W finale Pucharu Polski wszystko zmierzało do scenariusza, który wszyscy kibice Pasów znają aż zbyt dobrze. Do rozczarowania po porażce i zastanawiania się, jak mogło do niej dojść. Choć krakowianie kilka razy tego wieczoru igrali z syndromem Pilcha, przezwyciężyli go.
Często zdarza mi się przechadzać wokół powstającego przyszłego ośrodka treningowego Cracovii. Widząc nowy budynek klubowy, zieleniącą się już murawę jednego z boisk treningowych i ogromne połacie przestrzeni, na których zostaną już niebawem stworzone kolejne, jestem przekonany, że ten klub naprawdę dobre czasy ma dopiero przed sobą. Można oczywiście powiedzieć, że boiska treningowe nie grają i że da się wychować dobrego piłkarza na kartoflisku. Da się. Ale jest o to trudniej. Nie przez przypadek najlepsze kluby mają najlepsze bazy treningowe. Cracovia już wkrótce będzie miała taką, której nie będzie musiała się wstydzić.
Jednocześnie jednak obracam się w środowisku żywo interesującym się Cracovią na tyle długo, by wiedzieć, że wiele osób ma już dość słuchania o boiskach treningowych, czy wcześniej o modernizowanym stadionie, albo o sprzedawaniu zawodników za granicę za dobre pieniądze. To są oczywiście rzeczy miłe, ważne i takie, które każdy kibic lubi, ale tylko wtedy, gdy stanowią dodatek do radości, jaką przynosi im klub, a nie są głównym źródłem świętowania. Zbyt długo już kibice Cracovii słuchali, że mają się cieszyć ciepłą wodą w kranie, czyli tym, że ich klub jest stabilnym zespołem ekstraklasowym, czego przez pół wieku nie można było o nim powiedzieć. Całemu temu środowisku potrzebny był namacalny dowód, że ta droga do czegoś prowadzi.
Ten namacalny dowód udało się Pasom zdobyć. Gol Mateusza Wdowiaka w samej końcówce dogrywki finału Pucharu Polski miał tę magiczną moc, że całkowicie wymazał ostatnie miesiące. Jedno kopnięcie sprawiło, że ich nie ma. Nikt nie będzie pamiętał Dunajskiej Stredy, choć fatalny błąd Michała Helika przy pierwszym golu dla Lechii dobitnie o niej przypomniał. Nikt nie będzie pamiętał wojenki z Hernandezem, płaczu po Cabrerze, konfliktu z Januszem Golem. Nikt nie będzie pamiętał, że była szansa na mistrzostwo, a wyszło siódme miejsce. Ani nawet kolejnych przegranych derbów na własnym stadionie. Sezon 2019/2020 będzie sezonem zdobycia Pucharu Polski. Jego symbolem będzie Mateusz Wdowiak, który jeszcze o tym nie wie, ale będzie o tym opowiadał jeszcze przez dziesiątki lat. To właśnie oznacza przejście do historii.
Napisałem przed miesiącem dość krytyczny tekst o Michale Probierzu, w którym stwierdziłem, że nie jest ani tak dobry, jak czasem się go przedstawia, ani tak słaby, jak malują go jego przeciwnicy. Rzadko kiedy widać to tak dobrze, jak w przypadku tego sezonu. Na jednym froncie przegranego na całej linii, na drugim wygranego tak, że nie dało się bardziej. Pobyt tego trenera w Krakowie jest tak burzliwy, że trudno spotkać gdziekolwiek indziej drugi taki. Jego główną cechą jest popadanie ze skrajności w skrajność. Gdy drużyna wpada w taki kryzys, że wydaje się, iż już nie ma z niego wyjścia, zaczyna grać świetnie. Gdy gra już tak świetnie, że wydaje się, iż ma świetlaną przyszłość, wpada w kryzys. Widać to było w każdym z trzech dotychczasowych sezonów, tyle że kryzys i odbudowa następowały w różnych fazach. Tym razem po bardzo słabej wiośnie ligowej, udało się odbudować bardzo udaną wiosną pucharową.
Każdy sezon z Probierzem przynosi jednak postęp. Może nie skokowy i nie tak spektakularny, jak kibice by sobie życzyli, ale jednak postęp. W pierwszym było spokojne utrzymanie. W drugim awans do pucharów. W trzecim awans do pucharów okraszony zdobyciem trofeum. Cracovia miała w tym okresie większe gwiazdy, niż obecnie (Krzysztof Piątek, Cabrera), miała chyba trochę lepsze drużyny (zeszłoroczna), ale zyskała coś, czego dotąd nie miała. Zespół, który rozsypywał się mentalnie w momentach, gdy rosła presja, świetnie wytrzymał psychicznie spotkanie półfinałowe z Legią, a później jeszcze lepiej finałowe. I to w sytuacji, w której dwukrotnie zupełnie im się nie układało. Końcowy efekt jest pod wieloma względami imponujący. Cracovia trzeci raz w ciągu pięciu sezonów zakwalifikowała się do europejskich pucharów. Pierwszy raz zrobiła to dwa razy z rzędu. Najpierw udało się ustabilizować w ekstraklasie, teraz powoli udaje się stabilizacja w czołówce. Choć puchar to dopiero początek, a nie koniec tej drogi.
Lubelskie zwycięstwo oprócz tego, że przyniosło do gabloty puchar, co jest absolutnie najważniejsze, i daje możliwość gry o kolejny już za kilka tygodni, co też nie jest bez znaczenia, może też być całkiem ważne dla najbliższej przyszłości Cracovii. Niezależnie od tego, jak dobrze wyglądała ta drużyna w meczach z Legią i Lechią, nie nabrałem poczucia, że niepowodzenie w ekstraklasie było tylko przypadkiem. Także po odniesieniu sukcesu sądzę, że ta kadra i ten skład wymaga przebudowy, odświeżenia, dodania do niego więcej jakości, jeśli Pasy mają się ciągle rozwijać. Nad klubem ciąży jednak widmo kary za korupcję, przed którym raczej nie uda się już teraz uciec, tylko trzeba będzie ponieść konsekwencje. Ujemne punkty, w połączeniu z brakiem awansu do europejskich pucharów znacznie utrudniłyby przekonywanie dobrych zawodników, by wzmocnili Cracovię. Można się śmiać, że w przypadku polskich klubów puchary to dwa mecze, które w tym roku mogą się zamienić w jeden, ale dla zawodników z silnych piłkarsko krajów, którzy u siebie nigdy nie mieliby szansy zagrać w eliminacjach Ligi Europy, perspektywa wystąpienia w tych kilku meczach w pucharach może być wabikiem. Bez nich Cracovia mogłaby dla nich być tylko polskim klubem, który musi najpierw walczyć o utrzymanie, bo startuje z ostatniego miejsca. A to znacznie gorsza karta negocjacyjna.
O tym, że baza w Rącznej powstanie i będzie służyć Cracovii jeszcze na kilka pokoleń, mówiło się od lat. Plany zaczęto snuć jeszcze na długo przed tym, jak Probierz został zatrudniony w Krakowie. Można już było powoli zwątpić, że ten obiekt kiedyś powstanie. A jednak jest. Stoi za moimi plecami, gdy piszę te słowa. Są już nawet wstawione okna. Podobnie jest z zamienianiem Cracovii w silny klub. Prób było wiele, planów jeszcze więcej, można już było zwątpić, że kiedyś powstanie. Idzie to bardzo opornie, powoli, z wieloma kryzysami i koniecznościami zaczynania od początku. Ale jednak idzie. Ten puchar to żywy dowód, że wszystkie te momenty zwątpienia oraz dramaty kibica Cracovii miały sens i czemuś jednak służyły. Szkoda, że Jerzy Pilch nie dożył momentu, w którym jego syndrom przestał działać.
