Wspaniała puenta wielkiej kariery. Łzy Łukasza Piszczka obrazkiem finału

Zobacz również:Piłkarz z własną podobizną na plecach. Leroy Sane — nowa ekstrawagancja Bayernu
Borussia Dortmund
Filip Singer - Pool/Getty Images

To mógł być finał odrodzonego Marco Reusa, skutecznego Erlinga Haalanda, błyskotliwego Jadona Sancho czy triumfującego Edina Terzicia. Ale obrazkiem meczu Borussii Dortmund z RB Lipsk zostaną jednak łzy Łukasza Piszczka. Łzy szczęścia. Bo Polakowi udało się spiąć pobyt w Borussii piękną klamrą.

Tej wiosny długo zanosiło się, że piękna kariera Łukasza Piszczka w Borussii Dortmund nie doczeka się godnego zwieńczenia. Zamiast żegnać się przed osiemdziesięcioma tysiącami ludzi, ze sceny miał zejść przy pustych krzesełkach, bo ostatni rok jego kariery przypadł akurat na czasy pandemiczne. Zamiast odchodzić jako wielki zwycięzca, którym przecież był, miał wyjechać z Dortmundu po najgorszym dla tego klubu sezonie od lat. Zamiast do końca być potrzebnym, jak przez całą dekadę w Borussii, akurat miesiącami nie pojawiał się na boisku, choć jego pozycja była najsłabiej obsadzoną w zespole.

ODMIENIONE NASTROJE

Los i sam Piszczek zapracowali jednak na to, że pożegnanie odbywa się w efektowny sposób. Zapełnić trybun się nie udało, ale wszystko inne potoczyło się po myśli polskiego zawodnika. Dość niespodziewanie na końcowym etapie sezonu znów stał się sportowo potrzebny, wydatnie pomagając zespołowi w odnoszeniu dobrych wyników. A rozgrywki, które przez większość czasu wydawały się stracone, mogą się dla Borussii okazać najlepsze od kilku lat. Po tym, jak udało się po raz pierwszy od pięciu lat awansować do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, dortmundczycy dołożyli do gabloty pierwsze trofeum od 2017 roku. A że w lidze odrobili siedmiopunktową stratę do miejsc premiowanych grą w Lidze Mistrzów, jest spora szansa, że Piszczek wcale nie zostawi klubu w apokaliptycznych nastrojach.

OBRAZEK FINAŁU

Prawy obrońca nie był główną postacią tego finału, tak, jak nie był główną postacią niemal nigdy, odkąd jedenaście lat temu przeszedł do Borussii z Herthy Berlin. To był mecz odrodzonego Marco Reusa, grającego najlepiej od pierwszej rundy Luciena Favre’a w Dortmundzie. Strzelającego dwa gole Erlinga Haalanda. Asystującego i trafiającego Jadona Sancho. Czy wreszcie Edina Terzicia, który napisał piękną historię, jako trener tymczasowy, dając Borussii trofeum. Kiedy pod koniec zeszłego roku zastępował Favre’a po porażce 1:5 ze Stuttgartem, mówiono, że Dortmund chce skopiować model, który zadziałał w Bayernie pod wodzą Hansiego Flicka. Początkowo nic na to nie wskazywało, ale schemat faktycznie zafunkcjonował podobnie. I 38-latek, który po sezonie miał wrócić do roli asystenta, wyrobił sobie na rynku taką pozycję, że raczej znajdzie sobie klub w Bundeslidze. Odniósł zbyt duży sukces, by teraz jak gdyby nigdy nic usunąć się do drugiego szeregu. Ale na koniec to nie Sancho, Haalanda, Reusa czy Terzicia podrzucała reszta zwycięskiej drużyny. Postacią wieczoru został żegnający się z wielkim futbolem Piszczek. A jego łzy szczęścia stały się obrazkiem finału z 2021 roku.

CZŁOWIEK Z CIENIA

W słynnym “polskim trio z Dortmundu” zawsze był tym, na którego najmniej zwracało się uwagę. W Borussii też zwykle w centrum byli inni. U jego boku ciągle grali jacyś ekscytujący młodzi piłkarze, na których patrzyła cała Europa. Piszczek jednak utrzymywał odpowiedni poziom, by biegać z nimi po jednym boisku. Wystawiali go wszyscy trenerzy, którzy prowadzili w ostatnich jedenastu latach Dortmund – od Juergena Kloppa, przez Thomasa Tuchela, Petera Bosza, Petera Stoegera po Luciena Favre’a. Terzić długo wyłamywał się z tego szeregu, ale i on w końcu do niego dołączył. Odkąd Piszczek trzy lata temu zrezygnował z występów w reprezentacji, także w Polsce mniej się nim zajmowano. Zwłaszcza że w międzyczasie pojawiło się w europejskich ligach kilka świeżych i ekscytujących nazwisk. Po jego ostatnim wielkim wieczorze warto jednak podrzucić go tak, jak zrobili to piłkarze Borussii.

OSIEM TROFEÓW

Z pięciu Pucharów Niemiec, jakie zdobył dortmundzki klub w ponad stuletniej historii, Piszczek przyczynił się do zdobycia trzech. Pobyt w BVB kończy z ośmioma trofeami, co nie jest oczywistą liczbą, jeśli nie gra się w Bayernie Monachium. Początkowo trafiał do drużyny, która dominowała w kraju. Połowę trofeów zdobył w pierwszych trzech latach pobytu w Borussii. Później, gdy hegemonia Bayernu zaczęła narastać, każdy sukces trzeba było wyrywać siłą, a i tak udawało się to ledwie raz na kilka lat. Dlatego to, że udało się akurat teraz, tydzień przed końcem kariery, znakomicie się dla Piszczka ułożyło.

PRZYWILEJ NIELICZNYCH

Bardzo dobrze 35-latek robi, że nie daje się namówić na przedłużenie gry w Bundeslidze czy powrót do zawodowej piłki w Polsce. Mało kto ma ten przywilej, by żegnać się z wielką sceną, fruwając ponad Stadionem Olimpijskim, podrzucany przez roześmianych kolegów. Co też mówi wiele o pozycji, jaką Piszczek wypracował sobie w Dortmundzie. Pozostali przecież wcale nie są przyzwyczajeni do zdobywania trofeów. Dla niektórych to pierwszy taki sukces w karierze. Mogliby mieć w tym momencie inne rzeczy w głowie niż podrzucanie kończącego karierę dziadka. Sami jednak najlepiej wiedzą, że to zupełnie szczególny dziadek. Wiele powiedziano w ostatnich latach o genialnych transferach Borussii Dortmund, ale jeden musiał zaskoczyć nawet największych fachowców zatrudnionych w klubie. Przewidzieli rozwój Lewandowskiego, wyłowili Kagawę, oszlifowali Aubameyanga i Dembele, wypuścili w świat Guendogana. Ale ściągając w 2010 roku za darmo, dla poszerzenia kadry, piłkarza, który chwilę wcześniej spadł z ligi, raczej nie zakładali, że mają do czynienia z przyszłą legendą tego klubu.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi.