Wiara bez znaków. Proces rozkładu w Wiśle Kraków (KOMENTARZ)

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Ekstraklasa
Krzysztof Porębski/Pressfocus

Władze Białej Gwiazdy bardzo wiele mówią o wierze, cierpliwości i o procesie, który musi trwać. Jednak na podstawie tego, jak zespół wygląda po ośmiu miesiącach, dwóch okresach przygotowawczych i oknach transferowych z Adrianem Gulą, liczenie, że będzie lepiej, coraz bardziej zaczyna przypominać wiarę w cuda.

Przy okazji styczniowego sparingu Wisły Kraków z Tatranem Liptowski Mikułasz zagadnąłem Tomasza Pasiecznego o Grzegorza Tomasiewicza ze Stali Mielec, którego gra już od dłuższego czasu mi się podobała i który idealnie pasowałby mi jako mobilne i ruchliwe uzupełnienie bardziej dostojnego Aschrafa El Mahdiouiego, wtedy jeszcze będącego w Wiśle. Dodatkowo zdawał mi się o tyle ciekawym kandydatem, że wnosi kilka trudno dostępnych, a pożądanych w Krakowie cech: jest Polakiem w średnim piłkarskim wieku, czyli ani zaczynającym dopiero karierę, ani będącym u jej schyłku. Ma dobrą technikę wyniesioną jeszcze z lat gry jako ofensywny pomocnik i ekstraklasowe doświadczenie. Dość łatwo też prześwietlić jego charakter. Wreszcie gra w klubie o mniejszych możliwościach od Wisły, szukającym wszelkich oszczędności i jakichkolwiek pieniędzy, a mowa o piłkarzu, którego kontrakt kończy się w czerwcu. Kandydatura nie była więc oderwana od rzeczywistości jak wiele, o które zagadywany jest dyrektor sportowy. Pasieczny stwierdził jednak, że graczowi Stali brakuje wzrostu (mierzy mniej niż 170 centymetrów), co w rozmowie z kibicami na Twitterze ujął oględniej jako: “nie pasuje profilem”. A potem zapytał jeszcze, jaką moim zdaniem cechę Tomasiewicz ma na naprawdę super poziomie. Zdębiałem, bo myślę, że istotnie żadną. Tyle że nie wiedziałem, że takie jest kryterium naboru do Wisły. Po większości zawodników z jej kadry, nawet tych pożytecznych, nie zauważyłem, by mieli wiele cech na naprawdę super poziomie. Doprawdy, znakomitą puentę rozmów o Tomasiewiczu napisało w sobotę życie. Nie dość, że strzelił Wiśle gola, to jeszcze zrobił to głową. Nawet tą częścią ciała strzelił więc więcej goli w Ekstraklasie niż wyższy o trzydzieści centymetrów Nikola Kuveljić, grający w Wiśle na tej samej pozycji. No, ale on przynajmniej pasuje profilem.

Nie przypominam dziś tej rozmowy, by przekonywać, że Pasieczny popełnił błąd i że Wisła powinna była koniecznie wziąć Tomasiewicza (choć zwłaszcza w obliczu kontuzji Patryka Plewki uważam, że powinna była). Dyrektor sportowy ma prawo szukać zawodnika o innym profilu albo nawet nie cenić umiejętności piłkarza Stali. Nie mam wątpliwości, że o wyszukiwaniu piłkarzy ma większe pojęcie ode mnie. Przypominam, bo ta sytuacja jest dla mnie dość symptomatyczna, jeśli chodzi o Wisłę. Zawsze szukającą kogoś innego, nie tego, który jest pod ręką. Zawsze kręcącą nosem. A potem zostającą z tymi, których ma. Wisła straciła w zimie Yawa Yeboaha oraz Aschrafa i dyskutuje się o tym tygodniami. Adam Majewski stracił w tym samym czasie Fabiana Piaseckiego i Mateusza Maka. W Krakowie musiał wyjść bez ani jednego napastnika. Ale wygrał po golu głową najniższego zawodnika na boisku. Bo znając problemy i ograniczenia zespołu, wie, co jego piłkarze potrafią, a czego nie. Nie jest dla niego żadnym wstydem przeprowadzanie szybkich ataków. Nie jest wstydem strzelenie gola po stałym fragmencie gry. Ma jasny i klarowny plan na wygrywanie. Pragmatyczny, ale wcale nie toporny. Raczej skrojony na miarę możliwości. Tymczasem Wisła gra tak, jakby liczyły się tylko gole strzelane po akcji zbudowanej z własnego pola karnego. Więc nie strzela żadnych.

