Majętni inwestorzy, sponsorujący polskie kluby, zawsze są chronieni. Przecież bawią się za swoje pieniądze, więc wszystko im wolno. Szkoda tylko, że zwykle zachowują się jak kibice, którzy nagle zyskali moc decydowania. W efekcie notorycznie trwonią potencjał i majątek.
To powtarza się zawsze, gdy akurat gdzieś w polskim futbolu pojawi się inwestor, który chce wpompować w jakiś klub sporo pieniędzy. Człowiekowi, który ma pieniądze albo przynajmniej mówi, że je ma, błyskawicznie otwiera się wszystkie drzwi – Vanna Ly i jego świta dotarli na prywatną audiencję do samego prezydenta Krakowa. Niczego się od niego nie żąda, nie stawia żadnych wymagań ani żadnych barier. Bo przecież bogaci ludzie w Polsce nie chcą inwestować w piłkę, więc jeśli któryś jednak zachce, od razu trzeba go za wszystko chwalić. A gdy jednak wyrwie się ktoś, kto za coś go skrytykuje, zaraz usłyszy, że inwestor wydaje prywatne pieniądze i może sobie z nimi robić, co chce. Jego zabawka. Ostatnio mechanizm powtórzył się przy okazji Wieczystej Kraków, klubu z okręgówki, który Sławomirowi Peszce będzie płacił na ekstraklasowym poziomie. Dariusz Dziekanowski nazwał to w „Przeglądzie Sportowym” patologią, Peszko nazwał patologią Dziekanowskiego. I zabawa kręci się już tak samo, jak kręciła się wszędzie, gdzie był ktoś z grubym portfelem. Patologia to wydawanie miejskich pieniędzy na utrzymanie klubów w ekstraklasie – powie zawsze ktoś inny, w tym przypadku był to Andrzej Iwan. Tak, jakby patologiczne mogło być tylko jedno zjawisko, nigdy dwa.
WIECZYSTA JAK NIECIECZA
To, czym dzisiaj jest Wieczysta, jako żywo przypomina to, czym kiedyś był Bruk-Bet Termalica Nieciecza. W obu miejscach ktoś bogaty wymyślił sobie, że zbuduje klub z niczego i w miejscu kompletnie niemającym potencjału piłkarskiego, tylko po to, by udowodnić innym albo sobie, że może. Niewykluczone, że w polskich warunkach Wieczysta, podobnie jak Nieciecza, osiągnie umiarkowany sukces, czyli przebije się do najwyższych lig. Może nawet do ekstraklasy. Mówię umiarkowany sukces, bo jeśli się rok w rok przepala pieniądze, ale ma się ich do przepalenia znacznie więcej niż konkurencja, to w końcu gdzieś się dojdzie. Jednak nie tak daleko, jak by się mogło, gdyby się ich nie przepalało, tylko mądrze wydawało. Dlatego sukces jest umiarkowany, a nie spektakularny.
PIERWSZE WRAŻENIE
Gdy pierwszy raz przyjechałem na wywiad do Niecieczy, oprócz tego, że na wiejskiej drodze skasowano mi samochód, byłem zachwycony. Tak efektownie wszystko wyglądało. Tak sensownie brzmiały plany. Tak długofalowo i w sposób wielotorowy rysowany był rozwój. Dopiero z czasem przekonałem się, że wizja, która tak mi imponowała, nie była wizją właścicieli, tylko ówczesnego trenera, którego właściciele zwolnili w najlepszym okresie w historii klubu, bo uznawali, że dało się wycisnąć więcej. Wtedy jeszcze trener Czesław Michniewicz bardzo chwalił szefów, jak sensownie prowadzą klub. Chwalili potem także wszyscy jego następcy. Liczni następcy. Bo nikt nie wytrzymywał na stołku dłużej niż kilka miesięcy. Na pierwszym wywiadzie zagajali: „bardzo źle tu o panu mówią”, na co odpowiadałem: „za jakiś czas będzie pan wiedział, dlaczego”.
Pisząc na co dzień o Niecieczy dla „Przeglądu Sportowego”, praktycznie każdego dnia stawałem przed dylematem, czy to ja mam rację, czy oni. To znaczy, że tak się nie buduje klubu, nie miałem wątpliwości i miejsce, w którym są dzisiaj, w środku tabeli I ligi, to potwierdza. Dylematem było jednak, czy mam prawo ich krytykować za to, że nie budują klubu tak, jak należy, skoro to ich klub, stworzony praktycznie od zera, bo choć przecież istniał przed Witkowskimi, to w zupełnie innych realiach. Ja mogłem mieć rację, że wstawianie każdemu trenerowi do sztabu brata pani prezes, by mieć lepszy nasłuch, co się dzieje w szatni, nie powinno się odbywać w poważnym klubie w poważnej lidze. Oni mieliby jednak rację, gdyby odpowiedzieli, że mogliby sobie wstawić do sztabu nawet rozgarniętego szympansa i nic mi do tego. Zwłaszcza że kolejni trenerzy wiedzieli, na co się piszą i mimo to się zgadzali. Więc przestało mi ich być żal. Czasem słyszę tylko w mediach wzmiankę, że w Niecieczy coś się zmieniło, wyciągnęli wnioski ze spadku i teraz działają inaczej. Wtedy sprawdzam, kto jest asystentem trenera i nie potrzebuję więcej wiedzieć.

