Z NOGĄ W GŁOWIE. Rozliczajmy Brzęczka z tego, co ma znaczenie

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
byczek.jpg
PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Selekcjoner reprezentacji Polski kompletnie nie umie grać z silniejszymi od siebie. Fatalne występy na tle Holandii i Włoch niemal wysadziły go z siodła, wywołując narodową histerię. Tak naprawdę jednak to wcale nie umiejętność postawienia się najlepszym, będzie kluczowa dla wyniku na Euro.

Kiedy Jerzy Brzęczek próbował się bronić na konferencji prasowej przed meczem z Holandią, wskazując na nierealność oczekiwań, które towarzyszą jego reprezentacji, powiedział, że jego krytycy chcieliby, aby kadra grała jak Bayern Monachium. Świadczy to albo o tym, że naprawdę nie wie, za co jest krytykowany, albo wie, tylko brak mu medialnego wyczucia, by użyć lepszej kontry i skierować dyskusję na korzystniejsze dla siebie tory. Większość nawet najbardziej oderwanych od rzeczywistości krytyków rozumie, że kadra nie może grać jak Bayern Monachium. Po pierwsze dlatego, że ma gorszych piłkarzy, po drugie dlatego, że spotyka się raz na kilka miesięcy na kilka dni, a po trzecie dlatego, że nawet większość klubów nie gra tak, jak Bayern Monachium. Jest jeszcze trochę stanów pośrednich pomiędzy futbolem niemal idealnym a futbolem beznadziejnym (bez niemal), jak było we Włoszech. Większość nawet najbardziej oderwanych od rzeczywistości krytyków, nie oczekuje, by jego zespół grał z najlepszymi jak drużyna Flicka, tylko by grał chociaż tak, jak za czasów Nawałki.

To jednak, że Brzęczek użył złego przykładu dla poparcia tezy nie oznacza, że w samej tezie nie ma ziarna prawdy. Bo selekcjoner tej jesieni jest linczowany za rzeczy, które w rzeczywistości nie będą miały wpływu na to, czy przejdzie do historii jako udany epizod w reprezentacji, czy jednak nie.

INDOLENCJA NA TLE SILNYCH

Nie ma wątpliwości, że Brzęczek nie potrafi grać z lepszymi od siebie. Po prostu nie. Miał osiem prób. Nie wygrał żadnej z nich. Pięć z nich przegrał. W meczach w Amsterdamie i Reggio nell’Emilia jego drużyna wyglądała fatalnie i pojechała tam tylko modlić się o szczęśliwy remis. Są trenerzy, którzy potrafią pomóc zespołom zakopać różnicę w umiejętnościach. Dostrzec u silnego rywala jakiś słaby punkt. Brzęczek do nich nie należy. To sprawia, że mecze z zespołami z najwyższej półki kończą się rozczarowaniami. Co boli tym bardziej że takie spotkania przyciągają największą uwagę, a u piłkarzy wywołują największą adrenalinę. Kiedy kompletnie nie wychodzą, także u zawodników potęguje to frustrację. Zwłaszcza, jeśli niektórzy z nich wyglądają na kompletnie bezradnych na tle piłkarzy, z którymi w klubach rywalizują bez poczucia niższości i nawet regularnie z nimi wygrywają. Tak, mecze z Włochami i Holandią powiedziały, że na punkty, czy chociaż dobre wrażenie przeciwko Hiszpanii nie mamy co liczyć.

MECZE DLA POPRAWY HUMORU

Kadra Nawałki była pod tym względem inna. Już pal sześć tamto historyczne zwycięstwo z Niemcami, w którym więcej było szczęścia niż rozumu. Ale w przegranym meczu we Frankfurcie, czy zremisowanym bezbramkowo w Paryżu, po Polakach, choć nie wygrywali, naprawdę było widać, że przynajmniej próbowali. Wychodzili na boisko z planem i świętą wiarą, że może się udać. Nawet jeśli wynik się nie zgadzał, naród mógł mieć poczucie, że jego chłopcy walczyli i wstydu nie przynieśli. Te mecze służyły jednak temu, by zbudować przyjemny i miły nastrój wokół kadry oraz w niej samej. Poza tym nie miały większego znaczenia. Gdyby Nawałka przegrał wszystkie te trzy mecze w stylu Brzęczka, ale wszystko pozostałe zrobił tak samo, jak zrobił, nadal uchodziłby za dobrego selekcjonera.