Gra z Wisłą to dziś najprostsza rzecz na świecie. Nie trzeba się obawiać jej pressingu zakładanego na alibi, można spokojnie szybkim zagraniem omijać pierwszą linię “oporu” i prowadzić akcję. Pressing to było to, co – przepraszam kibiców Wisły za porównanie, ale to prawda — Cracovia założyła w piątek przy pierwszej bramce z meczu z Lechią. Niczego niespodziewającego się piłkarza gdańszczan wściekle obskoczyło nagle czterech graczy “Pasów”. Zabrali mu piłkę i w sytuacji czterech na dwóch popędzili na bramkę. Tak wygląda pressing. Nie trzeba się też obawiać akcji budowanych przez Wisłę od własnej bramki. Zamiast wykorzystywać moment dezorganizacji u rywala, Wisła musi bowiem najpierw starannie ustawić sobie piłkę i wszystkich piłkarzy wokół pola karnego (uprzednio dogadując się jeszcze, kto ma gdzie stać). Potem wymienić ze cztery podania we własnym polu karnym, by wreszcie zagrać długą piłkę, która kończy się stratą. To w najgorszym dla rywala scenariuszu. Bo w najlepszym Wisła sama zagubi się w wyprowadzeniu i sama odda mu piłkę, jak robiła już w tym sezonie wiele razy. Jak zrobił Dawid Szot przy wyjściu z szybkim atakiem w pierwszych minutach meczu ze Stalą. Jak zrobił Joseph Colley tuż przed golem dla Stali. A gdy już Wisła straci gola, staje się całkowicie niegroźna. Trener Gula mówi, że zawodnicy załamują się w takiej sytuacji mentalnie. Co jest trudne do wytłumaczenia, bo na trybunach wcale nie zaczęła się jeszcze wtedy jazda. No i sytuacja jeszcze nie jest najtrudniejsza. Prawdziwe napięcie meczów o wszystko dopiero nadejdzie. I jedną z umiejętności dobrego trenera jest dotarcie w takiej sytuacji do głów piłkarzy.

Trener Wisły Kraków
Jakub Gruca/400mm

JAK WYGLĄDA PROCES

W ciągu ostatniego tygodnia, gdy najpierw spotkałem się z dyrektorem Pasiecznym na wywiadzie, później uczestniczyłem w spotkaniu z prezesami Dawidem Błaszczykowskim i Maciejem Bałazińskim, a jeszcze w międzyczasie wysłuchałem czterogodzinnej rozmowy Pasiecznego z kibicami Wisły, bardzo dużo słuchałem o wierze w proces. O tym, że potrzeba czasu. I że “ryzykowna gra w końcu zaskoczy” - w sensie, jak by powiedział klasyk, coś zawodnikom przeskoczy w głowach i zacznie działać. Jednak nie tak wygląda proces. Proces to coś, czego efekty systematycznie zaczynają być widoczne. Najpierw nie wychodzi w meczu żadna akcja, później wychodzą dwie, wreszcie cztery, a potem siedem. Najpierw wymagań trenera nie rozumie żaden zawodnik, potem jeden, później trzech, a po iluś miesiącach pięciu. W takiej sytuacji można mówić o cierpliwym czekaniu na efekty. Co ciekawe, proces widać w tym sezonie w kilku miejscach Ekstraklasy. Nieszczęsna Stal na początku sezonu wyglądała absolutnie fatalnie. W jesiennym meczu z Górnikiem grała na poziomie dzisiejszej Wisły. Była głównym kandydatem do spadku. Ale z czasem zaczęła wyglądać coraz lepiej, potem naprawdę dobrze, miała wyniki, dołożyła do nich grę. Faktycznie można było powiedzieć: to był proces. Początkowo zawodnicy nie grali tak, jak Majewski tego oczekiwał, ale z kolejki na kolejkę zaczęli.

Można też spojrzeć w kierunku Łęcznej, która w pierwszych kolejkach wyglądała jak zespół będący w lidze całkowicie przypadkiem. Niepasujący do towarzystwa. Zmierzający do spadku z hukiem. Kamil Kiereś stopniowo doprowadzał go jednak do ekstraklasowych standardów. Zaczął punktować, zaczął lepiej bronić, zaczął lepiej grać. Dziś już nie tylko nie odstaje od Ekstraklasy, dziś jest nad strefą spadkową. I jest bardzo bliski tego, by być nad Wisłą. Z pogonionym z Wisły Michałem Makiem. To był proces. Drużyna uczyła się ligi i dziś dalej nie jest idealna, ale jest znacznie lepsza niż była w lipcu.

HISZPAŃSKI GÓRNIK

Można to oczywiście skwitować wzruszeniem ramion i stwierdzić, że Majewski i Kiereś uczyli zawodników znacznie łatwiejszego stylu, bo opartego na kontratakach. Spójrzmy więc na Zabrze i Jana Urbana, który, mając w podstawowej jedenastce m.in. niechcianego w Wiśle Rafała Janickiego czy podebranych Stali Mielec Roberta Dadoka i Bartosza Nowaka wymarzył sobie granie hiszpańskiej piłki, jaką lubi. Początkowo wyglądało to absolutnie koszmarnie i Górnik wyglądał na towarzysza Stali w walce o utrzymanie. Ale pod koniec jesieni okazało się, że po paru miesiącach zabrzanie są w stanie strzelić gola Górnikowi Łęczna po wymienieniu kilkunastu podań na dużej szybkości. Że tydzień w tydzień całkiem nieźle klepią. Nie wszystko im wychodzi, ale wychodzi im znacznie więcej, niż wychodziło pół roku temu. To rzeczywiście jest proces. Trener miał jakiś plan, zaczął go przekazywać drużynie i kilka miesięcy później realnie odcisnął na niej piętno.

ODMIENIONA CRACOVIA

A Cracovia? To może najbardziej drastyczny z przykładów i najbardziej kłujący dziś w oczy kibiców Wisły. Przecież przez zdecydowaną większość 2021 roku ta nazwa była dla większości fanów w Polsce synonimem marazmu i ekstraklasowej beznadziei. Czasem wygrywała, czasem przegrywała, ale notorycznie marnowała tysiącom kibiców 90 minut życia. Jej kadra została w całości zbudowana pod styl gry oparty na długich podaniach, szybkich kontratakach i stałych fragmentów gry, czyli absolutnym przeciwieństwie krakowskiej piłki. Wydawało się, że nie ma w tej drużynie ani pół ciekawego piłkarza oprócz Pellego Van Amersfoorta i Sergiu Hanki. Po trzech miesiącach pracy Jacka Zielińskiego, bez przeprowadzenia ani jednego transferu, dokładnie ta sama kadra nie tylko ma wyniki, ale gra ciekawą piłkę, zakłada pressing, gra ofensywnie, ma odpowiednią mentalność, potrafiąc odrobić dwie bramki straty z Lechem Poznań, a ponad połowę jej wiosennych goli strzelają młodzieżowcy. Jednocześnie Zieliński nic nie mówił o krakowskiej piłce, procesie, ryzykownej grze, wyprowadzaniu piłki od tyłu i stawianiu na młodzieżowców. Po prostu zaczął to robić.

KUPOWANIE CZASU

Biorąc to wszystko pod uwagę, nie mam dziś wiary, że w Wiśle faktycznie odbywa się jakiś proces, który do czegoś zmierza. Drużyna Guli ostatni raz naprawdę podobała mi się w sierpniu. Jeśli trwa w niej jakiś proces, to rozkładu. Żeby w nią wierzyć, potrzebowałbym jakichś znaków. Śladów. Sygnałów. Jeśli trener przez 90 minut trzyma na boisku całkowicie zablokowanego Jana Klimenta, jeśli zmienia jedynego, który cokolwiek próbuje zrobić w ofensywie, czyli Stefana Savicia, jeśli na koniec mówi, że drużyna po golu straconym w 12. Minucie podłamała się mentalnie i nie była w stanie oddać celnego strzału przeciwko Stali Mielec, nie widzę racjonalnych powodów, by wierzyć, że cokolwiek się odmieni, gdy presja jeszcze wzrośnie. Mówienie w tym momencie o “wierze” i roztaczanie wizji tego, co się stanie w przyszłości, gdy to “zaskoczy”, to kupowanie sobie czasu, którego już nie ma. Często w takich momentach przywołuje się przykłady Marka Papszuna czy Kosty Runjaicia, którzy pracują w swoich klubach pięć i cztery lata, mając świetne wyniki. Ale przecież nie było tak, że przez pierwsze trzy lata tydzień w tydzień prezentowali się fatalnie, a potem coś nagle zaskoczyło. Owszem, Papszun pracuje w Częstochowie pięć lat, ale już w pierwszym pełnym sezonie awansował do I ligi. Owszem, Runjaić pracuje w Szczecinie cztery lata, ale natychmiast po przyjściu wyciągnął zespół z arcytrudnej sytuacji, a w pierwszym pełnym sezonie wszedł do grupy mistrzowskiej. Żeby analogia była trafna, musieliby przez pół roku, dwa okresy przygotowawcze i dwa okna transferowe nie zbudować kompletnie nic, a ich zespoły musiałyby się po tym czasie topić w totalnym marazmie. Tak, jak drużyna Guli.

Przydałoby się, by wreszcie ktoś w Wiśle spojrzał na tu i teraz. Nie na proces, tylko na to, jak ograć Górnik Łęczna. Nie na to, ile naprawdę cech na super poziomie ma dany zawodnik, lecz na to, czy jest lepszy od Kuveljicia. Nie na to, czy kandydat na trenera zbuduje wielką Wisłę, ale na to, czy zbuduje choć trochę większą. Zanim Wisła nauczy się biegać, niech zacznie chodzić. Zanim zacznie chodzić, niech stanie na nogach, otworzy oczy i zobaczy sytuację. Bo na razie leży z zamkniętymi i fantazjuje o tym, co będzie, jak już wreszcie kiedyś uda jej się wyjść spod pressingu.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi.