANIE
Dzień po jego zwolnieniu „Guardian” publikował listę potencjalnych następców, na której znaleźli się m.in. Terry Venables, George Graham i Kevin Keegan. Fani oczekiwali menedżera, pod wodzą którego West Ham będzie znów bił się o puchary, czyli kogoś z wyrobionym nazwiskiem, ale Brown zaskoczył. Zamiast znanego trenera zatrudniono Glenna Roedera.
Roeder był wcześniej asystentem Redknappa, a obaj poznali się w 1999 roku na bankiecie. Złapali dobry kontakt, a starszy kolega zaoferował mu rolę w West Hamie. Roeder akurat się za czymś rozglądał. Wcześniej prowadził Watford bez większego powodzenia, a w momencie spotkania z Redknappem był chwilę po stracie pracy w roli asystenta w reprezentacji Anglii w sztabie Glenna Hoddle'a. Wcześniej pełnił też tę funkcję w Burnley u boku Chrisa Waddle'a. Tam jednak nie był specjalnie lubiany, a jeden z piłkarzy, Glen Little, miał mu rzekomo rzucić na treningu, że nie jest nawet godzien wiązać Waddle'owi butów.
Roeder nabrał wiele wątpliwości do swoich trenerskich zdolności, jednak Redknapp podał mu pomocną dłoń. Zaoferował pracę z rezerwami i doglądanie młodych piłkarzy, walczących o miejsce w seniorskim zespole. Ten propozycję przyjął, a już w 2001 roku musiał zastąpić człowieka, który go do West Hamu zabrał.
Wszystko w tym zatrudnieniu było dziwne. Począwszy od tego, kto był łączony z posadą menedżera Młotów, przez demonstracje kibiców, którzy protestowali po ogłoszeniu tych informacji przed stadionem, po prezentację Roedera – w kasku budowlanym i z szalikiem w dłoniach na tle rozebranej do gruzów trybuny w trakcie modernizacji.

Roeder deklarował, że spełnia się jego dziecięce marzenie. – Wychowałem się w East End, stałem na Chicken Run i patrzyłem na wybiegających z tunelu piłkarzy. To mój klub. Nie zrobię niczego, co wyrządziłoby West Hamowi krzywdę. Kiedy Harry mnie tu zatrudniał, nawet nie marzyłem, że będę jego następcą – mówił.
W pierwszym sezonie przekonał do siebie wielu niedowiarków i doprowadził Młoty do siódmego miejsca, jednak wielu fanów nadal wierzyło, że inny menedżer wyciągnąłby z drużyny jeszcze więcej. Roeder był zupełnym przeciwieństwem gadatliwego, upartego Redknappa. To raczej typ cichego człowieka z cienia, złośliwi nazywali go potakiwaczem zarządu i twierdzili, że szefowie wybrali go właśnie z tego powodu. Po latach z menedżerem, który co chwilę pukał do drzwi z prośbami i publicznie narzekał na brak środków na transfery, chcieli kogoś bardziej uległego. Wypisz-wymaluj Roeder.
PRZEGRANA SZATNIA
Anglik być może podobał się prezesowi Brownowi, jednak piłkarze zaczęli mu wchodzić na głowę. Di Canio w jednym z wywiadów dla włoskiej prasy stwierdził, że Roeder ma za słabe umiejętności, by być menedżerem takiego klubu jak West Ham. Sugerował, że pracę dostał głównie z uwagi na dobry kontakt z młodymi zawodnikami, na których miał teraz oprzeć zespół. Relacje między panami się po tych wypowiedziach, delikatnie mówiąc, zepsuły.
Konflikt wykipiał w lutym spadkowego sezonu, gdy Roeder zdjął Di Canio z boiska w trakcie spotkania z West Bromem, a ten jeszcze przy linii bocznej zrobił mu scenę. – Jestem wściekły za tę zmianę. Trener myślał, że doznałem urazu, a to bzdura. To tylko wymówka. Może zrobił to dlatego, że mój agent kazał mi się rozglądać za nowym klubem? – pytał Włoch w mediach, a jego argumenty trafiały na tym bardziej podatny grunt, że w momencie, gdy opuszczał boisko Młoty prowadziły 1:0, by ostatecznie przegrać 1:2.

W mediach pojawiały się doniesienia, że Roeder jest kiepskim przywódcą, na treningach rządzą piłkarze i zwykle dzieje się tam to, co oni zaplanują. Grupa, która już za Redknappa nie była specjalnie zdyscyplinowana teraz pracowała z menedżerem, który nie miał siły przebicia. To sprawiło, że wszyscy zaczęli starać się jeszcze mniej.
Po wykrytym guzie mózgu i przerwie w pracy Roedera sytuację próbował jeszcze ratować Brooking, który jako legenda klubu z miejsca miał posłuch, ale mimo zrywu w końcówce sezonu West Ham pożegnał się z Premier League wiosną 2003 roku. – Nie wiem, co zdecydowało. Może trochę rozleniwienia? Może to, że nie wszyscy grali na takim poziomie, na jaki ich stać? – zastanawiał się Hutchinson, którego razem z kolegami spotkał wątpliwy zaszczyt bycia najmocniejszym spadkowiczem w historii Premier League.
GRUNT TO WYCIĄGNĄĆ WNIOSKI
Z tamtego sezonu płynie wiele lekcji dla West Hamu na obecny.
Podobieństw jest przecież całkiem dużo. Ambitne plany? Owszem, od kilku lat klub wydaje spore pieniądze i co roku ma walczyć o puchary. Niezbyt przekonujący trener na stanowisku? Jest. Silna kadra? Również. Łukasz Fabiański, Aaron Cresswell, Issa Diop, Pablo Zabaleta, Declan Rice, Mark Noble, Pablo Fornals, Manuel Lanzini, Felipe Anderson, Jarrod Bowen, Michail Antonio czy Sebastien Haller też są teorerycznie za dobrzy na spadek, a w tym sezonie czeka ich trudna walka o utrzymanie. Gdyby ta grupa zleciała do Championship, mogłaby rywalizować z tą z 2003 roku o to, kto miał lepszy skład. Łączona jedenastka obu tych ekip prezentowałaby się naprawdę nieźle na papierze. Ale to nie papier gra potem na boisku.
– West Ham nigdy nie powinien gnić w dole tabeli. Jest na to za dobry, to zbyt wielki klub – mówił Hutchinson w 2003 roku. Mógłby powtórzy te słowa 17 lat później, a dalej byłyby aktualne.
