Z NOGĄ W GŁOWIE. Disco-polo w remizie, czyli czego nie lubię w ekstraklasie

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
faulglowne.jpg
PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Wolałbym muzyka, któremu może jeszcze nie wszystko wychodzi, ale wiedzącego dokładnie, co chce grać, niż takiego, który jest ignorantem i dobrze mu z tym, bo wie, że gdy ludzie popiją, to i tak będzie im wszystko jedno i dadzą mu zarobić.

Doskonale wiem, co powinno się znaleźć w tekście publikowanym w taki dzień. Powinienem napisać, jak bardzo tęskniliśmy wszyscy za ekstraklasą. Jak bardzo nam jej brakowało. Jak bardzo ją kochamy, mimo że tak często na nią narzekamy. Powinno paść wyliczenie jej zalet, na czele z tymi, że jest wyrównana i niczego w niej nie da się przewidzieć. Wszystko powinno zwieńczyć coś o koszuli bliższej ciału i patetycznego, że ta liga jest, jaka jest, ale przynajmniej jest nasza. Narzekać na ligę można w trakcie sezonu, ale w pierwszej kolejce po dłuższej przerwie trzeba pisać, że nie można było bez niej wytrzymać i ze wszystkich stron ją zachwalać.

LIGA PRZAŚNOŚCI

Ja tej ligi nie lubię. A ściślej, nie lubię jej przaśności. Lubię chodzenie na stadiony, lubię przy niej pracować w terenie, wiem, że dla branży, w której pracuję, jest ważna, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że wolę oglądać ekstraklasę od jakiejkolwiek ligi. Oglądam, bo jestem dziennikarzem sportowym w Polsce i muszę się orientować, ale naprawdę ekscytująca jest dla mnie ekstraklasa tylko za pośrednictwem Flashscore'a. Śledzenie wyników, tabel, sprawdzanie, kto kogo ograł i z kim zagra w następnej kolejce, jest bardziej fascynujące niż oglądanie tych zmagań w telewizji.

Zwykle ci, którzy naprawdę lubią ekstraklasę, najbardziej kochają jej przaśność. Dzieją się tu na wszelkich szczeblach rzeczy, które nie mają prawa się wydarzyć. O polskiej lidze zawsze pisze się z lekkim zabarwieniem ironicznym, bo dzieją się tu zbyt groteskowe rzeczy, by pisać o nich śmiertelnie poważnie. Mam z tym problem. Bo ja naprawdę lubię piłkę. Wszystkie te historie ludzkie i okołoboiskowe sprawy są oczywiście często bardzo ciekawe, ale największy sens mają, gdy służą zbudowaniu napięcia przed punktem kulminacyjnym, który następuje w weekend. Jest oczywiście masa ludzkich historii wartych opisania, jednak w sobotę człowiek często orientuje się, że napisał wielką sylwetkę kogoś, kto naprawdę nie zasługuje na tyle uwagi.

Już po kilku latach funkcjonowania w tym świecie człowiek zaczyna sobie zadawać pytanie, jak ma do tego podejść. Pisać, że jest źle i beznadziejnie, byłoby cięciem gałęzi, na której się siedzi. Zaklinać rzeczywistość, że jest dobrze, byłoby oszukiwaniem siebie i innych. Wielbienie przaśności i bylejakości mnie nie interesowało, bo jednak kiedyś moim marzeniem było pisać o sporcie, a nie o czymś sportopodobnym. Ekstraklasa mocno przypomina mi w tej kwestii disco-polo. Ono też jest „nasze”, „bliskie” i „swojskie”. Też gra na prostych instynktach. Też wypada o nim mówić ironicznie i z dystansem, bo trudno traktować śmiertelnie poważnie. Też niewiele w nim muzyki i ludzi, którzy się na jej robieniu znają. I też trudno dobrze się przy nim bawić na trzeźwo. Krytyk muzyczny, który ciągle pisałby o disco-polo, też szybko by zwariował. Podjąłem więc kilka lat temu wewnętrzne postanowienie, że będę się starał o ekstraklasie pisać na poważnie, bez wielbienia przaśności i nie tylko źle. Liga jako całość poważna nie jest, ale i w niej da się znaleźć postaci i zjawiska, które choć starają się popchnąć ją do przodu. Na nich chcę się skupiać, tym samym zachowując sam dla siebie poczucie, że pisząc o ekstraklasie, piszę o sporcie i nikogo przy tym nie oszukuję.

SZUKANIE POMYSŁU

Nie będę więc w weekend powrotu ekstraklasy słodził lidze. Ani na nią narzekał. Nie lubię tego, że w telewizji przy okazji transmisji z Polski ciągle słyszę o zagraniach „kapitalnych”, „fenomenalnych” i „niebywałych”, jakby nie mogły być po prostu „dobre”, „niezłe” i „ciekawe”. Z drugiej strony propozycja Michała Probierza, by nie eksponować kiksów i pogodzić się, że jesteśmy dziadami, bo nie mamy baz i rywale mają wyższe budżety, też do mnie nie przemawia. Wiem, że nigdy w tej lidze nie zobaczę najlepszych piłkarzy, ani najwspanialszych meczów. Tak jest ułożony europejski układ sił i mamy na to bardzo niewielki wpływ. To, co chciałbym zobaczyć w tej lidze, to pomysł klubów na siebie. By więcej klubów zadało sobie pytanie: po co istniejemy i jak chcemy istnieć dalej?

