Z NOGĄ W GŁOWIE. Praca nad godnym pożegnaniem. Jaki plan ma Jakub Błaszczykowski

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Wisła Kraków
Krzysztof Porębski

Gdy pół roku temu zrywał więzadła krzyżowe, kapitan i współwłaściel Wisły Kraków przestrzegał, by jeszcze nie kończyć mu kariery, bo skoro wstał sto razy, wstanie i sto pierwszy. Jednak wszystko wskazuje na to, że tym razem zrobi to tylko po to, by uroczyście pożegnać się ze światem futbolu.

Podczas niedawnego spotkania z dziennikarzami Maciej Bałaziński, wiceprezes Wisły Kraków, dość zaskakująco wypowiedział się na temat niespodziewanych trudności, które dopadły drużynę w tym sezonie. - W lipcu mieliśmy mieć zdrowego Alana Urygę i Kubę Błaszczykowskiego. Jeden miał nam dać spokój w obronie, drugi jakość w drugiej linii. A później obaj nabawili się kontuzji w krótkim odstępie czasu. To jest ogromna strata — podkreślał. O ile w przypadku Urygi trudno dyskutować, bo rzeczywiście wydawało się, że to będzie w tym sezonie lider wiślackiej defensywy, o tyle przypadek Błaszczykowskiego jest inny. Nie ma wątpliwości, że to piłkarz, który może dawać niesamowitą jakość w drugiej linii i jego obecność w kadrze faktycznie stwarzała pozory bogactwa na pozycji ofensywnego pomocnika. Wydawało się jednak, że w klubie doskonale rozumieją, że to luksus bonusowy. Bo o miejsce na “dziesiątce” mieli rywalizować Michal Skvarka, Stefan Savić i “dodatkowo Jakub Błaszczykowski, jeśli uda mu się wytrwać w zdrowiu”. Naprawdę trudno było opierać na nim nadzieję, że zapewni drużynie spokój z przodu. To mieli zrobić Skvarka z Saviciem. Błaszczykowski mógł jedynie zapewnić coś ekstra. Ale opieranie na jego obecności planów na grę ofensywną może dziwić.

W piątek minęły trzy lata od jego powrotu do Polski w wyjazdowym starciu z Górnikiem Zabrze. Choć w ostatnich latach Ekstraklasa widziała kilka głośnych powrotów, żaden nie dotyczył aż tak dużej postaci. Kuba nie musi się wstydzić dorobku nawet przed Lukasem Podolskim, który wprawdzie ma przedrostek “mistrz świata”, ale w piłce klubowej osiągnął mniej: nie grał w finale Ligi Mistrzów, ma mniej mistrzostw Niemiec i mniej występów w Bundeslidze. Jego powrót do Krakowa uratował Wisłę i pozwala stawiać ją na nogi. Jednak od strony sportowej obecność takiego piłkarza nigdy nie okazała się dla Białej Gwiazdy takim wzmocnieniem, jakim się wydawała. Choć przecież nie przychodził do Wisły jako wrak zawodnika. Pół roku wcześniej grał przecież na mundialu, jesienią przed powrotem uzbierał jeszcze pięć meczów w reprezentacji. W klubie nie grał, ale jeszcze półtora roku wcześniej był podstawowym piłkarzem Wolfsburga. No i mając 33 lata, nie był w wieku, który przekreślałby szanse na udaną grę w Ekstraklasie.

Patrząc na samą liczbę występów, Błaszczykowski wcale nie grał tak mało. Po powrocie zaliczył 48 meczów, czyli tylko o trzy mniej niż przed wyjazdem do Niemiec. Jednak w przeliczeniu na minuty pojawiał się naprawdę rzadko. Przez trzy lata uzbierałyby się z jego występów łącznie tylko 32 pełne mecze, czyli niespełna jedenaście rocznie. Miewał świetne okresy, jak po przyjściu Artura Skowronka, gdy w dziesięciu meczach strzelił pięć goli i zaliczył dwie asysty, prowadząc zespół w stronę wyjścia z beznadziejnej sytuacji. Wówczas było jeszcze widać, że zespół zupełnie inaczej wygląda z nim na boisku. Nie musiał strzelać goli, by mądrym zagraniem napędzić akcję czy przeciwnie, spowolnić ją, dając zespołowi chwilę oddechu. Ostatnią sportową przysługą Błaszczykowskiego dla Wisły było wygranie Peterowi Hyballi meczu w Poznaniu. Gdy pół roku później temu samemu rywalowi Kuba strzelał ostatniego jak dotąd gola dla Wisły, nie przyniosło to nawet punktu. A sposób, w jaki świętował bramkę, przypieczętował zwolnienie Niemca.

DŁUGIE LECZENIE

U Adriana Guli Błaszczykowski już nie zaistniał. W lecie znów walczył z problemami zdrowotnymi, a gdy wrócił, zaliczył tylko dwa epizody jako rezerwowy. Ostatni raz grał w sierpniu w Łęcznej. Chwilę później okazało się, że drugi raz w karierze zerwał więzadła krzyżowe. Po poprzednim jeszcze w dortmundzkich czasach, gdy nie miał nawet trzydziestu lat, wracał aż jedenaście miesięcy, bo po rehabilitacji natychmiast doznał też kontuzji mięśniowej. Zasadne były więc pytania, czy 108-krotny reprezentant Polski jeszcze wróci na boisko. Jednak Błaszczykowski w filmiku opublikowanym na Instagramie natychmiast rozwiał wątpliwości: “tym, którzy pewnie będą po raz kolejny kończyć moją karierę, przypominam, że wstałem sto razy, wstanę i sto pierwszy”. Kibicom pozostało więc na niego czekać.

LECZENIE BEZ OPERACJI

Od tego momentu minęło już niemal pół roku, jednak nie słychać sygnałów, by Błaszczykowski miał powoli wchodzić do treningów z drużyną. Nie poleciał z zespołem do Turcji, co też sugeruje, że nie jest blisko powrotu na boisko. Pomocnik nie zdecydował się nawet na zabieg rekonstrukcji więzadeł krzyżowych, wiedząc, jak długo wracał ostatnio po takiej operacji. Leczy się zachowawczo, pracując indywidualnie nad powrotem do zdrowia. Entuzjazm, z jakim początkowo zabrał się do ciężkich treningów, z czasem przygasł. Choć sam oficjalnie jeszcze tego nie ogłosił, w klubie można usłyszeć, że aktualnie walczy już nie o to, by wrócić i pomóc Wiśle regularną grą. Nie ma też w tej chwili tematu, by przedłużał kontrakt zawodniczy i próbował jeszcze odcisnąć jakieś piętno na przyszłym sezonie. Gra toczy się jedynie o to, by stanąć na nogi na tyle, by być w stanie godnie pożegnać się ze światem zawodowej piłki.

CZYNNIK W SZATNI

W Ekstraklasie wciąż regularnie gra kilku zawodników z pola starszych od Błaszczykowskiego. Leandro, Janusz Gol, Łukasz Trałka, Lukas Podolski, Flavio Paixao i Tomasz Midzierski uzbierali w tym sezonie ponad tysiąc minut. Jednak nie każdy jest okazem zdrowia. Kuba właściwie od finału Ligi Mistrzów w 2013 roku walczy z mniejszymi lub większymi problemami zdrowotnymi. Wracał wielokrotnie. Był w stanie zbudować bardzo dobrą formę jak w 2016 roku na mistrzostwa Europy. Lecz  nie jest już w stanie tydzień w tydzień pokazywać się na boisku i regularnie trenować z zespołem. Nawet gdy był zdrowy, ćwiczył raczej indywidualnym rytmem. Nie ma też w nim już raczej ognia, by za wszelką cenę grać jeszcze w Ekstraklasie. Przed sezonem być może jeszcze liczono, że sportowo pomoże zespołowi. Dziś nikt, nawet w samym klubie, nie ma wątpliwości, że tym razem Kuba nie wyprowadzi drużyny z trudnego położenia. W razie jakiejś kryzysowej sytuacji może co najwyżej wejść do szatni, by wspomóc zawodników dobrym słowem. Jednak na boisku rozstrzygającym czynnikiem już nie będzie.