ŹRÓDŁA SUKCESU NAWAŁKI

O tym, jak oceniana była kadra Nawałki, nie świadczy to, jak radziła sobie z rywalami znacznie silniejszymi od siebie. Odniosła sukces, bo potrafiła regularnie ogrywać przeciwników na podobnym poziomie bądź słabszych. Gdyby odjąć jej punkty zdobyte w meczach z Niemcami, nie tylko nie zaszkodziłoby to w żaden sposób jej wyjściu z grupy, ale nawet nie zmieniłoby to pozycji, z której z niej wychodziła. Nawałka doszedł do ćwierćfinału Euro, bo poradził sobie w eliminacjach z Irlandią i Szkocją, a na turnieju z Irlandią Północną, Ukrainą i Szwajcarią. Nawałka awansował na mundial, bo poradził sobie z Danią i Rumunią, a nie odniósł na nim sukcesu, bo nie dał rady Senegalowi i Kolumbii. Ogrywał przede wszystkim tych, których miał ograć. Był pozytywnie przewidywalny. Gdy trafił na lepszych średniaków, jak Dania, czy Szwajcaria, czasem zdarzyła mu się wysoka porażka, czasem do wygranej potrzebował serii rzutów karnych, a gdy trafiał na słabszych średniaków, jak Rumunia, czasem potrafił nawet zagrać spektakularnie. Dalej mówimy jednak raczej o ogrywaniu drużyn spoza pierwszej dziesiątki europejskiej. Umiejętność grania z najlepszymi jest fajna, ale w przypadku polskiej kadry zasadniczo niczego nie zmienia. Jeśli Brzęczek ma ambicję faktycznie zostać Kazimierzem Górskim XXI wieku, faktycznie musi się nauczyć ogrywać Holendrów, Włochów i Portugalczyków. Jeśli jednak ma zostać selekcjonerem, który osiągnie z całkiem niezłym pokoleniem piłkarzy zupełnie normalny wynik, nie musi się niczego nowego uczyć.

GOLIĆ ŚREDNIAKÓW

Gdyby Brzęczek był bardziej cyniczny, mógłby nawet oddawać mecze z najsilniejszymi walkowerem, oszczędzając siły na te, które naprawdę się liczą. I dalej mógłby zakręcić się wokół ćwierćfinału Euro. Miał w grupie Austrię, zdobył z nią cztery punkty. Miał w grupie Ligi Narodów Bośnię i Hercegowinę, ogolił ją u siebie i na wyjeździe, co ani Holendrom, ani Włochom się nie udało. Towarzysko ograł też Finów i Ukraińców, finalistów Euro. Z Hiszpanią oczywiście przegra. Ale w grupie ma jeszcze Szwedów i Słowaków. A z rywalami tego formatu jego drużyna zazwyczaj wygląda w miarę solidnie w defensywie i raczej potrafi wykorzystać indywidualności, które ma. Czyli robi to, co jest potrzebne do przyzwoitego wyniku na turnieju.

NIE TRZEBA CUDÓW

W rankingu FIFA Polska jest aktualnie jedenastą drużyną Europy. By wyjść z grupy, trzeba się znaleźć w najlepszej szesnastce. Nawet więc nie ogrywając nikogo większego od siebie, da się wejść do fazy pucharowej. Tam już wszystko zależy od drabinki. Jeśli Brzęczek trafi na kogoś z pierwszej dziesiątki, pewnie przegra. Ale może też trafić na kogoś słabszego lub równego sobie. I wtedy będzie o krok od ćwierćfinału, czyli pułapu dla jego kadry maksymalnego. Naprawdę nie musi się wydarzyć tak wiele, by trener, którego kompletnie o to nie podejrzewamy, osiągnął całkiem znośny wynik na Euro.

JAKI MAMY POTENCJAŁ

Można oczywiście zadać pytanie: a dlaczego, mając w składzie czołowego piłkarza świata, mamy celować maksymalnie w ćwierćfinał i nie mamy nadziei ogrywania drużyn z czołowej europejskiej dziesiątki? Ano dlatego, że oprócz czołowego piłkarza świata mamy w podstawowym składzie skrzydłowych z II-ligi angielskiej, lewego obrońcę, który dwa sezony z rzędu gra w najsłabszym klubie Serie A itp. Jak na polskie warunki, mamy całkiem niezłe pokolenie, zwłaszcza jeśli chodzi o szerokość kadry. Warto jednak znać proporcje: Włosi, z którymi przegrywamy, też mają piłkarzy w Serie A (nawet jeśli nie wiemy, kto to Barella) i raczej powołują ich z Interu i Napoli niż z Crotone i Benevento. Holendrzy, z którymi przegrywamy, też mają piłkarzy w Barcelonie i Liverpoolu. Mamy pokolenie, które na Izraelczykach, Macedończykach, czy nawet Słowakach może robić jakieś wrażenie. Mamy takie, że robi wrażenie na nas, gdy sobie przypomnimy, że kiedyś gol Marka Saganowskiego dla Aalborga był dla nas wydarzeniem. Ale nie mamy takiego, by Włosi czy Holendrzy mieli czuć się jakoś wyjątkowo przestraszeni. Patrząc na samą jedenastkę, nawet kadra z 2016 roku miała kilku piłkarzy na wyższym poziomie. Lewandowski nie był tak dobry, jak jest dziś. Tyle że wtedy prawą stronę tworzyli Łukasz Piszczek i cztery lata młodszy Jakub Błaszczykowski, a dziś Tomasz Kędziora i Przemysław Płacheta. W środku biegał Krychowiak z Sevilli, a nie człapał Krychowiak z Lokomotiwu. W ataku biegał Arkadiusz Milik strzelający w Ajaksie, a nie siedzący na trybunach w Napoli. A po lewym skrzydle Kamil Grosicki, rozgrywający świetny sezon w lidze francuskiej, a nie siedzący na trybunach w West Bromie. Jasne, że Nawałka nie miał kogo wpuścić z ławki, a Brzęczek ma. Jednak nie popadajmy w przesadę z tą niewyobrażalną siłą polskich piłkarzy, którym nieudolny selekcjoner zaciąga hamulec ręczny. Celowanie w ćwierćfinał Euro to naprawdę nie jest minimalizm.

TERAZ BĘDZIE ŁATWIEJ

Największym problemem Brzęczka jest to, że cztery razy w krótkim czasie musiał się mierzyć praktycznie z samymi rywalami z najwyższej półki, co poprzednim selekcjonerom, którzy nie mieli Ligi Narodów, nigdy się nie zdarzało. W grupie na turniejach i w eliminacjach wpada się zwykle na maksymalnie jednego takiego przeciwnika. Na kolejnych dopiero w ewentualnych fazach pucharowych. Następne zgrupowanie przypadnie już na eliminacje mistrzostw świata, do których Polacy będą losowani z drugiego koszyka. To oznacza, że trafią na jednego rywala, z którym niemal na pewno przegrają. Lecz to oznacza też, że czasem będą grać z Finami, czasem z Albańczykami, czasem z Estończykami, a czasem z Mołdawianami. Na razie nie ma powodów, by sądzić, że Brzęczek z drużynami tego formatu sobie nie poradzi.

NIE CZAS NA ZMIANĘ

W tym kontekście warto bardzo wyraźnie powiedzieć, że zmienianie selekcjonera akurat w tym momencie, byłoby kompletnie bezsensowne. Od 2018 roku surowo recenzowałem tę kadrę, podkreślając cały czas, że trzeba patrzeć na styl, a nie na wyniki, bo Liga Narodów to rozgrywki niemal towarzyskie, a grupa eliminacyjna, jaką mu wylosowano, daje selekcjonerowi praktycznie gwarancję awansu na turniej. Zwykle więc krytykowałem tę drużynę mimo zwycięstw i nie widziałbym niesprawiedliwości, gdyby Zbigniew Boniek, mimo wygranych, zwolnił Brzęczka na którymś etapie. Dziś jednak byłby to najgorszy z możliwych wyborów. Następne zgrupowanie kadry odbędzie się w marcu, gdy do rozegrania będą trzy mecze eliminacji mistrzostw świata. Kolejne poprzedzi już mistrzostwa Europy. Nikt nie zdoła w tak krótkim czasie poprawić stylu. Zmieniać selekcjonera na kilka miesięcy przed mistrzostwami można tylko wtedy, gdy poprzedni osiąga wyniki poniżej potencjału piłkarskiego kadry. W takiej sytuacji można w miarę szybko, prostymi korektami taktycznymi, liczyć na powrót do normalnego poziomu. Brzęczek na takim jednak punktuje. Prawdopodobnie to prawda, że nie należało go zatrudniać, bo ktoś lepszy w dwa lata zdołałby może zbudować coś lepszego, niż widzimy teraz, ale tak krótko przed turniejem, trzeba już w to brnąć. Wszystko, co nam do tej pory o sobie powiedział, wróży, że nie zdobędzie medalu, ale też niekoniecznie doprowadzi do katastrofy.

BEZ MECZU ZAŁOŻYCIELSKIEGO

Selekcjonera zapytano przed listopadowymi meczami, czy jego drużynie zdarzy się jakiś mecz założycielski, czyli coś w rodzaju wygranej z Portugalią za Beenhakkera, czy z Niemcami za Nawałki. Powiedział, że ten zespół wcale tego nie potrzebuje. To oczywiście bardzo niepolskie i zupełnie nieatrakcyjne, ale w gruncie rzeczy to prawda. Więcej o turniejowych możliwościach Brzęczka powiedziały dwa zwycięstwa z Bośnią niż dwie porażki z Holandią. I mimo bardzo przykrych dla oczu doświadczeń z wyjazdowych meczów z Włochami i z Holandią, najbardziej niepokojącym w kontekście Euro spotkaniem tego selekcjonera nadal pozostaje wyjazdowa porażka ze Słowenią. To umiejętność unikania takich niemiłych niespodzianek, a nie to, jak zaprezentujemy się na tle Hiszpanii, będzie kluczowa dla dobrego Euro.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi.