Jest bardzo wiele całkiem racjonalnych argumentów, by jeszcze raz powierzyć drużynę z Dortmundu temu samemu trenerowi. Pytanie, czy w klubie nie uznają, że bardziej niż mądry dziadek, pasuje do nich ktoś w podartych dżinsach.
Ma lepszą średnią zdobywanych punktów od Juergena Kloppa i Thomasa Tuchela. Jego drużyna strzeliła w tym sezonie najwięcej goli w historii klubu. Młodych zawodników, których wprowadził do piłki na najwyższym poziomie, chciałyby dziś wszystkie czołowe kluby Europy. A przez długie miesiące trudno było na kontynencie znaleźć zespół grający bardziej efektowny futbol. Mimo to, gdy władze Borussii Dortmund będą musiały po zakończeniu Bundesligi odpowiedzieć na pytanie, kto powinien poprowadzić ich zespół w kolejnym sezonie, staną przed wyjątkowo trudnym dylematem. Zahaczającym wręcz o kwestie światopoglądowe. Bo sprawa pozostawienia Favre'a, czy zastąpienia go kimś innym, sprowadza się do tego, czy patrzy się na klub z perspektywy idealisty, czy pragmatyka. Wyjątkowo w przypadku tego trenera, to raczej pragmatycy będą optować za pozostawieniem drużyny w jego rękach.
ANTYKLOPP
Dwa lata, jakie spędził w Dortmundzie, potwierdziły jeszcze raz dobitnie, kim szwajcarski trener nie jest. Akurat w Borussii Dortmund ta charakterystyka może być bardzo niewygodna: nie jest Juergenem Kloppem. Jest totalnym przeciwieństwem Juergena Kloppa. Antykloppem. Gdzie Klopp mówi, by docisnąć pedał gazu, Favre przekonuje o odpowiedzialnym wchodzeniu w zakręty. Gdzie Klopp chce gitarowych riffów, Favre oczekuje ładnej melodii. Gdzie Klopp chce skracać dystans, tam Favre go buduje. Gdzie Klopp sprawia wrażenie człowieka z sąsiedztwa, tam Favre pielęgnuje wizerunek osoby z innej galaktyki. Kto uważa, że Borussii najlepiej zrobiłoby, gdyby dalej prowadził ją Klopp, czyli chyba każdy, ten odbiera Favre'a jako ciało obce w tym klubie. Czyli chyba każdy. Łatwo byłoby więc powiedzieć to, co zawsze się o Szwajcarze mówi: nie sprawdził się, nie okazał się fachowcem na taki klub, zawiódł, zmarnował szansę, nie wytrzymał psychicznie. Miał zdobyć mistrzostwo, nie zdobył, trzeba szukać jakiegoś kolejnego wcielenia Kloppa.
ZMARNOWANA SZANSA
Były w ciągu tych dwóch lat fazy, w których – gdyby akurat wtedy zwolniono Favre'a – taka narracja by się obroniła, nie budziła żadnych wątpliwości i przylgnęła do trenera jako łatka, której nigdy już nie udałoby mu się odkleić. Jednak Favre'a nie zwolniono, starając się znaleźć przyczyny niepowodzeń gdzie indziej. I dziś taka narracja byłaby już zbyt płytka. Nie, Favre nie zdobył mistrzostwa, jak Klopp w pięciu z siedmiu sezonów, w których prowadził Borussię. Nie, w lidze, której mistrz wygrywa w rundzie rewanżowej piętnaście z szesnastu meczów, nie trzeba być skończonym nieudacznikiem, by nie zdobyć mistrzostwa. Można być nawet bardzo dobrym, a i tak go nie zdobyć.