NA KONIEC Z BORUSSIĄ DORTMUND

W klubie są jednocześnie przekonani, że Błaszczykowski jeszcze w tym sezonie pojawi się na boisku. Jako że jego licznik zatrzymał się na 99. meczach, pozwoli mu to dobić do setki występów w Ekstraklasie. Ważniejsze będzie jednak pożegnanie się z kibicami. Można się więc nastawiać, że majowy mecz z Wartą Poznań w 34. kolejce będzie jego ostatnim oficjalnym występem w barwach Białej Gwiazdy. Ale nie ostatnim w ogóle. W klubie liczą, że tego lata uda się wreszcie ściągnąć do Krakowa Borussię Dortmund, z którą Wisła miała rozegrać sparing już kilka razy, ale dotąd się nie udawało. To także byłaby dla Błaszczykowskiego doskonała okazja do zamknięcia kariery meczem dwóch jego najważniejszych klubów. Zależy mu na tym, by podczas takiego spotkania być w stanie grać w piłkę, a nie jedynie przyglądać się wydarzeniom z boku.

Wisła Kraków
Krzysztof Porębski/Pressfocus

POŻEGNANIE Z KADRĄ

Kiedy decyzja o zakończeniu kariery po tym sezonie stanie się oficjalna, pewnie pojawi się też temat pożegnania z reprezentacją Polski. Dopóki Kuba jest czynnym piłkarzem, nie sposób wychodzić z taką inicjatywą, zwłaszcza że Błaszczykowski podkreślał kiedyś, że dopóki gra, nigdy nie zrezygnuje z kadry. Ale można podejrzewać, że gdy ogłosi decyzję, związek postara się pożegnać zasłużonego piłkarza nie mniej godnie niż ostatnio Łukasza Piszczka czy Łukasza Fabiańskiego. Nowe władze federacji już teraz starały się zresztą namówić Błaszczykowskiego do podjęcia pracy w dziale sportowym związku, widząc w zatrudnieniu bardzo lubianej postaci szansę wizerunkową. Można więc być przekonanym, że nie zostawią go bez pożegnania, a czerwcowe mecze Ligi Narodów jawią się ku temu jako bardzo dobra okazja.

PŁACZ PO OSTATNIEJ KOLEJCE

Kapitana Białej Gwiazdy czekają więc wiosną i w lecie tygodnie intensywnych pożegnań, a potem będzie już mógł w pełni skupić się na zarządzaniu klubem jako współwłaściciel. Już teraz brał udział w oknie transferowym, załatwiając ze Svenem Mislintatem, dyrektorem sportowym VfB Stuttgart, wypożyczenie Momo Cisse. Taka postać zasługuje jednak, by pożegnać się z pompą, hucznie domykając jeden etap i oficjalnie zaczynając drugi. Dlatego przed piłkarzami Wisły tej wiosny stoi jeszcze jedno ważne zadanie. Nie tylko mają utrzymać się w lidze, ale powinni to zrobić przed ostatnią kolejką, by pożegnanie jednego z najwybitniejszych piłkarzy, jacy przewinęli się przez ten klub, nie przebiegało w atmosferze dramatycznej walki o uniknięcie spadku. Jednak niezależnie od sportowych rozstrzygnięć jest praktycznie pewne, że po ostatniej kolejce sezonu kibice Wisły będą na trybunach płakać. Albo ze smutku, albo ze wzruszenia.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi.