Trochę wszyscy byliśmy zaskoczeni, że najfajniejsza dziewczyna w szkole podeszła do tego chłopaka w kącie, dlaczego więc dziwimy się, że tak nagle go zostawiła? Historia Jerzego Brzęczka pokazuje, że jedyną pewną rzeczą we wznoszeniu się jest spadanie.
Nie liczyłem, w przeciwieństwie do Małgorzaty Domagalik, że będzie drugim Kazimierzem Górskim, ale może chociaż Adamem Nawałką? Po wyborze tego ostatniego na selekcjonera, mimo kiepskiego występu na mundialu, wciąż wierzyłem, że polski trener to może być dobry trener. Z zagranicznymi mam problem. Odkleiłem się, po kadencji Leo Beenhakkera, pohukującego mentora dla ubogich łowców życiowych filozofii, od wizji jedynej i słusznej – że tylko ktoś światowy jest nam w stanie wskazać drogę na salony.
Wiem, jaki był odbiór Brzęczka, ale jako że w trenerach widzę najpierw ludzi, potem dopiero całą resztę, myślałem sobie: to nie jest fair. Cała ta nagonka, ciągłe wyśmiewanie się z selekcjonera, odliczanie czasu do jego zwolnienia, trzymanie kciuków za porażki – to nie moje postrzeganie świata. Z takich pociągów zazwyczaj wysiadam.
Nadal podtrzymuję, że część polskiego społeczeństwa traktowała Brzęczka jak faceta, który wygrał posadę trenera w najważniejszej drużynie w kraju w jakimś cholernym audiotele i należy jak najszybciej przerwać ten koszmar. A to była przecież nominacja od Zbigniewa Bońka.
Jasne, mam oczy i widziałem, jak gra reprezentacja. Trudno było na bazie ostatnich meczów wyciągnąć jakiekolwiek pozytywne wnioski, a milczenie Roberta Lewandowskiego stało się początkiem końca dla selekcjonera. Czy jednak ktokolwiek może dać nam dzisiaj gwarancję, że biało-czerwoni zagrają koncert w mistrzostwach Europy? Nie liczyłbym na wypełnienie takiej deklaracji.
Uważam, że jeśli przyjdzie do nas dzisiaj trener z zagranicy, zastanie zupełnie inny świat niż ten za kadencji Beenhakkera. Zderzy się z innymi oczekiwaniami kibiców, których już nie podniecają awanse do mistrzostw świata czy Europy – Brzęczek jest zresztą tego żywym dowodem, bo po takim awansie wyleciał.
Przyjdzie też do drużyny, w której gra najlepszy piłkarz globu. Nie każdy jednak umie prowadzić ferrari.
W tej szatni nie wystarczy już powiedzieć dwa zdania po angielsku, by piłkarze stwierdzili, że oto spłynęło na nich nabożeństwo futbolowe i oświeciło ich dusze.
Mam wrażenie, że w całym strumieniu dyskusji za dużo jest dywagacji na temat pochodzenia trenera, a za mało na temat jego dopasowania do możliwości naszych piłkarzy, szybkiego stworzenia koncepcji i przekonania do niej drużyny, przede wszystkim tych najbardziej doświadczonych zawodników.
Tutaj potrzebny jest ktoś działający jak błyskawica, pracoholik, który całe doby spędzi ze sztabem nad analizą wszystkich naszych meczów w ciągu ostatnich dwóch lat, wymyśleniem sposobu na uwolnienie potencjału, uwypuklenie największych atutów. Nie sądzę, by wystarczyło nazwisko. Nawałka był długo dowodem, że ono nie ma znaczenia.
Jest mi, tak po ludzku, żal Brzęczka. Ponieważ dostał cios z wyskoku prosto w szczękę w momencie, w którym się tego nie spodziewał. Każdy, kto choć raz w życiu został zwolniony z pracy albo porzucony przez wielką miłość, z łatwością poczuje stan emocjonalny byłego już selekcjonera. Ja nie wskoczę do wagonu z napisem „jazda z Brzęczkiem”, przeciwnie – uważam, że nie zasłużył na taką publiczną egzekucję, nawet za tę książkę-gniot.
To w ogóle ciekawy wątek. Kiedy odbyła się premiera tych paraliterackich wypocin, zastanawiałem się, czemu trener sobie to robi. Nie rozumiałem tego. Odczytywałem jako syndrom zgubienia drogi. Sorry, widząc, że 90 procent ludzi życzy ci zwolnienia, pracujesz na wyniki, nie siadasz do pisania książki. Na dodatek takiej książki. Pisałem wcześniej, że to Brzęczkowi zaszkodzi, pewnie nie doprowadziło bezpośrednio do zwolnienia, ale uważam, że miało spory wpływ. Wyniki – to jasne – jeszcze większy. I gra. Momentami koszmarna.
Boniek nie jest pierwszym człowiekiem, który przyzna się do błędu, ale ewidentnie za taki uznał zatrudnienie Brzęczka. Zawsze powtarzał, że chce mieć selekcjonera Polaka, noszącego na co dzień na barkach brzemię narodu. Uważał bowiem, że obcokrajowiec tego nie poczuje, nigdy nie w tak intensywny sposób jak Polak. Być może za chwile będziemy jednak świadkami drugiej zmiany zdania przez „Zibiego”.
Przeciekawy w tym wszystkim jest wątek Lewandowskiego. Jeśli ktoś od lat dobrze prześledzi relację Roberta z Kubą Błaszczykowskim, dobrze wie, że to nie była droga usłana różami. Związek Jurka z Kubą jest najmocniejszy z możliwych – to przecież więzy rodzinne. Zastanawiałem się, czy gdyby selekcjonerem był inny polski trener, Lewy też milczałby wtedy w mixed zone przez kilka sekund. To jest najważniejsza scena z kadencji Brzęczka. Późniejszy najlepszy piłkarz świata dokonuje na nim egzekucji nie wypowiadając ani słowa. Mocno filmowe.
Dziwaczna to historia. Z miesiąc temu w jakimś programie czy audycji mówiłem o Brzęczku i użyłem zwrotu: „o ile dotrwa do EURO”. Potem się za to zganiłem. A czemu niby miałby stracić pracę, skoro najgorsze burze już za nim? Okazuje się, że – podobnie jak ja – wiele osób czuło, że to jednak może nastąpić. Ale źródła tych przeczuć nie znaliśmy. Jakby coś ciężkiego wisiało w powietrzu. Boniek wprawił chmury w ruch, zderzyły się i bach!, nie ma Jerzego.
Gdyby nie koronawirus, Brzęczek byłby już pół roku po EURO, może funkcjonując jako były selekcjoner, a może żyjąc w chwale, kto to wie. To pewnie bardzo niepopularny pogląd, ale przynajmniej będę konsekwentny. Uważam, że trener, który wprowadził zespół do mistrzostw Europy powinien poprowadzić drużynę w turnieju, tak jak uważałem, że Paweł Janas, nie biorąc do kadry na mundial w Niemczech Tomka Frankowskiego zrobił mu wielką krzywdę. Widzę tutaj chęć odepchnięcia tego jazgotu: „A nie mówiliśmy!”, gdyby coś Polakom nie wyszło. Wszyscy są przekonani, że katastrofa była nieunikniona, że przegralibyśmy z każdym i wracali upokorzeni do domu. Problem w tym, że nikt nie ma takiej pewności.