POWSZECHNE MECHANIZMY
Witkowscy w jednym mogli, irytując się na moje krytyczne teksty, mieć rację. Można było po ich lekturze odnieść wrażenie, że są jedynymi, którzy w ten sposób działają. A podobnie robią praktycznie wszyscy z ich kategorii. Zanim poznałem lepiej Niecieczę, przyglądałem się, jak firma Murapol starała się zbudować wielkie Podbeskidzie. Maciejowi Korzymowi płaciła tyle, ile Wieczysta Peszce, bo mogła i chciała rozgłosu, a nie dlatego, że był akurat klubowi jakoś szczególnie potrzebny. Milana Barosa chciała namówić do transferu nie dlatego, że uważała to za dobry pomysł, tylko dlatego, że wiedziała, że przyniesie rozgłos. Mniej więcej spodziewałem się więc rozwoju wydarzeń, który potem nastąpił w Widzewie Łódź. Tak działał każdy Wojciechowski, Cupiał i Drzymała polskiej piłki. Skoro zrobił wielkie pieniądze w innej dziedzinie, znaczy, że zna się też na futbolu. Skoro zna się na futbolu, znaczy, że trener się nie zna i trzeba wziąć innego. Skoro ma pieniądze, ma też wianuszek doradców, którzy liczą, że coś skapnie i dla nich. A na koniec trzeba się zastanawiać, czy z takimi nakładami nie dało się osiągnąć więcej, gdyby tylko trochę przeczekało się kryzysowy moment i nie zwolniło dobrego trenera, nie wykopało się z klubu dobrego piłkarza, tylko dlatego, że krzywo spojrzał na żonę właściciela, gdyby lepiej dobrało się doradców albo posłuchało się tych, których się dobrało.
W Wieczystej zaczynają zgodnie z tradycyjnymi wzorcami. Wprawdzie mówią o inwestycjach w infrastrukturę i o szkoleniu młodzieży, ale praktycznie wszyscy tak mówią. W Niecieczy trzeba przyznać, że rzeczywiście ładują pieniądze nie tylko w pierwszą drużynę, jednak zobaczymy, czy kiedykolwiek przyniesie to jakiś efekt. Jeśli będą dalej prowadzić pierwszy zespół jak przez ostatnie lata, pewnie nie. Oczywiście to prawo wszystkich bogatych ludzi, żeby traktować swoje kluby jak zabawkę. Dlatego nie nazwę sposobu budowania klubów przez polskich magnatów patologią. Co nie znaczy, że w pełni ich rozgrzeszam.

SZKODA POTENCJAŁU
Jako człowiek, który chciałby, żeby w tym kraju pojawiła się wreszcie jakaś piłka na w miarę poważnym poziomie, mam do nich żal, że marnują potencjał i pieniądze. Rozumiem, że futbol jest dla nich rozrywką. Żałuję jedynie, że cieszy ich tylko prymitywna rozrywka. Rzucić kasę na znane nazwisko, żeby zyskać rozgłos. Jeśli nie zadziała, zmienić trenera. A jeśli i to nie zadziała, rzucić jeszcze więcej kasy na jeszcze bardziej znane nazwisko. Z czasem po środowisku zaczyna krążyć plotka, że w danym miejscu można zarobić i się nie narobić. Wszyscy dyktują im jeszcze wyższe stawki, bo wiedzą, że tam się płaci. Oni płacą, aż zorientują się, że ta zabawa kosztuje trochę za dużo i wcale nie jest jednak taka fajna. Po czym odchodzą, zostawiając po sobie tylko poczucie straconej szansy.
FRUSTRUJĄCA ROZRYWKA
Zawsze zastanawia mnie, co jest takiego znowu fajnego, że można sobie wyrzucić trenera i kupić piłkarza za duże pieniądze? Wyobrażam sobie, że naprawdę fajne musiałoby być patrzenie, jak coś samodzielnie rośnie. Jak decyzje podjęte ileś lat temu, przynoszą w przyszłości efekty. Jak pojawiają się owoce dawnych pomysłów. Zbudować boiska, profesjonalne struktury, zatrudnić dobrych trenerów, patrzeć jak chłopcy, którzy kiedyś chowali się za plecami mamy, przychodząc na pierwszy trening, strzelają teraz gole w lidze. Jak w miejsce kogoś, kto wykorzystał życiową szansę, przychodzi ktoś równie dobry, bo udało nam się go dostrzec w wiosce za górami. Jak zdolny student, którego kiedyś się zatrudniło, dostrzegając błysk w jego oku, piętnaście lat później zostaje selekcjonerem. Takie prowadzenie klubu wydaje mi się piękne. Oglądanie emerytów, chcących mnie naciągnąć na ostatni kontrakt w karierze, pozorujących zaangażowanie, wysłuchiwanie byłych piłkarzy i ich mądrości szeptanych do ucha w loży, czy ciągłe szukanie trenera, nie brzmi dla mnie jak coś szczególnie atrakcyjnego. Myślę, że na dłuższą metę takie hobby musi być bardzo frustrujące.
WZORZEC Z LIPSKA
Tak, pod względem sportowym marzę o właścicielu w stylu Red Bulla w Lipsku. Cały projekt ma wiele kontrowersyjnych aspektów, jednak od strony sportowej jest majstersztykiem. Z pieniędzmi sponsora, ale z know-how ludzi, których za te pieniądze zatrudnił, a nie człowieka, który zna się na sprzedawaniu napojów energetycznych. Ten, który zna się na sprzedawaniu napojów energetycznych, przychodzi w weekend, by zobaczyć, co też zbudowali za jego pieniądze ludzie, którym je powierzył. W Lipsku też zaczęli jak polscy magnaci, ale kupując przepłacanych emerytów, wpadli w tarapaty już w IV lidze. I gdyby radykalnie nie zmienili koncepcji, raczej nie byliby dziś ćwierćfinalistami Ligi Mistrzów. W efekcie taki sposób budowania klubu rodzi też pozytywne skojarzenia z firmą. Działania wielu właścicieli polskich klubów odnoszą – przynajmniej na mnie – odwrotny skutek. Widząc, jak robią piłkę, raczej nie chcę się dowiadywać, jak robią inne rzeczy.
Lipsk jest pod tym względem wzorem, ale przecież nie jedynym klubem, którego właściciele, choć opływający pieniędzmi, mają na futbol ciekawszy pomysł niż tylko zapłacić więcej od konkurencji najgłośniejszym nazwiskom. Szejkom z Manchesteru City zajęło dziesięć lat nie tylko zbudowanie bardzo silnego klubu, ale też pokazanie, z czym chcą się Europejczykom kojarzyć. Osiągnęli to nie tym, że Mansour bin Zayed Al Nahyan kupował i zwalniał, kogo miał ochotę, bo przecież go stać, tylko tym, że sprowadził ludzi i know-how z Barcelony, a potem czekał na efekty. Tego typu historii jest wbrew pozorom mnóstwo. Tylko niestety rzadko zdarzają się w Polsce. Pewnym wyjątkiem mógłby się tu okazać Janusz Filipiak, który odbiega od typowego profilu polskiego właściciela. Ani nie jest wielkim kibicem, ani nie zainwestował w klub swojego dzieciństwa. Szuka rozgłosu, ale możliwie tanim kosztem, co przez lata mu zarzucano. Były czasy, gdy zachowywał się jak typowy polski pan na włościach, jednak odkąd zatrudnił Michała Probierza, zbliżył się do modelu, w którym to nie on jest osobą numer jeden w pionie sportowym. Kluczowe w jego przypadku pytanie - czy wytrwa w tym stanie dłużej niż tylko kilka lat. Jeśli tak, jest szansa, że odchodząc kiedyś z Cracovii, zostawi po sobie coś więcej niż tylko wspomnienia.
MENTALNOŚĆ KIBICA
Sposób działania większości polskich inwestorów jest niestety ściśle powiązany z poziomem znajomości i rozumienia piłki wśród polskich kibiców. Bo zdecydowana większość inwestorów to kibice, którzy najpierw siedzieli na zwykłych trybunach, później przenieśli się do skyboksów, a wreszcie na tyle się dorobili, że kupili całe kluby. Są właścicielami, ale dalej myślą jak kibice. „Co ty robisz?”, „Kogo ty wystawiasz?”, „jak ten baran mógł go zdjąć z boiska?!”, „trener, ty nie widzisz?!” „nie chce mu się grać”, „nie walczą”, „oddychają rękawami”, „nie biegają”, „zajechał ich fizycznie”, „są przetrenowani”, sprzedali mecz”, „sędzia nas przekręcił”. Emocje ich zaślepiają. Różnica jest taka, że kibic to wszystko krzyknie, napisze w internecie i powie w barze, ale nie będzie miał na nic żadnego wpływu. A właściciel w ten sposób coś przekreśli i będzie musiał zaczynać od nowa. Oczywiście, że ma do tego prawo. Nie dziwmy się jednak później, że ligi, które mają mniej pieniędzy, osiągają więcej. Do sukcesu w piłce potrzebne są pieniądze i pomysł. Ci, którzy mają sam pomysł, zwykle wiedzą, że brakuje im pieniędzy. Niestety ci, którzy mają pieniądze, rzadko zdają sobie sprawę, że brakuje im pomysłu.