Patrząc całościowo na te dwa lata, nie ma najmniejszych wątpliwości, że Borussia zmarnowała szansę, która może być trudna do powtórzenia. Zarówno w zeszłym, jak i w obecnym sezonie Bayern wpadał jesienią w głębokie kryzysy. Jeśli mistrzostwo Niemiec ma kiedyś zdobyć ktoś inny niż Bawarczycy, rywale muszą takie momenty wykorzystywać. Za pierwszym razem jednak Borussia sama wpadła w kryzys wiosną, a za drugim – równolegle z Bayernem – jesienią. Rozgrywała tylko jedną rundę na poziomie dającym nadzieję rywalizacji z potentatem. Podczas gdy jedną, nawet znakomitą, rundą, Bayernu się nie pokona. To, że Borussia nie zdobyła żadnego mistrzostwa w ostatnich dwóch latach, jest jej porażką. Nie jakąś gigantyczną, znajmy proporcje, pamiętajmy o dwustu milionach euro przychodów przewagi Bayernu. Drugie miejsce to dla Borussii wynik na miarę możliwości. Ale dało się wycisnąć więcej i w Dortmundzie to wiedzą.
CZTERY FAZY SZWAJCARA
Szansę zmarnowała jednak Borussia jako klub, nie tylko Favre jako trener. I władze BVB zdawały się to wiedzieć, po każdej z nieudanych rund, szukając odpowiedzi, co zrobiły nie tak i za każdym razem znajdując inną, niż: zatrudniliśmy nieodpowiedniego trenera. Dlatego warto przyjrzeć się pracy Favre'a nie patrząc na dwa lata jako całość, lecz rozbijając je na cztery bloki. Dopiero wtedy podjęcie decyzji na temat jego przyszłości zaczyna się jawić jako skrajnie trudny do rozstrzygnięcia dylemat.
Początek był taki jak to u Favre'a. Spektakularny. Piłkarze dowiedzieli się o sobie detali, o których nikt im nigdy nie wspomniał. Ich poprawienie przyniosło natychmiastowe efekty. Byli zachwyceni fachowością trenera. W składzie pojawiły się nowe, często młode i nieznane wcześniej twarze. U Favre'a kimś takim został Jadon Sancho, obecny w klubie już wcześniej, ale dopiero przez Szwajcara wstawiony na stałe do podstawowego składu. W tej fazie Borussia zdobyła w rundzie jesiennej 42 punkty, rozgrywając jedną z najlepszych połówek sezonu w historii klubu. Strzeliła 44 gole. Wyglądała jak przyszły mistrz Niemiec.
Kryzys z wiosny 2019 znamy. Osiem straconych goli więcej niż w pierwszej części sezonu, siedem strzelonych mniej, w efekcie osiem punktów mniej w dorobku i ostatecznie drugie miejsce. Choć Borussia nie była na nim od trzech lat, to jednak rozczarowujące, biorąc pod uwagę pierwszą fazę. Już wtedy podnoszą się głosy, że to wina Favre'a. W Dortmundzie wychodzą jednak z innego założenia. To wina zbyt ostrożnego nastawienia całego klubu i braków kadrowych. W ciągu tygodnia od zakończenia poprzedniego sezonu Borussia kupuje Thorgana Hazarda, Juliana Brandta i Nica Schulza. Później dokłada jeszcze Matsa Hummelsa. I ogłasza, że chce zostać mistrzem Niemiec. Na nich wszystkich wydaje ponad sto milionów euro. To dużo. Ale Bayern równolegle wydaje osiemdziesiąt na kogoś, kto okaże się rezerwowym stoperem.
ZIMOWE KOREKTY
Jesienią 2020 okazuje się, że zapomniano kupić jednej ważnej osoby. Napastnika. Podobno z winy trenera, choć przecież w niemieckich warunkach to jednak dyrektor sportowy w największej mierze odpowiada za kształt kadry. Drużyna, mimo wzmocnień, wygląda tak, jak zeszłej wiosny. Strzela minimalnie więcej, traci minimalnie mniej, ale punktuje jeszcze słabiej. Z pułapu 42 w pierwszej rundzie, w trzeciej zespół Favre'a zjechał do 30. Władze klubu są bardzo bliskie dojścia do wniosku, że problem jest jednak w trenerze. Gdy jednak po zmianie ustawienia zespół zaczyna nagle funkcjonować znacznie lepiej, gdy mimo problemów, wychodzi z grupy śmierci w Lidze Mistrzów i eliminuje ówczesnego lidera z Pucharu Niemiec, dochodzą do wniosku, że dokupienie napastnika oraz charakternego pomocnika może się okazać brakującym elementem układanki.
Po tym, jak w Dortmundzie pojawili się Erling Haaland, najciekawszy napastnik młodego pokolenia w Europie oraz Emre Can, dla Favre'a skończyły się wymówki. Kolejna nieudana runda musiałaby już oznaczać wniosek: to jednak trener był problemem tej drużyny. Gdyby tak się stało, władze Borussii nie miałyby dziś dylematu. A jednak go mają. Bo ta runda nie była nieudana. Była bardzo dobra. Równie dobra, jak pierwsza, za którą tak Favre'a chwalono.
BARDZO DOBRA RUNDA
W 2020 roku Borussia straciła w lidze trzynaście bramek. Najmniej, odkąd Favre został jej trenerem. Strzeliła 43. Jeśli w ostatniej kolejce sezonu dołoży przeciw Hoffenheim choć jedną, wyrówna wynik z debiutanckiej jesieni Szwajcara. Jeśli wygra, zrówna się punktowym dorobkiem z jesienią 2018. Czyli rozegra jedną z najlepszych rund w historii klubu. Borussia przestała, jak przez cały 2019 rok, rozdawać punkty na lewo i prawo. Wygrała trzynaście z szesnastu meczów. Przegrała tylko z Bayernem Monachium i Bayerem Leverkusen po bardzo zaciętych spotkaniach i z FSV Mainz, gdy już walka nie toczyła się o nic i zeszło z niej powietrze. Jeśli drużyna wygrywa trzynaście z szesnastu meczów, w prawie każdej lidze biłaby się o mistrzostwo. Gdyby nie to, że w tym czasie główny rywal wygrywa piętnaście z szesnastu. Borussia miała wiosną tylko jedną ewidentną wpadkę, w stylu z 2019 roku – odpadnięcie z Pucharu Niemiec z Werderem Brema. Bo pożegnania z Ligą Mistrzów po wyrównanym dwumeczu z Paris Saint-Germain nie można do tego worka wrzucić.
TENDENCJA WZROSTOWA
Dlatego, jeśli dziś władze klubu oceniają pracę Favre'a, nie mogą już powiedzieć, że dały trenerowi narzędzia, a on ich nie wykorzystał. Odkąd faktycznie mu je dali, pokazał, że potrafi się nimi świetnie obchodzić. Jeśli kupując Haalanda i Cana oczekiwali, że drużyna się zmieni, nie mogą dziś trenerowi powiedzieć, że się nie zmieniła. Nie mogą powiedzieć, że nie zmierza w dobrą stronę, bo tendencja jest jak najbardziej rosnąca. I nie mogą mieć pretensji, że nawet dobra drużyna czasem minimalnie ulegnie Bayernowi po zaciętym meczu, w którym sędzia nie podyktuje dla niej ewidentnego rzutu karnego. Klopp, prowadząc Borussię, też częściej z Bayernem przegrywał, niż wygrywał. To nie jest starcie na równym poziomie. Wbrew nazwie „Der Klassiker”, tu nie ma nic ze starcia Barcelony z Realem Madryt, toczącego się między rywalami chodzącymi w tej samej wadze. Czasem mniejszy pokona większego. Ale zwykle to większy pokonuje mniejszego. Zarzuca się Favre'owi, że jego drużyna rozsypuje się w najważniejszych starciach, jednak w bezpośrednich meczach pomiędzy czołową piątką, zgromadziła tylko o punkt mniej niż Bayern. A patrząc w skali dwóch sezonów, nawet więcej niż on. Mówi się, że drużyna nie ma charakteru, ale potrafiła już wiosną zarówno wychodzić z dużych tarapatów, jak choćby na początku roku w Augsburgu, jak i cierpliwie grać do końca, jak w niedawnym spotkaniu z Fortuną Duesseldorf. Kilka transferów i narracja o kruchej dortmundzkiej psychice zaczęła wyglądać na naciąganą. Zwłaszcza że – wyjątkowo w skali ostatniej dekady – udało się gładko zrekompensować brak kapitana Marca Reusa. Zarówno piłkarsko, jak i mentalnie.
INDYWIDUALNY ROZWÓJ
Do tego dochodzą aspekty tradycyjne dla drużyn Favre'a, czyli to, jak poszczególni zawodnicy wyglądają indywidualnie. Haaland bezboleśnie wkomponował się w jedną z najsilniejszych lig świata, choć wcześniej w Norwegii i w Austrii potrzebował trochę czasu, by zacząć błyszczeć. Sancho u Favre'a zwiększył wartość kilkunastokrotnie. Nawet mimo kilku przejawów niesubordynacji młodego Anglika, wydaje się, że trener potrafił umiejętnie balansować między przywoływaniem go do porządku, by nie irytować drużyny, a tym, by nie osłabiać zespołu. Dwa lata u Favre'a zrobiły z Achrafa Hakimiego piłkarza gotowego być może nawet na pierwszy skład Realu Madryt. Na dobre tory wrócił Emre Can, Łukasz Piszczek zyskał dodatkowy rok kariery, piękne sygnały zaczął wysyłać Giovanni Reyna. Mając w perspektywie dalsze wprowadzanie Amerykanina do dorosłej piłki, rozwijanie Haalanda, czy zbliżające się pojawienie się w Bundeslidze Youssoufy Moukoka, największego talentu niemieckiego futbolu, pozostawienie fachowca formatu Favre'a może mieć sporo sensu.
Jedno Szwajcarowi można z całą pewnością wytknąć. Świetnie zrobił to, co miał, ale nie sięgnął po nic, co byłoby ponad stan. Z Ligi Mistrzów dwa razy odpadł tam, gdzie miał odpaść. W Bundeslidze zajął tę pozycję, którą miał. Dorobek punktowy Borussii z dwóch lat dobrze oddaje pozycję finansową w niemieckiej piłce – dortmundczycy jedenaście punktów za Bawarczykami, ale szesnaście punktów nad powszechnie chwalonym za oba ostatnie lata Lipskiem. Borussia Favre'a stała się ponownie niekwestionowaną drugą siłą w niemieckiej piłce, co w czterech latach poprzedzających jego zatrudnienie nie było wcale oczywiste. Ale wicemistrzostwo to nic, co poruszałoby wyobraźnię.
ZNÓW BYĆ SEXY
Borussia – jako klub – chce być sexy. A Favre nie jest sexy. Mowa oczywiście nie o żadnych aspektach fizycznych, lecz o porywanie tłumów. Borussia potrafi je porywać, ale zna swoje ograniczenia. Nigdy nie porywa się z motyką na słońce. Wie, na co jest za krótka. A współczesna tożsamość Borussii jest zbudowana na czymś kompletnie innym. Pozostawienie Favre'a na stanowisku mogłoby być bardzo racjonalnym wyborem, dającym klubowi szansę długofalowej stabilizacji w miejscu, w którym jest, czyli na wysokiej europejskiej półce i z rangą czołowego uniwersytetu dla zdolnej młodzieży. Niewykluczone jednak, że w Dortmundzie pójdą w stronę odrobiny szaleństwa. Nawet jeśli na rynku nie widać idealnie skrojonych pod nich kandydatów, mogą znów, jak w 2008 roku, chcieć poszukać kogoś w podartych dżinsach. Takiego, który na sugestię, by podlecieć blisko słońca, nie odpowie, że to zbyt niebezpieczne.