Odpowiedzią na to pytanie może być przekształcenie się w klub promujący młodzież, co w ligach podobnych do polskiej ma spory sens. Ale niech będzie to konsekwentne. Jeśli chcemy zostać polskim uniwersytetem dla zdolnej młodzieży, wydawajmy sporą część budżetu na najlepszych trenerów młodzieży, najlepsze bazy, najlepszych skautów młodzieżowych, zatrudnijmy w seniorach najlepszego trenera do wprowadzania młodzieży i czekajmy na efekty, nie wariując, gdy akurat pojawi się szansa na zdobycie mistrzostwa albo ryzyko spadku z ligi. Zapracujmy na taki wizerunek, by każdy zdolny 15-latek w Polsce wiedział, że najkrótsza droga do wielkiej piłki wiedzie przez właśnie nasz klub.

Jeśli szkolić nie mamy jak, bo brakuje nam bazy, oprzyjmy się na dawaniu szansy zawodnikom z niższych lig. Bądźmy dla nich platformą do lepszego świata. Róbmy to jednak porządnie. Wydawajmy sporą część naszego budżetu na skautów rozrzuconych po wszystkich polskich województwach. Znajmy każdego polskiego III-ligowca. Zaczajmy się w jego miseczce z ryżem. Niech każdy chłopak, który utknął w III lidze, wie, że jeśli nawet nikt inny z ekstraklasy na niego nie patrzy, my patrzymy. Bądźmy jednak konsekwentni. Nie zacznijmy po roku ściągać Hiszpanów czy Szwedów, bo taka będzie akurat moda. Na wizerunek pracuje się latami.

KONKURENCYJNE PRZEWAGI

Takich przewag konkurencyjnych może być mnóstwo. Aktualnie sprowadzanie zawodników ze Słowacji stało się w Polsce przedmiotem szyderstw. Uważam jednak, że są kluby, które mogłyby z nich bardzo mądrze korzystać. Najlepsze lata Podbeskidzia Bielsko-Biała zostały zbudowane na sprawnym wyciąganiu zawodników ze Słowacji. Richard Zajac, Robert Demjan, Juraj Dancik, Anton Sloboda, Pavol Stano, czy wcześniej Martin Matus odegrali w tym klubie bardzo dużą rolę. Zawsze było w tym jednak więcej ślepego trafu niż systemowego działania. Ale jeśli ma się 50 kilometrów do słowackiej granicy, można by to wykorzystać. Jagiellonia Białystok może Słowakom zaoferować wiele, ale nie to, że nie będą musieli się przeprowadzać albo chociaż w ciągu dwóch godzin dotrą do domu. Po latach można by sobie wyrobić taką renomę, by każdy Słowak, który nie przebije się do żadnej z czołowych lig świata, marzył o wyjeździe do takiego Podbeskidzia. Za granicę, do ligi lepiej płacącej i wzbudzającej zainteresowanie, ale jednak blisko. Trzeba by to jednak zrobić poważnie. Znać wszystkich zawodników na Słowacji. Wiedzieć, kogo warto ściągać, a kogo nie. To samo mogłoby zrobić wiele klubów przygranicznych. Podbeskidzie i Słowacja to tylko przykład, że każdy może znaleźć jakąś przewagę konkurencyjną, nawet jeśli nie jest Legią Warszawa, nie ma akademii jak Zagłębie Lubin i historii jak Wisła Kraków.

Gdyby udało nam się stworzyć ligę, w której większość klubów miałaby tego rodzaju pomysły na siebie, zamiast miotać się od ściany do ściany i robić wszystko po trochu, nie robiąc tak naprawdę nic, wtedy nie przeszkadzałoby mi aż tak bardzo, że gwiazdy wyjeżdżają, a prawi obrońcy dośrodkowują w trybuny. A bez tego mam poczucie, że wszystko, co w tej lidze złe, wynika przede wszystkim z braku jakiegokolwiek pomysłu i bezcelowego dryfowania tam, gdzie akurat wiatr zawieje. Trenerzy idą po linii najmniejszego oporu, byle tylko ich za szybko nie zwolniono. Myślenia pod prąd, kreatywnego, innego niż wszyscy w tej lidze jest bardzo niewiele. Wszyscy robią to, co zrobili już inni i pilnują, by za bardzo nie odchylać się od normy, bo to wystawienie się na krytykę.

Wolałbym muzyka, któremu może jeszcze nie wszystko wychodzi, ale wiedzącego dokładnie, co chce grać, niż takiego, który jest ignorantem i dobrze mu z tym, bo wie, że gdy ludzie popiją, to i tak będzie im wszystko jedno i dadzą mu zarobić. Jest ekstraklasa jedną wielką imprezą w remizie. Z dudnieniem z głośników na najprostszą nutę, prymitywnymi zabawami, jakimiś śmiesznymi bijatykami z byle powodu i podpitym wujkiem, który wszystko wie i wszystko widział. Niektórzy lubią takie klimaty. Ja też w sumie tęsknię za ligą polską. Ale nie taką.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi.